ŁUKASZ GRAJEWSKI: Jednym z głównych tematów kampanii wyborczej we wschodnioniemieckich landach jest dziś wojna w Ukrainie. W tej części kraju wielu Niemców sympatyzuje raczej z Rosją, a nie z Ukrainą i Zachodem. Dlaczego?
ILKO-SASCHA KOWALCZUK: W komunistycznej NRD najbardziej znienawidzoną grupą byli Rosjanie. Choć był jeden wyjątek. Polaków nienawidzono jeszcze bardziej. Z tą różnicą, że niechęć do Polaków była celowo kreowana przez SED, tutejszą partię komunistyczną. Natomiast antyrosyjskie nastroje wynikały z doświadczeń okupacji sowieckiej.
Do częściowej zmiany doszło wraz z Gorbaczowem, ostatnim sowieckim przywódcą. Większość ludzi w NRD kompletnie nie rozumiała tego, że jedyne, na czym mu zależało, to uratowanie komunizmu. Dlatego, w przeciwieństwie np. do Polski, w Niemczech Gorbaczow jest do dziś czczony, jakby był największym apostołem pokoju w historii świata. Co jest oczywiście całkowitym absurdem.
Jak reagowano na uwolnienie się spod sowieckiej kontroli?
Niemcy na wschodzie zareagowali dziwnie. Zamiast cieszyć się z wycofania wojsk sowieckich, zaczęto zadawać pytania, dlaczego nie wycofują się także Amerykanie, Brytyjczycy i Francuzi. To był pierwszy sygnał, że coś jest nie tak. Przecież jedni przynieśli nam dyktaturę, a drudzy wolność i demokrację. A teraz mamy ich traktować na równi? Po zjednoczeniu mieszkańcy Niemiec wschodnich nie poradzili sobie z życiem w wolności i demokracji. W efekcie do dziś większość odczuwa tęsknotę za silnym autorytarnym państwem i odrzuca zachodnie wartości.
Czyli to bardziej wrogość do Zachodu niż miłość do Rosji?
Tak, dokładnie. Wschodni Niemcy nie darzą szczególną sympatią samej Rosji. Nie interesują się tym krajem i go nie rozumieją. Chodzi o to, że Rosja jest największym politycznym wrogiem Zachodu. A wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. I to jest spoiwo, które łączy sukcesy zarówno Alternatywy dla Niemiec, jak i lewicowego Sojuszu Sahry Wagenknecht.
Na ile to rozczarowanie zachodnim modelem demokracji wynika z doświadczeń transformacji po 1989 r.?
Muszę przypomnieć jedną istotną kwestię, która w Polsce nie jest chyba znana. W 1989 r. około 95 proc. osób pracujących w NRD było zatrudnionych przez państwo. Niemal wszyscy byli od tego państwa zależni. To zresztą na tych ziemiach dużo starsza tradycja niż sama NRD.
I po upadku komunizmu na tych ludzi czekała terapia szokowa.
Tylko mała grupa ludzi, do której także należałem, walczyła w NRD o wolność. Dla nas wzorem była Polska. Ale większości nie chodziło o wolność, tylko o przyjęcie marki niemieckiej. I dalej chcieli, żeby państwo się nimi opiekowało. Na demonstracjach krzyczano pod adresem kanclerza Kohla „Helmut, nimm uns an die Hand und führ uns ins Wunderland” (Helmut, weź nas za rękę i poprowadź do krainy marzeń). Ludzie mieli ogromne oczekiwania i złudzenia co do tego, czym jest liberalna demokracja i kapitalizm. A rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
W Niemczech wschodnich doszło w czasie transformacji do największego pęknięcia strukturalnego w całym obszarze postkomunistycznym. Ludzie masowo tracili pracę. Choć z drugiej strony otrzymali wielkie wsparcie socjalne, które w Europie Środkowo-Wschodniej było nie do wyobrażenia. Problem polegał też na tym, że politycy z Zachodu od początku sugerowali, iż już za trzy albo pięć lat w miastach na wschodzie będzie się tak samo dobrze żyło, jak w Kolonii, Hamburgu czy Monachium. Tymczasem trzeba było mówić, że za tę parę lat będzie się żyło lepiej niż mieszkańcom Pragi, Warszawy, Tallina czy Kijowa. Ale nikt tego tak nie formułował. Szybko więc pojawiło się wielkie rozczarowanie i mocna pozycja antyzachodnich sił politycznych.
Najpierw te nastroje zagospodarowali postkomuniści. Dziś to głównie Alternatywa dla Niemiec.
Obecnie około jedna trzecia ludzi na wschodzie popiera AfD. Kolejne 20-25 proc. to teraz zwolennicy Sahry Wagenknecht. Potencjalne poparcia tych dwóch ugrupowań sięga nawet dwóch trzecich głosów. To prawdziwa katastrofa. Bo to naprawdę jest wybór tych ludzi. To nie jest znak protestu. Większość nie chce wolności i demokracji, lecz życzy sobie autorytarnego państwa.
Można jakoś przeciwdziałać tym tendencjom?
Po upadku NRD popełniono błąd, marząc o jedności kraju. My tej jedności nie potrzebujemy. Nikt wcześniej nie próbował jednoczyć Fryzji Wschodniej i Dolnej Bawarii. W Niemczech istnieje silna struktura społeczna i system państwowy, które umożliwiają współżycie różnych kultur i mentalności, bardzo różnych na północy i południu kraju.
Jednak po 1990 r. Zachód potraktował Wschód jako jedną masę. Wszystko podporządkowano jednemu zadaniu: zagwarantowaniu stabilność marki niemieckiej. I w pewnym sensie zanegowano pluralizm i różnorodność, które wcześniej istniały na terenach wschodnich Niemiec. Dlatego uważam, że dziś ważne jest, by zaakceptować różnorodność. Jeśli poważnie traktujemy demokrację, rządy prawa i wolność, to musimy poważnie traktować społeczny pluralizm. I musimy rozróżnić, kto jest jeszcze politycznym przeciwnikiem, a kto już wrogiem.
Z wrogami, czyli z AfD i politykami od Sahry Wagenknecht, nie ma możliwości rozmów przy wspólnym stole. To wrogowie zachodniej demokracji. Wystarczy wczytać się w ich wypowiedzi. Im chodzi o legalne dojście do władzy, aby następnie stworzyć państwo działające nie na podstawie konstytucji, tylko wedle ich nowych zasad. Wszyscy demokraci powinni poprowadzić wspólną kampanię przeciw ekstremistom.
Jak w takim razie podejść do wyborców tych dwóch skrajnych ugrupowań?
Mam już dość tego wschodnioniemieckiego malkontenctwa, że niby wszystko, co im się przytrafiło, jest straszne i jedyne w swoim rodzaju. Te historie wcale nie są wyjątkowe. Trudne procesy dzieją się cały czas i na całym świecie. Ale oni wolą patrzeć tylko na siebie, stawiają się w centrum historii. Oczywiście, te ok. 12 mln ludzi mieszkających na wschodzie odgrywa pewną rolę, ale też nie można tego przeceniać. W samej Nadrenii Północnej-Westfalii czy Bawarii mieszka więcej ludzi.
A jeśli AfD i BSW po wyborach dogadają się i przejmą rządy we wschodnich landach?
Cóż, zobaczymy. Władza w Turyngii lub Saksonii nie oznacza jeszcze wpływu w Berlinie. Choć oczywiście zdaję sobie sprawę z wpływu, jaki by mieli w Bundesracie [izbie wyższej parlamentu, złożonej z przedstawicieli landów – red.] i na politykę kulturalną. Od dawna opowiadam się za delegalizacją faszystowskiej AfD. Tu też jest oczywiście wiele niebezpieczeństw, np. że wielu ludzi to tylko zmobilizuje. Ciężko tu o złoty środek. Ale wiem, że błędem jest, iż niektóre demokratyczne partie, np. chadecka CDU w Saksonii, starają się w niektórych punktach naśladować AfD. To nic nie da. Ludzie nie chcą słabej kopii. Zawsze wybiorą oryginał.
Rozmawiał Łukasz Grajewski

ILKO-SASCHA KOWALCZUK (ur. 1967 r. w Berlinie wschodnim) jest jednym z najbardziej znanych niemieckich ekspertów w dziedzinie historii NRD. W sierpniu na rynku niemieckim ukaże się jego nowa książka „Szok wolności” portretująca wschodnie Niemcy po zjednoczeniu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















