Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Gar słodkich atomów

Gar słodkich atomów

18.07.2016
Czyta się kilka minut
Mark Miodownik, materiałoznawca: Zwykłe kuchnie skrywają dziś bogactwo materiałów. Nasze stalowe sztućce to cud techniki, a nasze usta to niezwykły sensor chemiczny.
Mark Miodownik / Fot. Michał Kuźmiński
M

MICHAŁ KUŹMIŃSKI: To prezent dla Pana.

MARK MIODOWNIK: O, kamionkowy imbryk! I emaliowany kubek. A to?

Silikonowy zaparzacz do herbaty. Kamionkę, emalię i silikonową gumę łączy wspólny pierwiastek – krzem. Jak to jest, że krzem towarzyszy nam przy gotowaniu od zarania cywilizacji, od wczesnego garncarstwa po silikonowe przybory

Po pierwsze, mamy go mnóstwo. Z krzemianów zbudowane są skały, a mieszkańcy tej planety wychowali się na robieniu różnych rzeczy z kamieni. Ale nie tylko w tym rzecz. Krzem znajduje się w czwartej grupie głównej układu okresowego, tuż pod węglem, jednym z kluczowych dla nas pierwiastków. Atom węgla tworzy cztery wiązania, więc może łączyć olbrzymie łańcuchy cząsteczek. Krzem zachowuje się podobnie. Dlatego dają nam tyle możliwości.

To nie takie oczywiste: ulepić coś z gliny i włożyć do ognia, żeby stwardniało. Jak to odkryliśmy?

W naszej prehistorii byliśmy podobni do dzieci – a one uczą się świata przez eksplorację, są niestrudzonymi eksperymentatorami. Rozbierają, rozbijają, rozdzierają, wkładają coś do ust i próbują… My, ludzie, jesteśmy ciekawskimi małpami. Spójrzmy na inne małpy. Nieustannie czegoś próbują, coś kombinują. A gdy wciąż próbuje się kombinować, łączyć różne rzeczy, jak glinę i ogień, to w końcu coś się odkrywa.

Emalii już w starożytności używano w celach dekoracyjnych, a dopiero w XIX w. odkryto jej praktyczne zalety jako powłoki naczyń...

To dobry przykład krzyżowania się dyscyplin, przenikania materiałów z jednych dziedzin do drugich. Dla poprzednich pokoleń było to naturalne: rzemieślnik mieszkał obok innego rzemieślnika, mieli wgląd w swoje warsztaty, wymieniali się technikami. A dziś? Kto odwiedziłby fabrykę? Kogo obchodzi, jak się coś wytwarza? Czy jesteśmy ciekawi swoich miejsc pracy? Dawne małe warsztaty były bardzo innowacyjne, bo ludzie wymieniali tam doświadczenia.

Mamy tu ceramiczny imbryk i metalowy kubek. Różni je – co ważne w kuchni – przewodnictwo cieplne. Na czym to polega?

W metalach ciepło jest przekazywane przez elektrony, które swobodnie się przemieszczają w całej strukturze – to ta właśnie cecha sprawia, że nazywamy coś metalem. Przydaje się to w kuchni, bo pozwala ciepłu szybko przemieścić się z jego źródła do wnętrza garnka. Czasem aż zbyt skutecznie, co kończy się przypaleniem. Stąd dobre patelnie mają grube dna, po których ciepło rozprowadza się równomiernie. Ale gdy chcesz zagotować wodę – liczy się szybkość.

Tymczasem w ceramice nie ma swobodnych elektronów. Ciepło przewodzą wibracje połączonych ze sobą atomów. To bardzo nieefektywne.

Ale też się czasem w kuchni przydaje. Np. gdy nie chcemy, żeby zawartość naczynia zbyt szybko wystygła.

Albo w przypadku uchwytu naczynia! To do dziś nierozwiązany problem. Ceramiczne ucho tego imbryka to kiepskie rozwiązanie. Może nie rozgrzeje się ponad naszą wytrzymałość, ale już w przypadku patelni sprawa jest poważna. Uchwyty drewniane lub plastikowe dają dobrą izolację, ale ich słabym punktem jest połączenie z naczyniem. Jak dobrze wiemy, takie uchwyty wciąż się psują. Uchwyt metalowy da się do patelni świetnie przytwierdzić, ale nas poparzy.

Takimi właśnie problemami zajmuje się materiałoznawstwo. Może rozwiązaniem byłby jeszcze nieodkryty materiał? Albo uchwyt z metalu o słabszym przewodnictwie? Może odpowiedni materiał już mamy, ale jeszcze nie wpadliśmy na to, by go tak zastosować? To tak jak było z emalią – trzeba dodać dwa do dwóch.

Ze swobodnymi elektronami w metalach jest jeszcze inny kłopot: sprawiają, że metale chętnie wchodzą w reakcje. A tego w kuchni nie chcemy.

Nie wszystkie metale są jednakowo reaktywne. To właśnie dlatego olbrzymim przełomem w kuchni było wynalezienie stali nierdzewnej. Jest ona bardzo słabo reaktywna, a więc pozwala wykorzystać właściwości metalu w naczyniu, które jednocześnie będzie bezpieczne. I ładne. Mój 20-letni garnek wciąż lśni jak nowy. To też ważne w kuchni, bo w gotowaniu chodzi także o wygląd. O percepcję. Lśniąca patelnia wpływa na nasze uczucia względem potrawy. Co zobaczymy w każdej profesjonalnej kuchni? Stal nierdzewną. Przemawia ona do nas językiem czystości, sterylności.

Niektóre potrawy świetnie wyglądają w glinianym garnku.

To inny język – swojskości. Ale za to gdyby taki garnek postawić na ogniu – pęknie.

Właściwie dlaczego?

Przy niskim przewodnictwie cieplnym część naczynia nagrzewa się, a więc i rozszerza szybciej niż inne części. Powoduje to naprężenia – które naczynie może by i zniosło, ale wystarczy drobna szczelina, a pęknie. Kamionka ma w strukturze takie defekty. Inaczej z porcelaną, robi się ją ze specjalnej mieszanki i wypala w znacznie wyższych niż kamionkę temperaturach – wtedy w jej strukturze powstaje szkło, które wypełnia wszystkie te szczeliny sprawiając, że porcelana jest nie tylko piękna, ale i wytrzymała.

Fot. Michał Kuźmiński
Fot. Michał Kuźmiński

Pierwszym metalem w kuchni ludzkości była miedź?

Tak – i do dziś jest ona w kuchni ważna. Ma bardzo wysokie przewodnictwo cieplne. Miedziane patelnie nie tylko efektownie wyglądają, ale też bardzo równomiernie się rozgrzewają. Ale miedź jest reaktywna, wpływa więc na smak, a co gorsza: jej związki w większych dawkach są trujące. Za to miedziane naczynie przydaje się przy ubijaniu piany z białek – jej jony stabilizują białko jaj.

Wyobraźmy sobie kuchnię bez metali. Tępe krzemienne noże, pękające kamionkowe naczynia... Mnóstwo decydujących o smaku technik gotowania byłoby poza naszym zasięgiem, i w ogóle przygotowywanie żywności stałoby się ogromnie trudne. Metale to doskonały materiał na narzędzia. Np. na noże. Przy czym miedź akurat na to jest zbyt miękka, więc robiono z niej stopy, jak brąz – który musiał ludziom wystarczyć przez ponad 2,5 tys. lat. Potem tworzenie jeszcze ostrzejszych noży umożliwiło żelazo, a wreszcie stal.

Wielką chwilą dla kuchni było więc odkrycie metod wytopu żelaza, gdzieś ok. IX-VI w. p.n.e.

Wielką i trudną! Otrzymywanie miedzi było dość łatwe, każdy z nas dałby sobie z tym radę. Ale uzyskanie temperatur potrzebnych do wytopu żelaza jest znacznie trudniejsze, a to i tak dopiero początek. Bo trzeba jeszcze kontrolować zawartość węgla w stopie, inaczej otrzyma się słaby i kruchy materiał. W tym się właśnie kryło mistrzostwo kowali: w rozumieniu materiału.

Kowale długo byli bardzo ważnymi członkami swoich społeczności. Zwróćmy uwagę, że status wytwórców stali zmalał dopiero niedawno. I szkoda, bo to właśnie stal sprawiła, że jesteśmy dziś tu, gdzie jesteśmy. Bardziej niż krzem. A mimo to wielu ludzi nic o niej nie wie – jaki kryje się za nią ogrom wiedzy. Nasze stalowe sztućce są cudem techniki, mamy najostrzejsze noże, jakie można sobie wyobrazić, w dodatku tanie. Ludziom sprzed stu lat na ich widok opadłyby szczęki. Każda zwykła kuchnia skrywa dziś niewyobrażalne bogactwo materiałów.

Stal nierdzewna faktycznie jest niezwykła – np. jej powłoka sama się naprawia. Jak to działa?

Jest ona stopem zawierającym chrom, którego tlenek tworzy na powierzchni bardzo cienką, przezroczystą warstwę. Nie pozwala ona na kontakt tlenu z żelazem i powstawanie rdzy. A gdy się tę cienką warstwę zarysuje, co w kuchni zdarza się nieustannie, odsłonięte atomy chromu natychmiast wiążą się z tlenem i ją odbudowują.

A co z żeliwem, które wraca dziś do łask?

Mam żeliwną patelnię, ale nie powiedziałbym, że nadaje się do czegoś jednoznacznie lepiej niż inne. Ale w żeliwie podoba mi się to, że nie można go zostawić samemu sobie, trzeba się o nie troszczyć.

Właśnie, co się dzieje, gdy konserwujemy żeliwo tłuszczem?

Na ten temat wciąż trwają spory, to wciąż bardziej sztuka niż nauka. Mówiąc najogólniej, tłuszcz na żeliwnej powierzchni polimeryzuje w obecności tlenu – czyli jego cząsteczki łączą się ze sobą i z tlenem, tworząc powłokę. Z czasem zyskuje ona wysoką zawartość węgla i staje się obojętna na reakcje z większością substancji. Ale połączenie między żeliwem a ową warstwą jest niezbyt mocne, i jeśli będziemy patelnię za mocno szorować – warstwa zejdzie.

A co z aluminium? W przyrodzie jest go w bród, ale zaczęliśmy go używać bardzo późno, gdzieś w XIX wieku.

Było ono do tego czasu drogie, świadczyło wręcz o wysokim statusie właściciela.

Aluminium?!

Ależ tak! Napoleon III używał aluminiowych sztućców; było ono wtedy droższe niż złoto. Do momentu, gdy nauczyliśmy się je masowo produkować – głównie na potrzeby lotnictwa. W miarę jak się upowszechniało, znajdowano dlań nowe zastosowania – także w kuchni. W latach 50. i 60. było popularne z jednej strony jako surowiec tani, a z drugiej – kojarzony z nowoczesnością.

Aeronautyczny materiał w każdym domu. Aluminium jest dość mało reaktywne, choć nie tak jak stal nierdzewna, i może wpływać na kolor oraz smak niektórych produktów, np. pomidorów. Za to ma bardzo dobre przewodnictwo cieplne. Lokuje się więc gdzieś między miedzią a stalą nierdzewną.

Żeby wykorzystać jego właściwości cieplne, lecz uniknąć kontaktu z żywnością, powleka się je np. emalią. Albo teflonem. Ale jak do patelni przytwierdzić nieprzywierającą powłokę?

Mechanicznie. Teflon jest w istocie plastikiem, ale zamiast z wodoru i węgla, jego łańcuchy zbudowane są z fluoru i węgla, a fluor, jako że jest niezwykle reaktywny, łączy się z węglem tak ściśle, że mało co jest je w stanie rozdzielić. Stąd jego nieprzywieralność. Dlatego trzeba go na gorąco wprasować w zmatowioną powierzchnię patelni. Z tego samego powodu nie wolno go szorować ani zbytnio podgrzewać. Bo to koniec końców plastik – co zresztą często ludzi zaskakuje, przecież wygląd ma metaliczny. Sam w sobie teflon jest biały, a srebrzystego barwnika dodaje się doń dlatego, że klienci do niedawna nie mieli zaufania do białych patelni.

Czego nam jeszcze na liście kuchennych metali brakuje? Tytanu?

Tytan jest bardzo drogi i nie jest tak naprawdę jasne, czemu miałby się dobrze sprawdzać akurat w kuchni. Wspomnijmy za to jeszcze o zwykłej, węglowej stali. Niektórzy uważają, że wykonane z niej noże są ostrzejsze niż te ze stali nierdzewnej. Można by jeszcze mówić o powłokach, np. nożach powlekanych bardzo twardym węglikiem wolframu. Wreszcie – mamy noże ceramiczne, czyli zataczamy koło i wracamy do krzemienia.

Noże przywodzą na myśl miecze. W obu przypadkach chodzi o kombinację twardości – żeby je dobrze naostrzyć – i wytrzymałości, bo stal im twardsza, tym bardziej krucha. Czy można otrzymać narzędzie równocześnie odporne i elastyczne?

Jednym z problemów, z którymi się mierzą materiałoznawcy, są właśnie nietypowe kombinacje własności. A akurat te dwie są od siebie mocno odległe. Istnieją dziś np. noże z powłoką diamentową – a diament jest jednym z najtwardszych znanych nam materiałów. Ale nie są wytrzymałe, bo to twarda powłoka na twardej powierzchni. Można by powłokę diamentową umieścić choćby np. na gumie, ale wtedy elastyczna powierzchnia ugnie się pod naciskiem twardej powłoki, a ta pęknie. Łączenie własności jest trudniejsze, niż się wydaje.

Płatnerze mieli tajemne sposoby na miecze piekielnie ostre i wytrzymałe. Słynna była stal damasceńska, nie mówiąc o mieczach samurajskich... 

Niewiele dziś o tych sposobach wiemy. Najogólniej rzecz biorąc, chodziło w nich o zastosowanie właściwych temperatur, zarówno najwyższych, jak i odpowiedniej prędkości chłodzenia, od której zależy proces hartowania. I tak np. hartowano miecze w różnych substancjach, jak woda, olej, ciało zwierząt czy... ludzi. Wierzono, że to duch żywej istoty daje ostrzu siłę, ale chodziło raczej właśnie o prędkość chłodzenia, niższą niż w wodzie. Używano też trawy czy siana bądź innych fachowych sztuczek, by zmienić właściwości powierzchni mieczy.

Miecze samurajskie to dobry przykład złożoności procesu, który pozwalał otrzymać świetną kombinację własności. W warstwie zewnętrznej używano stali o wysokiej zawartości węgla, która jest bardzo twarda, więc można ją dobrze zaostrzyć i łatwo się nie tępi. Wewnątrz była warstwa ze stali niskowęglowej, bardzo wytrzymałej i sprawiającej, że miecz się nie łamał. Cała sztuka polegała na umiejętnym połączeniu tych warstw.

Warto za ciężkie pieniądze kupić dziś zestaw noży ze stali damasceńskiej czy samurajskiej?

Zależy, co chce się kupić. Jeśli ostrość – to strata pieniędzy, bo dzięki nowoczesnym technologiom mamy dziś noże równie ostre, a znacznie tańsze. Ale jeśli chce się mieć ręcznie robiony nóż nawiązujący do niezwykłej tradycji, na pewno warto.

Wspomniał Pan, że miedź ułatwia ubijanie białek. Czy jakieś inne materiały mają podobny wkład w żywność, którą w nich przygotowujemy?

W winiarstwie beczka ogromnie wpływa na smak i kolor wina. Ale rozwój przyrządów kuchennych zmierzał raczej ku materiałom jak najbardziej obojętnym. Na smak mocno wpływają drewniane łyżki i miski. Bo drewno jest porowate, a więc wchłania składniki żywności – a potem je oddaje, stąd jego mocny smak. W pewnym sensie drewno to materiał z pamięcią tego, co za jego pomocą spożywaliśmy.

Częściej niż łyżki spotykamy dziś w kuchniach drewniane deski...

Bo drewno jest na tyle miękkie, że nie tępi noży, a równocześnie na tyle twarde, że się przy cięciu nie niszczy. Trudno o równie dobry materiał na deskę. Kto próbował kroić coś na desce szklanej, wie, jakie to nieporozumienie. W przypadku drewna chodzi też o pojęcie „naturalności” – przywiązujemy do niego wagę, zwłaszcza w kuchni. Drewno przynależy też do słownika „tradycji”. Nie tylko więc sprawdza się funkcjonalnie, ale budzi też odpowiednie skojarzenia. Jest bardzo ludzkie, podoba nam się jego kolor i to, jak je odczuwamy. Poza tym wiele rodzajów drewna ma właściwości antybakteryjne. Drzewa musiały przecież wymyślić chemiczne sposoby obrony przed żywiącymi się nimi drobnoustrojami, insektami czy zwierzętami.

Gdy patrzę na ten kamionkowy imbryk i myślę o silikonowych pojemnikach, od razu widzę, jak dużo emocji i znaczeń przywiązujemy do materiałów. To więcej niż nostalgia?

Chyba nie istnieje pełna odpowiedź. Na pewno wpływa na to kultura, historia używania w niej danego materiału, ale także wykształcenie, normy, skojarzenia. Jedne materiały reprezentują przyszłość, nowoczesność, status, inne odwołują się do przeszłości. Poza tym, np. dźwięk wydawany przez ten imbryk, gdy stuknąć o niego pokrywką, budzi wspomnienia.
Ale są też wewnętrzne własności materiałów, zwane sensoestetycznymi – gdy wrażenie dotykowe, zapach czy odczuwanie łączy się z naszą fizjologią. Chodzi o to, jak się w sensie ścisłym z tymi materiałami czujemy. Jak z nimi oddziałujemy.

Przeprowadził Pan eksperyment z udziałem m.in. szefa kuchni Hestona Blumenthala. Uczestnicy jedli łyżeczkami z miedzi, złota, srebra, cyny, cynku, chromu i stali nierdzewnej, i opisywali, jak zmienia się odczuwanie smaku. Co się okazało?

Jak niezwykła jest fizjologia naszych jam ustnych. Użyliśmy materiałów, których ludzie dziś zwykle nie biorą do ust, np. cynku, a mimo braku doświadczeń zmysłowych z tymi materiałami, uczestnicy wciąż potrafili je rozróżnić po smaku, opisać różnice, stwierdzić, że jedne wywołują smak gorzki, metaliczny, niekiedy słodki, kwaśny itd. Nasze usta to niesamowity sensor chemiczny. Wykazaliśmy, że potrafią wykryć różnice w reaktywności poszczególnych metali. W kolejnych badaniach, z drewnem, plastikiem czy szkłem, pokazaliśmy też, że to, co widzimy, wpływa na odczuwanie smaku. W ślepej próbie ludzie odczuwają go inaczej. Doświadczenie zmysłowe zachodzi w naszych głowach i składa się z wielu czynników: tego, co widzimy, co wykrywają nasze kubki smakowe czy nasz węch, jak się czujemy. I to nie tylko w danym momencie, ale też we wcześniejszych doświadczeniach.

To dlatego gotowanie jest tak interesujące. To sensualna czynność, angażuje wszystkie nasze zmysły, a równocześnie dostarcza przyjemności. No i ściśle wiąże się z materiałami; nasza żywność to też materia.

 

Łyżeczki m.in. ze złota, srebra, cyny, chromu czy miedzi, użyte do opisanego w wywiadzie eksperymentu. / Fot. Michał Kuźmiński
Łyżeczki m.in. ze złota, srebra, cyny, chromu czy miedzi, użyte do opisanego w wywiadzie eksperymentu. / Fot. Michał Kuźmiński

A czy w sensie ścisłym zjadamy materiały, za pomocą których gotujemy?

Zjadamy część sztućców i garnków. Miliardy atomów z każdym liźnięciem.

W gablotce za Panem widzę aerożel – najlżejszą substancję świata o niezwykłych właściwościach izolacyjnych. Jakie materiały przyszłości znajdą zastosowanie w kuchni? Wyobraża Pan sobie superlodówkę z aerożelu?

Izolacja termiczna to bardzo ważny problem. Aerożel, który tu mamy, jest zbyt delikatny, ale trwają prace nad nowymi generacjami aerożeli, tzw. x-aerożelami. Superizolator na tyle wytrzymały, żeby sprostać takiemu środowisku jak kuchnia, mógłby wiele zmienić. Bo np. kolejnym nierozwiązanym problemem jest utrzymywanie ciepła potrawy na stole. Uderzające, tyle wysiłku wkładamy w podgrzewanie potrawy, aż trafi na stół, gdzie od razu pozwalamy jej stygnąć.

Jaką jeszcze rolę materiały odegrają w kuchniach przyszłości?

Weźmy choćby... światło. Dziś zakładamy, że światło w kuchni to po prostu oświetlenie stołu, a może mogłoby się ono znaleźć w sztućcach czy w samej potrawie? Może będziemy ciąć steki laserem?

Świetnie! Laser kauteryzowałby cięcie, zasklepiając w wysokiej temperaturze tkankę, i ze steka nie wyciekałyby soki.

Albo wręcz smażyłby steka w trakcie jedzenia. Odkrycia zdarzają się dwojako. Po pierwsze, przez eksperymenty i olśnienia. Ale zmiana może też przebiec pod wpływem takich potężnych sił jak potrzeby i pragnienia. A w kuchni mamy dziś dwa takie trendy: potrzebę zdrowego żywienia i odchudzania. Dziś diety kładą nacisk na to, co się je, a nie czym. Ale zmieniając kubki, miski i talerze, można by zmienić naszą percepcję tego, co jemy, ile jemy i jak nam smakuje.

Może je po prostu zmniejszyć?

Ale tak, żeby sprawiały wrażenie większych. Można to osiągnąć np. bawiąc się światłem. Niechęć do warzyw można by pokonać zmieniając to, jak się nam one jawią na talerzu.

A będziemy drukować żywność na drukarkach 3D?

Z pewnością. Zresztą, to się już dzieje. Na drukowaną żywność będzie miejsce np. w kosmosie. A może – skoro drukarki 3D pozwalają kreować do woli – zaczniemy na nowy sposób przygotowywać dania? Wyobraźmy sobie, że zlecamy wydrukowanie dowolnego tortu. Albo automaty z jedzeniem, które zamiast je wydawać, będą je drukować.

Szerzej rzecz biorąc – wielka przyszłość w kuchni czeka robotykę. Roboty świetnie sobie radzą z robieniem czegoś według skomplikowanych przepisów. Owszem, same nie dokonują innowacji, ale to zbędne, jeśli wiesz, czego chcesz. Gdy masz ochotę na pizzę, najlepszą pizzę na świecie zrobi ci robot.

Ma Pan swój ulubiony kuchenny materiał?

Materiały są dla mnie jak dzieci. Jedne dzieci mają takie zdolności, drugie – inne. A mówienie, że się ma ulubione dziecko, jest nie fair. Ważne, żeby cieszyć się w kuchni różnorodnością materiałów. Na pewno nie lubię w kuchni materiałowej monokultury. Sterylnych, płaskich powierzchni z jednego materiału. Jestem pewien, że właściciele takich kuchni nie lubią gotować. ©℗

Prof. MARK MIODOWNIK jest materiałoznawcą, pracuje na University College London, gdzie zajmuje się m.in. związkami między inżynierią materiałową a sztuką i humanistyką, a także sensoestetyką, czyli wpływem materiałów na emocje i odczucia. Dyrektor założonego na UCL Institute of Making. Wielokrotnie nagradzany za popularyzację nauki, jest m.in. autorem bestsellerowej, wydanej w 14 językach książki pt. „W rzeczy samej” (wyd. polskie Karakter, 2016) i prezenterem programów popularnonaukowych BBC, m.in. cyklu „Chef vs Science”, w którym mierzył się w kuchni z szefami kuchni wyróżnionymi gwiazdką Michelin.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, dziennikarz, kierownik wydania internetowego „Tygodnika”, twórca i wieloletni kierownik działu „Nauka”. W 2016 r. nominowany do...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]