Reklama

Grzmot grania

Grzmot grania

14.12.2020
Czyta się kilka minut
Jeśli Lemowi słoń na ucho nadepnął, to ów traumatyczny wstrząs odkrył w pisarzu nieprzebrane pokłady muzykalności. Dlatego do wątków lemowskich nieustannie powracają kompozytorzy.
Trurl z „Cyberiady”, 1972 r. Daniel Mróz
J

Jak brzmi kosmos? Pitagoras wyodrębnił w swej filozofii trzy rodzaje muzyki: „zwykłą”, dostępną uszom muzykę słyszalną; niesłyszalną muzykę, która gra w każdym z nas, wyrażając harmonię bądź rozdźwięk między ciałem a duszą; wreszcie muzykę kosmosu, harmonię sfer, piękną ponad wszelkie ludzkie wyobrażenie, wydawaną przez poruszające się ruchem doskonałym, idealnie ze sobą zharmonizowane ciała niebieskie. Zdaniem pitagorejczyków tej muzyki także nie słychać: albo zrośliśmy się z nią tak mocno, że nasz zmysł słuchu przestał ją rejestrować, albo w ogóle nie jesteśmy przystosowani do jej odbioru.

Coś w tym jest. Przestrzeń międzyplanetarna i międzygwiezdna jest nieomal próżnią. Wszelkie fale mechaniczne, w tym fale dźwiękowe, rozchodzą się w ośrodkach sprężystych przez przenoszenie drgań. W próżni nie ma cząsteczek, które można by wprawić w drgania. Kosmos albo milczy, albo rozbrzmiewa jakąś inną muzyką, niedostępną i niepojętą dla ograniczonych istot ziemskich. Dźwięk może się jednak rozprzestrzeniać w atmosferze innych planet. Kiedy na Wenus szaleje burza, a z nieba leje się deszcz kwasu siarkowego, z pewnością wokół trzaskają pioruny. Tylko czy ktoś je tam słyszy? Na jednym z księżyców Saturna o brzegi mórz rozbijają się fale płynnego metanu. Czy jakieś istoty siedzą tam na plaży, splecione w romantycznym uścisku rzęsek bądź innych plazmatycznych wypustek, i wyznają sobie miłość pod ogniście pomarańczowym niebem?

Tam, gdzie atmosfery nie ma, rozchodzą się fale elektromagnetyczne – ultrafiolet, podczerwień, fale radiowe, mikrofale, światło widzialne, promieniowanie gamma i rentgenowskie. Za pośrednictwem reguły matematycznej i specjalnych urządzeń można je „przetłumaczyć” na fale dźwiękowe. W 2003 r. John G. Cramer, profesor fizyki z Uniwersytetu Waszyngtońskiego w Seattle i współtwórca interakcyjnej interpretacji mechaniki kwantowej, wykorzystał dane z satelity WMAP, który wszedł na orbitę półtora miliona kilometrów od Ziemi i sporządził obraz promieniowania reliktowego tła – swoistego „nagrania” rytmu, w jakim powstawał kosmos. Cramer, zachęcony przez pewnego ciekawskiego jedenastolatka, który spytał, czy da się z tego odtworzyć dźwięk Wielkiego Wybuchu, zaprzągł do pracy potężny program obliczeniowy i przekonwertował fale na muzykę początku wszechświata. Żeby dało się ją usłyszeć, musiał podbić jej częstotliwość sto septylionów razy – a i tak półtoraminutowe, zgrzytliwe glissando stopniowo rozpływa się w nicość. Cokolwiek to jest, liczy sobie prawie czternaście miliardów lat.

OD TAMTEJ PORY powstały już setki takich sonifikacji, czyli prób udźwiękowienia danych z kosmosu. Potężny huragan w pobliżu Wielkiej Niebieskiej Plamy Jowisza ryczy jak serce Izajasza nad Moabem. Wiatr słoneczny gwiżdże jak kos wabiący partnerkę. Fale radiowe na Saturnie brzmią jak nieistniejący utwór na chór męski ze środkowego okresu twórczości Pendereckiego. Gwiezdny pył trzeszczy jak zimne ognie. I wszystko to nieprawda, albo prawda, jakiej jeszcze nie znamy – bo obróbce w procesie sonifikacji można też poddać obraz Rubensa, „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, mapę administracyjną Gwadelupy albo książkę życzeń i zażaleń osiedlowego sklepu spożywczego. Z równie intrygującym skutkiem.

Od pewnego czasu jesteśmy świadkami istnego wysypu muzyki „kosmicznej”, nawiązującej – przeważnie luźno – do twórczości klasyków literatury science fiction. Także Stanisława Lema, który niejednokrotnie przyznawał, że słoń mu na ucho nadepnął, niemniej z dziwną regularnością wplatał wątki muzyczne we własną, wymykającą się wszelkim próbom kategoryzacji twórczość. A to zabrał całą filharmonię – z solistami, chórem i orkiestrą symfoniczną – na pokład olbrzymiego statku Gea w „Obłoku Magellana”, to znów w opisie cytoplazmatycznego oceanu Solaris stwierdził obrazowo, „że równocześnie nad i pod nami, w strzelistych otchłaniach, poza granicami wzroku i wyobraźni zachodzą krocie i miliony równoczesnych przekształceń, powiązanych z sobą jak nuty matematycznym kontrapunktem”. Uważny czytelnik z pewnością spostrzeże, że Lem traktował muzykę jak metaforę nieogarnionego kosmosu. Kris Kelvin, bohater „Solaris”, mówił o „symfonii geometrycznej” zagadkowej planety, że jesteśmy głuchymi jej słuchaczami.

Niewykluczone, że Lem był głuchym słuchaczem najzupełniej ludzkich symfonii, ale szanował ich niezrozumiały potencjał i upatrywał w nim klucz do tajemnic wszechświata. Jeśli jednak mam być szczera, nie bardzo chce mi się wierzyć w tę kokieteryjną opowieść o jego braku wrażliwości na muzykę. Narrator wspomnianego już „Obłoku Magellana” na dźwiękach IX Symfonii Beethovena przeżywa prawdziwy wstrząs: „stałem bezbronny, otwarty i byłem jak łożysko straszliwego nurtu, który toczył się coraz głębiej i głębiej, żłobił, obalał brzegi, zawracał i uderzał ze zdwojoną siłą, a w tej burzy poczęło rozlegać się powtarzające, nieustanne wołanie – to mnie wołał nadludzki głos”.

Jestem pełnokrwistym zwierzęciem operowym i wiem, że „Maszyna Trurla” – moje najukochańsze opowiadanie z „Bajek robotów” – kryje w sobie iście verdiowski potencjał. Tragiczna historia rozumnego kalkulatora, który ku przerażeniu swojego wynalazcy okazał się całkiem bezrozumny, a na dodatek uparty jak osioł, to materiał na niezawodny wyciskacz łez. Jest w niej wszystko, co w operze być powinno: zawiedziona miłość, sytuacja bez wyjścia, przemoc i śmierć pod skalnym obwałem.


Trurl z „Cyberiady”, 1972 r. Daniel Mróz

KIEDY PO RAZ PIERWSZY przeczytałam słowa: „w tejże chwili maszyna zaszumiała słabo i niewyraźnie, ledwo słyszalnie, po raz ostatni wybełkotała: – SIEDEM. Potem coś cienko zgrzytnęło w jej wnętrzu, kamienie posypały się z wierzchu i zamarła, przeistoczona w bryłę martwego żelastwa” – rozszlochałam się jak dziecko (którym byłam) i przestałam nienawidzić Trurla dopiero po lekturze „Wielkiego lania”. Bo tym razem jego zrobiło mi się szkoda.

A już „Opowieść pierwszego Odmrożeńca”, opublikowana pierwotnie w zbiorze „Maska”, to istne barokowo-scjentyficzne oratorium, zarówno w sferze językowej, jak i przedmiotowej. Groteskowa metafora rodzimej rzeczywistości z czasów późnego Gomułki albo wczesnego Gierka rozgrywa się na planecie-filharmonii, w państwie, a raczej „Baństwie” Hafnu, które „doszło partytury Sfer, ichniej Harmonii”. Niepokojące podobieństwo prób orkiestrowych do obrad plenarnych Sejmu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wyziera z każdego zdania narracji, rozbrzmiewa w każdym słowie tej ornamentalnej prozy: „Idzie forte, grzmi miedź, ale jakby dygotką podszyta, a Goryllium szafę otwiera, wietrzy, na progu siada, beka głośno, odbiło mu się Dzwonkarzem, o mocny Boże, o Harmonio Sfer! A od beknięcia, bo od czego, zjechały w fałsz smyczki, a pianista jak nie zamłóci drżącą skośną trzęsiączką! Kapelmistrz rogowy krzywi się, jakby żabę zjadł, och źle, takie instrumenty, i źle, sknocone, ohydancja nie muzyka, nie wstyd wam, lenie, hultaje, jeszcze raz!”. Jeśli Lemowi słoń na ucho nadepnął, to ów traumatyczny wstrząs odkrył w pisarzu nieprzebrane pokłady muzykalności.

Nie dziwi więc, że do wątków lemowskich nieustannie powracają kompozytorzy. Zaczęło się bodaj od „Cyberiady” Krzysztofa Meyera, opery napisanej w 1970 r. i wykonanej po raz pierwszy szesnaście lat później w Wuppertalu. Z tajemnicą „Solaris” zmierzył się m.in. Niemiec Detlev Glanert, twórca opery pod tym samym tytułem, która doczekała się prapremiery w 2012 r., na Festiwalu w Bregencji. Fiński dyrygent Esa-Pekka Salonen skomponował „Floof, albo Pieśni homeostatycznego Homera na sopran i pięć instrumentów” – na motywach „Elektrybałta Trurla”. Do dziś mam w uszach drapieżne dialogi fortepianu z marimbą i „nieziemski”, prześwietlony koloryt brzmieniowy orkiestry z baletu „Alpha Kryonia XE” Aleksandry Gryki, inspirowanego opowiadaniem „Trzej elektrycerze”. W dziesiątą rocznicę śmierci pisarza na wrocławskim Festiwalu Musica Polonica Nova rozbrzmiały prawykonania lemowskich utworów Krzysztofa Wołka, Artura Zagajewskiego oraz Pawła Hendricha i Cezarego Duchnowskiego.

W przyszłym roku będziemy świętować stulecie narodzin Lema – m.in. koncertem specjalnym Klangforum Wien, na którym zabrzmią kompozycje dwojga zwycięzców konkursu „The Science of Fiction” – Żanety Rydzewskiej i Mikołaja Laskowskiego. Ona zmierzy się z problemami bohatera „Powrotu z gwiazd”: astronauty Bregga, który po 127 latach podróży zastał na Ziemi całkiem obcą planetę. On przedstawi muzyczną „maszynę do kontaktu” z obcą inteligencją. Na koncercie usłyszymy również kompozycje Cezarego Duchnowskiego i Aleksandra Nowaka. A to się Lem ucieszy! Pewnie jest teraz gdzieś tam, gdzie się zagina spiralny rękaw mgławiczki lokalnej. I żeby raz jeszcze sparafrazować słowa Odmrożeńca: słuch zaś miał absolutny i grania kochał grzmot. 

JAK PACHNIE KOSMOS?

Zdania stu siedemdziesięciu astronautów, którzy przewinęli się do tej pory przez Międzynarodową Stację Kosmiczną, są podzielone. Donald Pettit, amerykański inżynier biochemik, który trafił na orbitę okołoziemską wraz z misją STS-113, oznajmił, że bardzo przyjemnie – słodkawo, jak utleniający się metal podczas spawania. Innym woń kosmosu kojarzyła się z sadzą, swądem przypalonego na ruszcie mięsa, tlących się opon albo rozżarzonego prochu strzelniczego. Lotne molekuły zapachowe „przyczepiały” się do skafandrów i sprzętu podczas kosmicznych spacerów astronautów. Łącząc się z tlenem w kabinie, zmieniały swoją strukturę, tworząc całkiem nowe aromaty. Trudno więc ustalić, jak pachnie kosmos „na zewnątrz” – zwłaszcza że w każdym fragmencie naszej galaktyki, nie wspominając już o bilionach innych układów gwiazd, pyłu, gazu i ciemnej materii, pachnie odmiennie, w zależności od składu chemicznego ciał niebieskich. ©

Czytaj pozostałe teksty dodatku 2021: Rok Lema

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Latynistka, tłumaczka, krytyk muzyczny i operowy. Wieloletnia redaktorka „Ruchu Muzycznego”, wykładowczyni historii muzyki na studiach podyplomowych w Instytucie Badań Literackich PAN,...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]