W języku leporydzkim, czyli starokróliczym (który odszyfrował i ujawnił nam, ludziom, autor książki „Wodnikowe Wzgórze” Richard Adams; choć niektórzy upierają się oczywiście, że po prostu go wymyślił), każda liczba większa od czterech nazywa się „hrer”. Króliki bowiem, przynajmniej w książce Adamsa, potrafią liczyć jedynie do czterech. Hrer może znaczyć zatem równie dobrze tysiąc, co i pięć. Ale imię mitologicznego bohatera królików, El-Ahrera, Adams tłumaczył jako „Książę o tysiącu wrogów” – zdecydowanie bardziej imponuje bowiem, gdy wrogów mamy tysiąc, a nie marne pół tuzina.
Księciem o tysiącu wrogów chciał chyba zostać również pewien skądinąd inteligentny człowiek, który dodał mi w rozmowie jakichś niewidzialnych popleczników. Ni stąd, ni zowąd w jego ustach „ty” zmieniło się bowiem w „wy” i zamiast „bo ty uważasz”, zaczął zwracać się do mnie: „bo wy uważacie”. PRL już dawno się skończył, a wraz z nim formy w rodzaju „posłuchajcie, obywatelko”, „chodźcie tu, szeregowy”, dzisiaj kojarzące się głównie z partyjną czy wojskową, sztuczną lub lekceważącą mową. Nie sądzę również, by mój rozmówca zamierzał kultywować dawne zwroty grzecznościowe spotykane na wsi, jakby chciał mnie zagaić: „słyszeliście, kumo”. Nie było mi miło, bo uważam mówienie per „wy” za niegrzeczność, więc spytałam półżartem, czy to „wy” jak w „wasza wysokość”, bo przecież nie byliśmy razem w partii – na co on próbował tłumaczyć się mgliście, że „no, ty i ludzie tacy jak ty, twoi znajomi”.
Dałam już spokój, choć oczywiście mogłabym wypytywać o nazwiska, bo też nie wiem, którzy znajomi są tacy niby do mnie podobni i pod jakim względem. Mojemu rozmówcy po prostu wymiana zdań jedynie ze mną musiała wydać się zbyt mało poważna czy ekscytująca: o prawdziwych problemach najwidoczniej dyskutujemy jedynie wtedy, gdy wrogów mamy, niczym El-Ahrera, krocie.
Potem kilkakrotnie zdarzało mi się zasłyszeć czy zobaczyć na piśmie podobne sytuacje, kiedy pojedynczy człowiek niespodziewanie w czyichś oczach morfował w „was”. Powiedzieć komuś „pan się myli”, „głupio gadasz” albo nawet „Kowalski ma kiełbie we łbie” to nieefektywny wydatek energii. Co innego, gdy wraz z Kowalskim powalam na łopatki niewidzialną armię „jemu podobnych”.
Z niewidzialnymi sojusznikami również bywa raźniej. Śledząc media lokalne z różnych regionów, odnotowałam kilka przypadków zwielokrotnienia „mieszkańców osiedla”, którzy domagali się usunięcia drzewa irytującego ich opadaniem liści albo „brzydkiej” rzeźby plenerowej. Uważniejsze przyjrzenie się sprawie pozwalało ujawnić, że mieszkańców tych często bywa w najlepszym przypadku dwójka, a czasem – jeden samotny wojownik, który chce dodać sobie powagi drogą zwielokrotnienia. „Mieszkańcy” – to brzmi już kategorycznie, jak koniec dyskusji, jak wola ludu, która orzekła. Pewien lokalny polityk z południowej Polski miał też zwyczaj wyrażania opinii w stylu „ja i moi koledzy uważamy”, choć tych kolegów zapewne nie pytał wcale o zdanie. To było nawet zupełnie wzruszające i na swój sposób pocieszne – choć na stanowisku, to wyraźnie musiał czuć się zbyt niepewnie, żeby jego samodzielne zdanie miało się liczyć.
Niezależnie od motywacji, są to niezmiennie bitwy fałszywe i daremne zarazem, jak walka ze złudzeniem, z makietą. Nie ma żadnej hordy wrogów. Wyrażając jakieś zdanie, każdy musi mówić za siebie i brać odpowiedzialność za swoje słowa, a co gorsza, spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy. Koniec końców, ja tutaj mówię za siebie, sama, choć za zgodą redakcji. To oczywiście może wydawać się nieco straszne, ta konieczność podpisywania się za każdym razem własnym nazwiskiem. „Człowiek jest zawsze sam na sam ze sobą”, pisał niegdyś William Golding – a świadomość tej samotności może wywoływać strach. Ale pomyślmy, jak ekscytujące musiały być pojedynki, jaki to etos wokół nich zbudował się w kulturze! A pojedynek – to przecież samodzielne ryzyko straty, ale i samodzielna odwaga i chwała.
A kto lubi przyrodnicze metafory i analogie, i stare dobre „Wodnikowe Wzgórze”, niech przypomni sobie zdjęcia z pojedynków zajęcy, bo starokróliczym w powieści miały posługiwać się również zające; zwierzak ten to w kulturze symbol strachliwości, lecz w pojedynku stara się zawzięcie, co sił w łapkach. Być jak ten zając! To dopiero przygoda, po co wtedy tysiąc wrogów?

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















