Reklama

Historia, polityka, emocje

Historia, polityka, emocje

16.02.2010
Czyta się kilka minut
70 lat temu, w lutym 1940 r., sowieckie władze okupacyjne zaczęły masową wywózkę obywateli wschodniej polski. W tym czasie pod okupacją niemiecką wysiedlenia trwały od dawna, i to na jeszcze większą skalę.
W

W mentalności Polaków silnie obecna jest świadomość przymusowych wysiedleń dokonanych przez Sowietów. Mniej pamiętamy o tych dokonywanych przez Niemców. Może dlatego, że w bilansie lat 1939-59 (tj. od początku wojny do końca masowych wywózek z Kresów) liczba wygnanych "zza Buga" jest wyższa: ziemię rodzinną musiała opuścić ogromna większość z żyjących tam ponad 5 mln Polaków. Poza tym, wygnanie z Kresów było nieodwracalne. Dziś miliony Polaków są potomkami tych, którzy nie mogli wrócić do swej ziemi rodzinnej.

Wszelako podczas samej wojny to nie Sowieci, ale Niemcy wygnali więcej Polaków. Licząc tylko obywateli II RP narodowości polskiej, historycy dochodzą do 1,7 mln tych, których Niemcy wygnali, konfiskując lub niszcząc ich mienie. Chodzi nie tylko o mieszkańców ziem wcielonych wprost do Rzeszy, ale też o ofiary wysiedleń na terenie tzw. Generalnego Gubernatorstwa - to Zamojszczyzna, Warszawa (jej ludność wygnano po powstaniu w 1944 r.) czy kilkaset spalonych wsi; muzeum w Michniowie na Kielecczyźnie, które zbiera takie dane, podaje liczbę 817 zniszczonych wsi w obecnych granicach Polski i kilkuset na Kresach.

W efekcie na 24,5 mln mieszkańców powojennej Polski (dane z 1950 r.) aż 6,5 mln, czyli ponad 26 proc., miało za sobą doświadczenie - mówiąc językiem naukowym - "przymusowej i trwałej zmiany miejsca zamieszkania". Czyli wypędzenia z ziemi rodzinnej. A do liczby tej trzeba dodać kilkaset tysięcy tych, którzy nie mogli wrócić do powojennej Polski opanowanej przez komunizm - byli skazani na emigrację na Zachodzie.

Lata 1939-59 zmieniły w ogóle mapę etniczną terytorium między Odrą a wschodnią granicą II RP: zjawisko wygnania objęło tu 30 mln ludzi - Polaków, Żydów, Niemców, Ukraińców. Zniknęła dawna Europa Środkowa. "Zerwaniu uległa - piszą autorzy monografii "Wysiedlenia, wypędzenia i ucieczki

1939-1959. Atlas ziem Polski" (wyd. Demart 2008) - ciągłość rozwoju cywilizacyjnego wielu obszarów. Tragediom ludzkim niejednokrotnie towarzyszyła zagłada znacznej części dobytku materialnego i spuścizny kulturalnej wytworzonej przez wieki".

***

Norwid postulował, by "odpowiednie rzeczy dać słowo". Gdy mowa o polskich wypędzonych, panuje mnogość pojęć. W PRL-u wylansowano kłamliwy termin "repatrianci" ("repatriacja" to "powrót do ojczyzny", a Polacy z Wilna nie wracali przecież do ojczyzny w Szczecinie). Dziś mówi się o wygnańcach, wypędzonych, wysiedlonych. Ten chaos języka ma swe przyczyny. Niemcy nazywają wypędzonym każdego, kto opuścił dom na wschód od Odry po 1944 r. (nawet jeśli wcześniej był to dom Polaków; to historia Eriki Steinbach, urodzonej w okupowanej Rumii). W przypadku Polaków zjawisko wygnania towarzyszyło im stale między rokiem 1939 a 1959, tyle że w różnym miejscu, czasie i charakterze.

Pozostaje faktem, że wielu, może większość polskich wypędzonych - i Wielkopolanie, i Kresowiacy - w minionych dekadach żyła w przekonaniu, że ich los jest na drugim planie pamięci zbiorowej. Tak było przed 1989 r., tak było później. Gdy w przestrzeni publicznej mowa jest dziś o wojnie, dominują takie tematy jak 1939, Katyń, Powstanie, obozy, Holokaust. Generalnie: z jednej strony walka, z drugiej cierpienie, to najcięższe. Pamięć o wygnańcach jest jakby w cieniu. Chyba nie tylko dlatego, że w PRL-u wygnanie z Kresów było tematem tabu. Zapewne też z tego powodu, gdyż - jak mówi Maria Rutowska, autorka prac o Wielkopolsce (cytowana w tym dodatku) - "trzeba pamiętać, jak straszna to była wojna. Po niej liczono przede wszystkim ofiary egzekucji, obozów, więzień. A wysiedleni przeżyli i byli szczęśliwi, że żyją". Mechanizm ten działał zresztą w drugą stronę: "W zestawieniu ze zbrodniami hitlerowskimi, obozami koncentracyjnymi, komorami gazowymi i egzekucjami, wysiedlanie Niemców po 1945 r. wydawało się rzeczą wręcz humanitarną" - mówiła prof. Krystyna Kersten w 1993 r., podczas jednego z pierwszych polsko-niemieckich spotkań na temat wygnanych Niemców i Polaków.

Ostatnio "zasługę" dla przypomnienia polskich wypędzonych miała wspomniana Erika Steinbach: jej działalność spowodowała, że w Polsce zaczęto mówić i o tym aspekcie wojny. Traf chciał, że kilka dni temu zakończył się w Niemczech spór o to, czy Steinbach ma zasiąść we władzach fundacji, która zbuduje muzeum wypędzonych. Skończył się on kompromisem ze wskazaniem na Steinbach: choć nie będzie jej w fundacji, w zamian za jej rezygnację rząd Niemiec zrzeka się kontroli nad muzeum. Co z tego wyniknie, zobaczymy. Być może poniewczasie okaże się, że lepiej byłoby, gdyby Steinbach do muzealnej fundacji weszła, ale niemiecki rząd miał nad nią kontrolę.

***

Nie o Steinbach ma być tu jednak mowa. Niemniej, analogia z Niemcami może być pomocna - gdy mowa o emocjach. W 2002 r. powieść Güntera Grassa o cierpieniach uchodźców z Prus i zatopieniu statku "Gustloff" stała się bestsellerem, wywołując silne reakcje. Niektóre sprawiały wrażenie od dawna tłumionego krzyku. "To dobry uczynek, że po pół wieku milczenia mówi się o niesłychanym cierpieniu Niemców. Nareszcie własną twarz uzyskała śmierć tysięcy - zamarzających i zdychających na poboczach dróg, rozrywanych bombami w niszczonych miastach" - pisała czytelniczka jednej z gazet, jakby zrzucając coś z siebie. Dla takich jak ona Grass - właśnie on! - integrował symbolicznie ich los w przestrzeni publicznej.

Jakie emocje towarzyszą dziś Kresowiakom czy Wielkopolanom? Gdy przygotowywaliśmy ten dodatek (nie mając świadomości, że zbiegnie się on z finałem dyskusji w Niemczech), nasi dziennikarze - po części sami będący potomkami wygnańców - zauważali, że bohaterowie ich tekstów reagowali bardzo emocjonalnie. Także zdumieniem, że ktoś interesuje się tematem będącym w ich przekonaniu na marginesie polskich debat.

Nawet jeśli są to odczucia subiektywne, warto mieć je na uwadze, gdy dyskutujemy o polskich wypędzonych. Także o filmach, powieściach czy muzeach, które powinny ich los dziś na nowo opowiadać. Tych, które w Polsce wciąż nie powstały.

Autor artykułu

Dziennikarz, kierownik działów Świat i Historia. Ur. 1967 r. W „Tygodniku” zaczął pisać jesienią 1989 r. (o rewolucji w NRD; początkowo pod pseudonimem), w redakcji od 1991 r. Specjalizuje...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]