Znany dotąd z krwawej wojny antynarkotykowej i wulgarnego języka, teraz rozważa zmianę nazwy kraju na „Maharlika”. W etymologii malajskiej słowo to oznacza wojowników służących monarsze; dziś jest ono raczej synonimem nobliwości, szacunku i pokoju.
Filipiny, których nazwa pochodzi od imienia króla hiszpańskiego Filipa, wciąż zmagają się z postkolonialną traumą. Przez 300 lat były kolonią Hiszpanii, a potem przez 50 lat USA. Filipińczycy mówią: „Żyliśmy trzy wieki w klasztorze i pół wieku w Disneylandzie. Utrudniło to rozwój kraju, również po odzyskaniu niepodległości w 1946 r. Postkolonialna elita, wyobcowana od reszty społeczeństwa, chroni do dziś uprzywilejowaną pozycję. Zwykłemu Filipińczykowi, żyjącemu w biedzie i przeświadczeniu, że jest wykorzystywany, trudno poczuć się obywatelem we własnym kraju”.
Duterte doszedł do władzy na fali buntu przeciw elitom Manili. Jego retoryka, nacjonalistyczna i często antykościelna, wpisuje się w narrację tworzenia nowej spójnej narodowej tożsamości, sięgającej czasów przedkolonialnych. Zmiana nazwy kraju może mieć tu jednak co najwyżej wymiar symboliczny. Tak długo, jak Filipiny nie uporają się z biedą i korupcją oraz nie zapewnią obywatelom poczucia bezpieczeństwa, słowo „Maharlika” będzie jedynie kiepską dekoracją, atrapą faktycznej nobliwości, szacunku i pokoju. ©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















