Trzydzieści lat temu, w 1980 r., odbyła się w Waszyngtonie premiera filmu "Imperium kontratakuje". Recenzje były dość powściągliwe. Chwalono efekty specjalne, rozmach produkcji budził uznanie, ale musiało minąć jeszcze kilka lat, zanim uznano "Imperium" za najlepszą część kosmicznego cyklu George’a Lucasa. Na razie pierwsze sto dwadzieścia sześć kopii trafiło do amerykańskich kin, przynosząc producentom pierwsze miliony dolarów zysku.
Dawno, dawno temu, w odległej synagodze
Do Polski film dotarł po zawieszeniu stanu wojennego. W grudniu 1982 r. "Filmowy Serwis Prasowy" zapowiadał, że wkrótce "bohaterowie głośnych »Gwiezdnych wojen« (...) pokon[ają] groźne Imperium Zła".
Polska Szkoła Plakatu już dogorywała, ale Jakub Erol zaprojektował afisz, który do dzisiaj cieszy się uznaniem kolekcjonerów. Głównie ze względu na spektakularną pomyłkę w nazwisku reżysera. Ale czy kogoś z nas obchodziło wtedy nazwisko reżysera? W lutym 1983 r. zaczęła się filmowa przygoda pokolenia.
Pierwsze "Gwiezdne wojny" widziałem w dawnej synagodze w Kazimierzu (nic nie poradzę, takie czasy). Pamiętam drewniane sklepienie, muzykę Johna Williamsa i uciekające w kosmos litery początkowych napisów. Sugestia miejsca była tak silna, że przez następne ćwierć wieku sądziłem, że nad planetą Tatooine unoszą się dwa księżyce. W istocie były to dwa słońca - "Gwiezdne wojny" nie miały wiele wspólnego z prozą Marii Kuncewiczowej. Ściśle biorąc, nie przypominały niczego, co wcześniej widziałem albo mogłem sobie wyobrazić. Zaś "Imperium"... Cóż, "Imperium" było jeszcze lepsze.
Softpower i kaktusy
Określenie "soft power" miało się pojawić dopiero w następnej dekadzie, ale jak inaczej opisać wpływ, jaki wywierały na nas amerykańskie filmy?
Cwaniaki z Departamentu Stanu doskonale to rozumiały. W wydawanym przez ambasadę USA piśmie "Ameryka", między zdjęciami senatorów, jazzmanów, elektrowni i wystaw sztuki nowoczesnej, nie zabrakło panoramy Miasta w Chmurach i bojowych pojazdów Imperium. I to na błyszczącym kredowym papierze. Przechowywałem tę gazetę jak relikwię.
Na placu Czerwonym defilowały rakiety, w szkole uczyli, żeby kłaść się nogami w stronę atomowego grzyba, a tymczasem najbardziej wyrafinowana technologia militarna wszechświata służyła naszej przyjemności, rozrywce i zabawie.
Że producenci kierowali się także chęcią zysku - to nam nie przyszło do głowy. Byliśmy wtedy bardzo prostolinijni. Kochaliśmy Księżniczkę Leię, Hana Solo i młodego Skywalkera. Mówiliśmy "jedi", a nie "dżedaj" i do głowy nam nie przyszło, że kiedyś, na pytanie o ulubionego bohatera "Gwiezdnych wojen", zblazowani postmoderniści odpowiedzą: "Boba Fett" (drugoplanowy szwarccharakter).
Byliśmy bardziej prostolinijni niż amerykańscy scenarzyści. W szkole kolegi trafił się mądrala, który miał rodziców na placówce i twierdził, że upiorny Lord Vader okaże się ojcem szlachetnego Luke’a. Ukarano drania zgodnie z kodeksem. Zawleczony do klaso-pracowni biologicznej przez całą przerwę ściskał kaktusy. Nim zabrzmiał dzwonek, zapłakał rzewnymi łzami i przysiągł, że wszystko sobie zmyślił.
Wkrótce potem reżym wydał ostatnie dolary (odjęte od dziobów wygłodniałym kurczakom), żeby kupić "Imperium kontratakuje". Nieszczęśnik od kaktusów mógł się domagać rehabilitacji, ale już gdzieś zniknął razem ze swoim plastikowym mieczem świetlnym na baterie. Tymczasem w szkole wymienili oświetlenie i znaleźliśmy w śmietniku cały kontener starych świetlówek. Nie macie pojęcia, jaka była bitwa.
Dzień Dziecka w kinie Stolica
Specjalistą od filmów był u nas w klasie niejaki Kropka. Jego matka pracowała jako księgowa w tajemniczym miejscu odgrodzonym od świata betonowym płotem i kordonami wojska. W telewizji. Kropka twierdził, że za tą palisadą jest bezludne miasto, starodawny Londyn, zbudowany do jakiejś zarzuconej koprodukcji z czasów prezesa Szczepańskiego. Co byśmy dali, żeby zobaczyć te kamienice, latarnie i plastikowy bruk! Zamiast tego Kropka karmił nas sensacyjnymi doniesieniami na temat seriali:
- Nie gadaj na lekcji! Chcesz wyjść z klasy?
- Ale bo, proszę pani, on wie, jak się kończy "Isaura".
- A jak? - każda nauczycielka łapała się na ten haczyk.
- Będzie miała dziecko, prąpani - czerwienił się Kropka.
- A z kim?
- Z Leonciem.
- Jak z Leonciem? Przecież Leoncio jest niedobry - wołała pani, nie na żarty już przejęta.
- Ale to z musu. Z musu! - wyjaśniał purpurowy Kropka.
Na Kremlu władzę objął Gorbaczow. W kinie Oka dawali radzieckie filmy trójwymiarowe, na zmianę "Zabawy zwierząt" i "Paradę atrakcji". Zamiast tego woleliśmy po raz dziesiąty obejrzeć "Gwiezdne wojny". Poznaliśmy też Indianę Jonesa i inne arcydzieła z hollywoodzkiego nurtu Nowej Przygody.
A potem na ekrany wszedł "Powrót Jedi" i historia się domknęła. Dobro zatriumfowało, a siły Imperium zostały pokonane przy znacznym udziale Ewoków - proekologicznych niedźwiadków uzbrojonych w dzidy i pałki. Niektórzy twierdzili, że te postaci są zbyt infantylne. Akurat! To widownia podrosła.
Poza tym nic się nie zmieniało. Każdej wiosny, z okazji Dnia Dziecka, nauczyciele ustawiali nas w pary i prowadzili do kina Stolica. Zawsze na ten sam film - "Króla Maciusia pierwszego" w reżyserii Wandy Jakubowskiej ("pol., rok prod. 1958, bez ograniczeń").
Proszę mnie zrozumieć. "Król Maciuś" nie był taki zły. Miał szlachetne przesłanie i pełną wdzięku scenografię z dykty i płótna. Pamiętam, że kiedy dzieci tupały nogą, armata rozpadała się na kawałki, a opony z baloników wzlatywały w niebo. O takich rzeczach mówi się zazwyczaj, że rozbudzają wyobraźnię dziecka. Problem w tym, że my już widzieliśmy eksplozję Gwiazdy Śmierci oraz Carrie Fisher tańczącą w złotym kostiumie kąpielowym przed tronem Jabby ("Ale przecież on był niedobry! - Z musu, pani psorko"). Nasza wyobraźnia była już wystarczająco rozbudzona.
Na sznureczkach
Pierestrojka nabierała tempa, a telewizyjne miasteczko Sherlocka Holmesa rozpadło się już ze starości, gdy w końcu szkoła skapitulowała. W siódmej klasie zabrali nas na "Imperium kontratakuje". Kopia była mocno zużyta, historia oglądana po raz jedenasty nie robiła już takiego wrażenia, ale mimo wszystko - to było "Imperium".
Poza tym pojawiła się pewna - jak to dziś mówią w kapitalizmie - wartość dodana. Dobrze rozegrana dyskusja w klasie mogła zająć nawet dwie godziny lekcyjne. Najlepiej dwie matematyki. Byliśmy mistrzami w dobrym rozgrywaniu takich spraw.
- Proszpani, a jak oni zbudowali te statki, takie wielkie? - Kropka przybrał swój najbardziej naiwny wyraz twarzy.
- To wszystko były miniaturki, co nie? - objaśnił chytry Piskorek.
- Ale przecież latały!
- No i co? Na sznureczkach je ciągnęli.
I wtedy pani zerwała się zza biurka.
- Ty, Piskorek, sam jesteś sznureczek! - krzyknęła. - Na sznureczku to możesz sobie ciągnąć... u cioci na imieninach! A to były modele na radio i komputer. Amerykańskie!
I wtedy zrozumieliśmy: nawet pani już wie, kto wygrał zimną wojnę.
Internet nie jest szczególnie wiarygodnym źródłem, kiedy chcesz sprawdzić daty wojen punickich. Co innego, jeśli potrzebujesz nazwiska komendanta Gwiazdy Śmierci. Wiele cennych informacji na temat polskiej recepcji "Gwiezdnych wojen" znalazłem na stronie www.starwarsy.pl.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















