Imigranci z Afryki, pracujący na czarno w „ogrodach Europy”, postanowili założyć szkołę. Relacja z Hiszpanii

Tam, gdzie żyją – w slumsowych osiedlach – nie ma ani prądu, ani bieżącej wody, ani wywozu śmieci. Ale powstają szkoły. W andaluzyjskiej gminie Níjar zakładają je oddolnie imigranci, którzy pracują przy uprawie warzyw i owoców. Pojechaliśmy tam z wizytą.
z Níjar (południowa Hiszpania)
Czyta się kilka minut
Osiedle imigrantów koło Nijar, Hiszpania // Fot. Javier Fergo / DPA / PAP
Osiedle imigrantów koło Nijar, Hiszpania // Fot. Javier Fergo / DPA / PAP

Na miejsce docieram wieczorem. Nie można go znaleźć na mapie. Trzeba kierować się do El Barranquete w andaluzyjskiej gminie Níjar. Dalej potrzebne będą już współrzędne geograficzne.

Miejsce ukryte jest za wzgórzem i otoczone białymi połaciami plastiku, popularnie zwanymi szklarniami. Przy wjeździe do osady mijam górę śmieci, niewywożonych pewnie od tygodni. Aby przemieszczać się po tym osiedlu, potrzebna jest latarka, inaczej można się tu zgubić.

Także przy wjeździe do osady imigranci zmobilizowali się i postanowili zbudować trzy szkoły-szałasy. To drewniane pale otoczone plastikiem, od góry pokryte prześcieradłami. W środku są krzesła i szkolne tablice. Mimo prowizorycznego charakteru, budowle wydają się stabilne i chronią przed wiatrem, który daje się tu we znaki zwłaszcza późną jesienią i zimą.

Celem tego grupowego wysiłku była edukacja.

Imigranci z Maroka w hiszpańskich slumsach El Hoyo

W tej osadzie slumsowej, nieformalnie zwanej El Hoyo (dosłownie: dół, wykop), mieszka kilkadziesiąt osób z Maroka. Większość dotarła na prowizorycznych łodziach. Niektórzy żyją tu od kilkunastu lat, ale ledwie potrafią się przedstawić po hiszpańsku. Otoczenie rodaków i fizyczna praca w rolnictwie nie służą nauce języka.

– Dziś zaczniemy później. Niektórzy uczniowie dopiero wracają z pracy – mówi Clara z Jezuickiej Służby Migrantom (JSM, pozarządowej organizacji). Z wykształcenia prawniczka, spełnia się w roli pracowniczki socjalnej. Widać, że tu dowodzi. Rozkłada krzesła. Oraz, co najważniejsze, włącza małe lampki, aby oświetlały tablice.

Klasa w szkole na osiedlu imigrantów w gminie Níjar. Andaluzja, grudzień 2024 r. // Fot. Agnieszka Zielińska

Uczniowie powoli schodzą się na zajęcia. Dzielą się na trzy grupy, każda w innej „sali”. Najmłodsza składa się z trzech osób: to Fátima, Samira i Najoua. Prosiły o lekcje w kameralnej atmosferze, z dala od wzroku mężczyzn. Uczą się hiszpańskiego pod okiem Chadidży, nauczycielki z Maroka.

Wolontariuszki z Jezuickiej Służby Migrantom uczą bezpłatnie hiszpańskiego

To ich trzecie zajęcia, ale 37-letnia Najoua już snuje wielkie plany. – Nauczę się hiszpańskiego, zdobędę lepiej płatną pracę i odłożę pieniądze. Potem pobierzemy się z moim chłopakiem i zamieszkamy we własnym domu. Chcemy mieć kilkoro dzieci. Nie chcę, aby wychowywały się w slumsach, bez dostępu do wody i prądu. Jaki los by ich tu czekał? Nie chcę, żeby bawiły się przy tej górze śmieci – mówi mi Najoua.

W drugiej sali, w grupie najbardziej licznej, uczy się kilkunastu mężczyzn; średnia wieku to około 30 lat. Trwa sprawdzanie listy. – Barek, Mustafa, Youseef, Muhammad – nauczycielka-wolontariuszka z JSM wyczytuje listę, a uczniowie co chwila wybuchają śmiechem, gdy przekręci czyjeś imię.

Będą ćwiczyć hiszpański, rozmawiając o codziennych czynnościach, o pracy, robieniu zakupów, odpoczynku. Choć słuchanie ich odpowiedzi uświadamia, że w ich życiu pojęcie „odpoczynek” praktycznie nie istnieje.

Inicjatywa założenia szkoły wyszła od imigrantów

W trzeciej sali dowodzi Nuria, emerytka i wolontariuszka JSM. To z nią przez rok imigranci uczą się hiszpańskiego alfabetu. Wielu po raz pierwszy trzyma ołówek i uczy się pisać. Niektórzy mają po czterdzieści kilka lat.

– Łatwiej pracuje mi się z osobami, które nigdy nie nauczyły się pisać po arabsku – opowiada Nuria. – Wtedy zaczynamy od zera. Ci, którzy wcześniej mieli styczność ze szkołą, zapisują wszystko od prawej do lewej, jak po arabsku, i wszystkie litery na odwrót.

Nuria rozdaje sprawdzone prace z poprzednich zajęć, gdy jej uczniowie musieli opisać kilka części ciała. Teraz uczą się nazw kolorów, a w ich rozróżnieniu pomaga im tłumacz internetowy. Widać, że nie całkiem rozumieją nauczycielkę.

Punktualnie o 19.20 lekcje zakłóca alarm – na kilkunastu telefonach odzywa się islamskie wezwanie do wieczornej modlitwy.

Takie lekcje w slumsach odbywają się kilka razy w tygodniu, dzięki pracownikom różnych organizacji pozarządowych. A wszystko zaczęło się z inicjatywy samych imigrantów i przypomina prawdziwą szkołę: są dwa semestry nauki, zeszyty i zadania domowe.

W szkole w El Hoyo nie dla wszystkich chętnych starcza miejsc

– Chcesz się zapisać na zajęcia? – do Clary przychodzi nowy uczeń; w ręku trzyma dokument za zdjęciem. Clara pyta, czy potrafi pisać, jak długo mieszka w Hiszpanii i czy ma tu krewnych.

Gdy pada pytanie o rezydencję czy pozwolenie na pobyt, sąsiedzi z osiedla wybuchają śmiechem. Tutaj prawie nikt nie ma umowy o pracę. Clara mówi mężczyźnie, że na razie nie ma miejsca, ale może przychodzić i jak inni z listy rezerwowej przysłuchiwać się lekcji. Nie można zapisać wszystkich na zajęcia, bo zabrakłoby krzeseł i miejsca w szkołach-szałasach.

Przysłuchuje się temu Abdelahami, wysoki 36-latek zwany „tłumaczem”. W ciągu czterech lat nauczył się tak dobrze języka, że dziś pomaga wolontariuszom w porozumieniu się z innymi Marokańczykami.

 – Gdy tylko odłożę więcej pieniędzy, wyjadę stąd do miasta i znajdę lepszą pracę. Mam tu tylko brata. Z mojego szałasu wezmę tylko koce i poduszkę, najcenniejsze rzeczy, które tutaj mam – mówi Abdelahami.

– Pytasz, po co to robię? Mam czas na emeryturze i chcę go dobrze spożytkować. Tak naprawdę dostaję od nich w zamian więcej, niż daję od siebie. Widzisz ten dywan przy tablicy? Przynieśli mi go któregoś dnia. Chcieli w ten sposób podziękować – wzrusza się Nuria i mówi, że musi wracać na lekcje.

Imigranci pracują w szklarniach zwykle bez umowy i ubezpieczenia

Do El Hoyo wracam jeszcze kilka razy. Poznaję tu Abderrahima, 31-latka z Maroka. Przybył do Hiszpanii siedem lat temu przez Libię i Włochy. Pracuje codziennie od rana do wieczora. Wyjątkiem jest niedziela, gdy może skończyć pracę przed czternastą (w uprawie warzyw i owoców nie może być dnia przerwy).

Abderrahim z Maroka przed swoim „domem” w slumsach El Hoyo, Níjar. Andaluzja, grudzień 2024 r. // Fot. Agnieszka Zielińska

Abderrahim pozuje do zdjęcia tyłem, przy wejściu do swojego szałasu z plastiku. Nie chce pokazywać twarzy, bo wstydzi się warunków, w jakich żyje.

Marzy, że zarobi dość pieniędzy, by wrócić do rodzinnej miejscowości w Maroku, parotysięcznej wsi Ouaoumana i kupi tam ziemię. Na razie jednak potrzebuje umowy o pracę, by zalegalizować pobyt i dostać dokumenty. Od pracodawców ciągle słyszy, że muszą minąć trzy lata. – Oszukali mnie tak już dwa razy – mówi. – Siedem lat pracuję bez umowy i ubezpieczenia. Bolą mnie plecy, ale nie mogę iść do lekarza.

O nieuczciwych praktykach właścicieli szklarni pisze w mediach społecznościowych Związek Zawodowy Pracowników Andaluzji SOC-SAT. O warunkach bytowych, łamaniu prawa do płacy minimalnej i wypoczynku. 

„Pracownicy, którzy swoimi rękami, potem i biedą uprawiają tysiące kilogramów warzyw i owoców, znaczną część z etykietą BIO, mają prawo do godnych warunków życia. (…) Władze powinny rozliczyć się z subwencji unijnych i krajowych, które dostają na poprawę sytuacji migrantów i wywóz śmieci z osiedli biedy” – pisze SOC-SAT na Facebooku.

Działania władz lokalnych w imigranckich osiedlach

W sierpniu 2022 r. rząd Andaluzji uruchomił program mający na celu, jak to określono, „likwidację mieszkań o niskim standardzie”. Chodzi właśnie o osiedla biedy, gdzie żyją pracownicy szklarni. W roku 2023, roku wyborczym, władze nasiliły eksmisje i burzenie osiedli slumsowych, zwłaszcza w najbardziej turystycznych miejscach. Na terenie gminy leży bowiem jedna z głównych atrakcji Andaluzji: park naturalny Cabo de Gata. Słynie z oryginalnych formacji geologicznych, wpisanych na listę UNESCO.

Półtora roku temu wybory w gminie Níjar wygrali ponownie socjaliści, ale ostatecznie koalicję rządzącą utworzyła niechętna imigrantom koalicja prawicowej Partii Ludowej i ultraprawicowej VOX. Na czele gminy stanął José Francisco Garrido Requena.

Zmiany już widać. W osiedlu slumsowym w Atochares, domu dla niemal pół tysiąca osób, zakręcono jedyne ujęcie wody. Teraz jego mieszkańcy muszą iść do kolejnego punktu oddalonego o kilometr, a ta woda i tak nadaje się tylko do sprzątania i mycia.

Hiszpańskie warzywa i owoce dla całej Europy

Gmina Níjar należy do prowincji Almería, zwanej „ogrodem Europy”: ten region Hiszpanii zapewnia całoroczne dostawy owoców i warzyw. Co roku produkuje się tu ok. 4 mln ton warzyw i owoców, zwłaszcza pomidorów, papryki i cukinii. Trzy czwarte trafia na eksport, głównie do Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i Holandii.

Gmina należy też do najsuchszych miejsc w Europie; położona jest w sąsiedztwie pustyni Tabernas. Dawniej ze względu na susze zakładano pola uprawne przy plażach. Bywało, że silny wiatr niszczył zbiory. Tradycyjne rolnictwo było tu trudne, nasilała się emigracja na północ Hiszpanii.

Ponad pół wieku temu pojawiły się pierwsze szklarnie i wkrótce przyczyniły się do wzrostu zamożności prowincji. W ciągu ostatnich 20 lat ich powierzchnia w gminie podwoiła się: z prawie 3,4 tys. hektarów w 2001 r. do ponad 6,5 tys. hektarów w 2022 r. Dziś Almería nazywana jest „morzem plastiku”.

Imigranci biorą sprawy w swoje ręce

Według władz lokalnych alternatywą dla slumsów jest osiedle przy Los Grillos. Rząd Andaluzji i rząd centralny w Madrycie przeznaczyły 1,5 mln euro na budowę 62 tymczasowych mieszkań do wynajęcia dla pracowników rolnych. „Mieszkania po przystępnej cenie, każde ma salon z kuchnią i jadalnią, sypialnię, łazienkę, a dodatkowo miejsca parkingowe i tereny zielone” – gmina chwali się inwestycją.

– To ładnie brzmi, ale za tę kwotę można byłoby zbudować więcej mieszkań. W dodatku potrzebne są mieszkania stałe, a nie tymczasowe – uważa Fernando Plaza ze stowarzyszenia Pro Derechos Humanos de Andalucía.

– Być może szansą na poprawę sytuacji pracowników rolnych w Hiszpanii byłyby międzynarodowe kontrole. Wierzę, że wszyscy kontrolerzy są niezależni, ale kontroler z Francji czy Polski byłby bardziej odporny na ewentualne naciski właścicieli szklarni – mówił mi dwa lata temu José Miguel Ramos z lewicowej partii Podemos.

Od tego czasu niewiele się zmieniło w tej okolicy. Dlatego imigranci z kolejnych slumsów biorą sprawy w swoje ręce. Chcą uczyć się języka, by zawalczyć o lepsze warunki pracy i miejsce do życia.

Organizacje pozarządowe prowadzą już bezpłatne lekcje hiszpańskiego w kilku osiedlach. Próśb o kolejne przybywa. 

– Nie wiem, czy chciałoby mi się iść na zajęcia po całym dniu ciężkiej pracy fizycznej, na kolanach czy w pochylonej pozycji – mówi mi Nuria. – Podziwiam ich i trzymam za nich kciuki.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2024

W druku ukazał się pod tytułem: W ogrodzie Europy