Kim jest Siradżuddin Haqqani
Podczas 20-letniej wojny w Afganistanie, najdłuższej, jaką toczyła Ameryka, partyzanckie wojsko Siradżuddina Haqqaniego było jej najgroźniejszym przeciwnikiem. W strzelaninach, a zwłaszcza samobójczych zamachach (znak firmowy bojowników Haqqaniego) zginęło najwięcej amerykańskich żołnierzy. Sprzymierzeni z talibami, a także Al-Kaidą, podkładali też bomby pod urzędami i hotelami w Kabulu, porywali cudzoziemców dla okupu, a Siradżuddin był niekoronowanym emirem nie tylko rodzinnej, afgańskiej Paktii, ale całych „Dzikich Pól” z afgańsko-pakistańskiego pogranicza.
Nic dziwnego, że Amerykanie wyznaczyli 10 milionów dolarów nagrody za jego głowę (za Osamę ibn Ladina obiecywano 50 milionów).
Nie odwołali jej, gdy latem 2021 roku wycofali wojska spod Hindukuszu, a talibowie wrócili do władzy w Kabulu. Siradżuddin został w ich rządzie ministrem policji. Jako naczelny stróż prawa, ścigany listami gończymi zapewniał, że talibowie nie udzielą gościny Al-Kaidzie, w której był jednym z zastępców naczelnego emira. A gdy latem 2022 roku Amerykanie wytropili i zabili w Kabulu Ajmana az-Zawahiriego, okazało się, że następca Osamy ibn Ladina ukrywał się w jednym z domów należących do Haqqaniego.
Trump uważa, że ma z talibami wiele do załatwienia
Za panowania Joego Bidena Ameryka nie chciała mieć nic wspólnego ani z talibami, ani z Afganistanem. Ale wszystko zmieniło się, gdy do Białego Domu ponownie wprowadził się Donald Trump. Jego wygrana w wyborach uradowała talibów. To w końcu Trump, podczas pierwszej prezydentury, dobił z nimi targu i obiecał wycofać wojska. Ściągnął też z afgańskiego nieba amerykańskie lotnictwo, dzięki czemu talibowie bez przeszkód mogli przerzucać oddziały z pakistańskiej strony miedzy na afgańską i szykować się do przejęcia władzy.
Trump, będący w swoim mniemaniu arcymistrzem w interesach, uważa, że z talibami ma jeszcze sporo do załatwienia. Objąwszy znów prezydenturę zażądał, by talibowie zwrócili mu cały amerykański oręż pozostawiony w Afganistanie podczas chaotycznej rejterady w 2021 roku. Trump twierdzi, że porzucona broń i sprzęt wojskowy warte są kilka miliardów dolarów. Zażądał też bazy wojennej w podkabulskim Bagramie, zbudowanej za fortunę przez Amerykanów, do której – jego zdaniem – chcą teraz wprowadzić się Chińczycy. Nie pogardziłby również cennymi minerałami, które skrywają afgańskie góry.
Talibowie i Amerykanie wymieniają jeńców
Talibowie broni oddawać ani myślą. Mówią, że porzucony oręż jest ich łupem wojennym, a jeśli Amerykanie się z tym nie pogodzą, Afganistan zażąda od nich wojennych reparacji. Talibowie domagają się za to zwrotu 10 miliardów dolarów, jakie kabulski rząd trzymał w amerykańskich bankach, a których Biały Dom nie chce talibom wypłacić. Chcą też, by Amerykanie przekazali im afgańską ambasadę w Waszyngtonie i uznali ich za prawowite władze Afganistanu.
Na razie wymieniają jeńców. W przeddzień powtórnej intronizacji Trumpa z afgańskich więzień ministra policji Siradżuddina Haqqaniego wypuszczono dwóch przetrzymywanych Amerykanów, a Biden kazał uwolnić skazanego w Kalifornii na podwójne dożywocie narkotykowego barona Chana Mohammeda. W zeszłym tygodniu do Kabulu zjechała pierwsza od lata 2021 roku amerykańska delegacja i wróciła do Waszyngtonu z trzecim uwolnionym więźniem. W zamian Biały Dom odwołał listy gończe za Siradżuddinem, a także jego bratem Abdulem Azizem i szwagrem Jahją.
W afgańskim więzieniu przetrzymywanych jest jeszcze co najmniej dwóch Amerykanów, a talibowie chcą ich wymienić na Mohammeda Rahima, kuriera Osamy ibn Ladina, więzionego w Guantanamo.
Siradżuddin, partner w interesach?
Jeśli z nienawistnego wroga Siradżuddin przemieni się w partnera Trumpa w interesach, przejdzie odwrotną drogę niż jego ojciec, Dżalalluddin, od którego przejął partyzanckie wojsko i fach. W latach 80. Dżalaluddin Haqqani był najważniejszym – obok Ahmada Szaha Massuda z podkabulskiej doliny Pandższiru i Ismaela Chana z Heratu – z partyzanckich komendantów walczących z Armią Sowiecką. Był faworytem Amerykanów, którzy dostarczali mu najwięcej broni. Poznałem go wiosną 1992 roku we wcieleniu ministra sprawiedliwości w rządzie mudżahedinów, którzy wykrwawiwszy Armię Sowiecką, przejęli władzę w Kabulu. Długobrody, w wielkim turbanie, wyglądał jak postać z opowieści Kiplinga.
Kiedy nie umiejąc podzielić się władzą, mudżahedini wywołali wojnę domową, rozczarowany Dżalaluddin zaszył się w Paktii. Potem poparł talibów, widząc w ich religijnej zapalczywości jedyną nadzieję na zaprowadzenie pokoju. Zaprosił też do Afganistanu starego druha Osamę ibn Ladina, który wyrzucony z Sudanu szukał nowego schronienia. Kiedy po atakach jego dżihadystów na Nowy Jork i Waszyngton, jesienią 2001 roku Amerykanie najechali na Afganistan, Dżalaluddin wystąpił przeciwko dawnym dobrodziejom. Dowodził partyzantką do śmierci w 2018 roku, a po nim przejął ją Siradżuddin.
Winston Churchill, który za młodu też bił się jako żołnierz w pasztuńskich wojnach, jako mąż stanu rzekł, że w polityce nie ma wiecznych przyjaciół ani wrogów, a jedynie interesy. Losy Haqqanich mogą posłużyć za dowód prawdziwości tej złotej myśli.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















