Kolorowe listy, czyli kto nie wjedzie do USA
W marcu na „czarną”, a raczej „czerwoną” listę zostało wpisanych 11 krajów, od lat uznawanych za zajadłych nieprzyjaciół Ameryki. „Czerwona” lista oznacza, że ich obywateli do USA wpuszczać się pod żadnym pozorem nie będzie (na mniej restrykcyjnych „pomarańczowej” i „żółtej”, znalazło się jeszcze ponad 30 innych państw).
Urzędnicy z Departamentu Stanu zaproponowali Donaldowi Trumpowi, by zakazem wjazdu do USA objąć obywateli Afganistanu, Iranu, Jemenu, Syrii, Libii, Sudanu, Somalii, Północnej Korei, Wenezueli i Kuby, a także, ni stąd, ni zowąd, Bhutanu, który nigdy do niczyich wrogów się nie zaliczał i nie tylko nikogo podejrzanego nie gościł, ale jeszcze nie tak dawno żadnych obcych do siebie w ogóle nie wpuszczał.
Nepal, Bhutan i sfałszowane dokumenty uchodźcze
Kiedy królewscy dworzanie ochłonęli ze zdumienia, szybko znaleźli wytłumaczenie takiego stanu rzeczy i uznali, że wszystkiemu winni są sąsiedzi z większego i ludniejszego Nepalu (ludność Nepalu liczy prawie 30 mln, a Bhutanu – niespełna milion). Rdzenni Bhutańczycy wywodzą się z Tybetu i wyznają buddyzm. Nepalczycy, hinduiści, przybyli z zachodu za chlebem i ziemią do uprawy, której u siebie im nie starczało.
Pod koniec zeszłego stulecia bhutański król wypędził ponad 100 tys. takich przybyszów precz (jedną szóstą ludności). Wyproszeni z królestwa, osiedli w obozach uchodźców w Nepalu, utrzymywanych głównie przez Amerykanów. Kilkadziesiąt tysięcy prawdziwych uchodźców z Bhutanu osiedliło się legalnie w Pensylwanii i Ohio, ale widząc to, ich krajanie z Nepalu wpadli na pomysł, by ubiegać się o wizy jako uchodźcy, a także zespoły folklorystyczne czy nauczyciele medytacji z Bhutanu. W 2023 roku w Nepalu wybuchł skandal, gdy okazało się, że przemytem ludzi zajmowali się m.in. wicepremier i minister policji, którzy za łapówki (po kilka tysięcy dolarów za sztukę) wystawiali fałszywe dokumenty uchodźcze.
Król Jigme Khesar Namgyel Wangchuck, rządzący od 2006 roku (koronowany został dwa lata później), co prędzej posłał do Waszyngtonu delegację, by wytłumaczyła komu trzeba w Białym Domu, że ani jego królestwo, ani jego poddani nie zagrażają Ameryce, ani jej źle nie życzą. Delegacja najwyraźniej sprawiła się z zadaniem, bo na początku kwietnia „czarne” listy zostały zmienione, a Bhutan zniknął z „czerwonej” i trafił na „żółtą”, najmniej restrykcyjną. Według dziennikarzy, z „czerwonej” listy (wciąż niezatwierdzonej przez Trumpa) wykreślony został też Afganistan, za to pojawiła się Rosja.
Cła Trumpa uderzyły w maleńkie Lesotho
Posłów do Waszyngtonu słać zamierza także król afrykańskiego królestwa Lesotho (skaranie boskie z tymi maleńkimi państwami o trudnych do wymówienia i jeszcze trudniejszych do spamiętania nazwach i o których, zdaniem prezydenta Ameryki Znów Wielkiej, normalny człowiek nigdy nie słyszał).
Jaśnie panujący Letsie III (króluje, z roczną przerwą, od 1990 r.) chce przekonać prezydenta Ameryki, by odwołał nałożone na jego kraj 50-procentowe cła, bo uśmiercą one gospodarkę królestwa, a jego 2,5 miliona poddanych skażą na poniewierkę.
Wydając światową wojnę celną, Trump nałożył cła na wszystkich, którzy jego zdaniem wykorzystują bogatą Amerykę więcej jej sprzedając, niż od niej kupując. Lesotho, jeden z najbiedniejszych i najbardziej zacofanych krajów świata, wypada w tych statystykach fatalnie. W zeszłym roku sprowadziło z Ameryki towary za niespełna 3 mln dolarów, a na sprzedaży własnych do Ameryki zarobiło stokrotnie więcej.
Wprowadzając przeciwko Lesotho 50-procentowe cła (żaden inny kraj w Afryce nie został potraktowany tak surowo), Trump chce zmusić je do większych zakupów w Ameryce. Lesotho na to jednak nie stać, bo cały niemal zarobek pochodzi właśnie z handlu z Amerykanami. Sprzedaje im diamenty, a przede wszystkim dżinsy, szyte w szwalniach królestwa. Zakłady włókiennicze w Lesotho zatrudniają ok. 50 tys. ludzi. Reszta – poza zatrudnionymi w sektorze publicznym – szuka zarobku w sąsiedniej Południowej Afryce (Trump obłożył ją 30-procentowymi cłami), albo pozostaje bez pracy (co szósty królewski poddany).
W szwalniach w Lesotho, których większości właścicielami są Chińczycy, szyte są dżinsy dla największych amerykańskich marek odzieżowych Wrangler, Levi’s czy Calvin Klein, które same przeniosły produkcję do Lesotho, licząc na zyski (szwaczkę w Lesotho można zatrudnić za 200 dolarów miesięcznie). Połowa dżinsów z Lesotho ląduje w amerykańskich sklepach.
Jeżeli szwalnie przestaną przynosić zarobek, zostaną pozamykane, a szwaczki wyrzucone na bruk. „To będzie dla nas wyrok śmierci” – narzekają ministrowie króla Lesotho, pakując walizki na drogę do Waszyngtonu.
Dlaczego Rubio obraził się na Południowy Sudan
Delegacji do Ameryki nie wyśle za to Południowy Sudan, który nie powstałby pewnie jako najmłodsze (niepodległość w 2011 r.) państwo Afryki, gdyby nie wsparcie, jakie otrzymywał z Waszyngtonu, gdy walczył przez pół wieku o prawo do secesji z Sudanu. W tym tygodniu Marco Rubio, wyznaczony przez Trumpa na szefa dyplomacji, ogłosił, że żadnego obywatela Południowego Sudanu nie wpuści więcej do Ameryki, a tych, których już wpuścił, zaraz wyrzuci.
Rozzłościli go tak urzędnicy z Dżuby, którzy nie przyjęli jednego z 24 nielegalnych imigrantów, odesłanych na rozkaz Trumpa z Ameryki. „Nie mogliśmy, bo to był Kongijczyk” – tłumaczyli, ale gdy Rubio wystąpił z wizowymi pogróżkami, machnęli ręką i zapowiedzieli, że chociaż Makula Kintu jest Kongijczykiem, to przyjmą go u siebie jako Sudańczyka z Południa. „W dowód przyjaźni” – powiedzieli dobrodziejom z Ameryki.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















