Na pewno jest w człowieku przekonanie, że należy czynić dobrze, a źle – nie należy. Kłopot w tym, że rozpoznanie, co jest dobre, a co złe wynika z... No właśnie, z czego? Pamiętam wizytę papieża w jakimś mieście we Włoszech, bodaj w Neapolu. W imieniu ochrzczonych mówił do niego człowiek, który wzrastał w rodzinie bardzo ubogiej. Mówił o tym, iż przez długi czas był przekonany, że kradzież może być czymś dobrym. Uważał, że przyniesienie do domu czegoś zdobytego w ten sposób jest zasługą. Dopiero później, już jako dorosły, zetknął się z Kościołem i dowiedział się, że jednak nie.
Nie wiem, czy znał katolicką formułę: „wobec krańcowej konieczności wszystko jest wspólne”. Może to jakoś czuł. Ale czy „wszystko” znaczyło, że okradany bliźni może zostać z niczym i znaleźć się w sytuacji takiej, jak on sam był przed dokonaniem kradzieży? Pocieszmy się hipotezą, że zapewne raczej okradał zamożnych niż krańcowo biednych. A inne przykazania?
„Nie zabijaj”? Wykoncypowaliśmy, że przykazanie nie odnosi się do wrogów na wojnie. Wyroki śmierci – wykonywane w czasach pokojowych – dopiero od niedawna zniknęły z niektórych kodeksów karnych. Co więcej, coraz powszechniejsza staje się dopuszczalność odbierania życia chorym, którzy sami o to proszą, albo ich stan nie rokuje poprawy. Nie mówię już o „nie cudzołóż”, „nie kradnij”, „nie mów fałszywego świadectwa”, bo zdążyliśmy wynaleźć sto sposobów, by przykazania obejść z poczuciem niewinności albo wręcz zasługi. Tyle Dekalog, bo kłopot to dopiero sprawia Ewangelia. „Miłuj bliźniego jak siebie samego”? Taka rewolucja moralna musi budzić niepokój.
Z napięciami między wymogami życia a przykazaniami Ewangelii borykają się teologowie moraliści. Nie brak było takich, którzy konstruowali poglądy pozwalające dobrze żyć w świecie pełnym chciwości, zazdrości i nienawiści z poczuciem bycia dobrym chrześcijaninem. Ale byli też ludzie biorący serio nauczanie Ewangelii. To, że staramy się nim żyć w świecie takim, jaki jest, stanowi cząstkę naszej egzystencji. Nie jest dziwne, że się do ideału zbliżamy, albo, w innych okolicznościach, oddalamy. Jedni odczuwają zbliżanie i się cieszą, inni są przybici oddalaniem się. Jedni i drudzy mają rację. Może sprawa jest bardziej personalna, niż sądzimy. Cokolwiek się dzieje na świecie, ja sam ostatecznie odpowiadam za swoją drogę. Każdy zgodnie ze swoim rozeznaniem, czy jeśli kto woli – sumieniem.
Tu dochodzimy do pytania o to, ilu jest na świecie nas, chrześcijan. Myślę, że według nauczania Jezusa właśnie stosunek do przemocy wobec bliźnich jest realnym znakiem relacji z drugim człowiekiem, aniżeli słowne deklaracje, często niemające żadnego potwierdzenia w życiowej praktyce. Oczywiście, natychmiast się rodzi mnóstwo problemów, jak choćby pytanie, czy mamy obojętnie patrzeć na to, że bliźniemu dzieje się krzywda. Bo może jednak, mimo pokojowego nastawienia, mam obowiązek bronić bliźniego? A gdy mam bronić, to czy mogę używać siły albo nawet zabijać?
Może zbytnio uprościliśmy (na własny użytek) Ewangelię? Może coś w nauce Jezusa przeoczyliśmy? Może położyliśmy nacisk nie na to, co w niej jest istotne, i zbudowaliśmy doktrynę zaledwie paralelną? Myślę, że wyjaśnienie jest proste: posłuchaliśmy wykładu doktryny w wersji nam osobiście bliskiej, najmniej naruszającej nasz sposób myślenia i życia. Wersja ewangeliczna brzmi: „bądźcie więc doskonali jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5, 48). Jeśli te słowa potraktować poważnie, to miara jest nieosiągalna, ale kierunek, w którym należy podążać, wskazany.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















