Fel

Miasto K. składa się dla mnie z dwóch adresów. Jeden to znajome – przed laty – mieszkanie. Zapraszano mnie tam od wielkiego dzwonu na herbatę.
Czyta się kilka minut

Podawano ją w filiżankach, tak delikatnych, że słomkowy płyn wymieszany był z cukrem i z lękiem. Było zupełnie nieustawne, przypominało tramwaj. Na jednym jego końcu znajdował się pokój dziecinny. Na drugim tajemnicze drzwi, które prowadziły do niewielkiego ogrodu. To jasne, żadnego ogrodu nie powinno być w tym miejscu. Ale w ten sposób miasto K. przyzwyczajało mnie, że jest pełne miejsc nieoczywistych. Między pokojem dziecinnym i położonym na jego antypodach ogrodem stał stół, telewizor, wanna, łóżko – tak że mieszkanie na pierwszy rzut oka sprawiało wrażenie w miarę normalnego, choć absurdalnie nieustawnego lokum.

Wrażenie normalności psuła jedynie szafa – solidna, niemodna, antyczna – niezbyt pasowała do tego wnętrza. Zawsze zachodziłem w głowę, co może się kryć za jej wielkimi drzwiami. Naturalnie nigdy nie pomyślałem, że wiszą tam po prostu suknie i marynarki właścicieli. Zakładałem raczej, że szafa pełna jest gablot, w których mieszkają spetryfikowane, rzadkie motyle.

Drugi adres należał do redakcji. Poznałem go na długo, zanim zaczęto drukować tam moje teksty. A to dlatego, że kiedyś niemal każdy znał ten adres. Znali go w szczególności kulturalni ludzie, którzy byli marzycielami. Po cichu wyobrażali sobie, że kiedyś zaproszą ich do redakcji. Pokażą słynną kanapę, na której siedzieli i rozprawiali do świtu – sam mistrz M. wraz z mistrzem H. we własnej osobie. Ci odważniejsi marzyciele liczyli, że redakcja kiedyś coś im wydrukuje, choćby miało to być coś bardzo, bardzo małego. Natomiast ja takich marzeń nie miałem – powtarzałem to pytany i niepytany. Do znajomości adresu także nie przyznawałem się nikomu. Odwrotnie! Latami, głośno, wyraźnie, publicznie przekręcałem nazwę ulicy. Ten „bunt” wywoływał jedynie uśmiechy znajomych. Ja zaś – by sobie pochlebić – uważałem, że to oni nieszczerym skrzywieniem ust maskują irytację.

Do tego w K. znałem jeszcze dwie knajpy. Trafiałem do nich intuicyjnie. Czasem zapraszałem tam znajomych z innych miast, będąc dumny, że znam miejsca, do których nie trafiają turyści. Dopiero niedawno zorientowałem się, że „moje” knajpy nie są już au courant. Ich nazwy u mieszkańców K. wywołują zmieszanie: – No wiesz, zupełnie nie miałem pojęcia, że to jeszcze istnieje!

Po K. chodzę jak po egzotycznej republice, która rozrzucona jest na atolach. Tłoczne ulice łączą koralowe wyspy znanych mi miejsc. Przedzieram się przez tłum poddanych królowej Elżbiety, często przypominają mi pijanych marynarzy, którzy gdzieś w zaułkach Tortugi pogubili skrępowanie, właściwe ludziom północy. Omijam panie z żółtymi parasolkami, które koniecznie chcą dla mnie zatańczyć. Potem turyści, turyści i stangreci czyhający na turystów...

Nie musiałem przedzierać się zbyt często. Redakcja nie potrzebowała mnie w K. Byłem dla nich kimś pochodzącym z innego, niezrozumiałego i nie do końca potrzebnego świata. Tamten świat jednak istnieje, tuż obok, więc lepiej wiedzieć, co w trawie piszczy. Pełniłem zatem rolę tłumacza.

– Człowiek stamtąd, ale – nie uwierzycie – posługuje się całkiem nieźle naszym językiem – musieli plotkować wśród znajomych.

Chronili przede mną – jak to przed obcym – swoją intymną codzienność. Mieszkańcy K. już tacy są. Ludziom z zewnątrz nie pokazują prawdziwego życia. Na pokaz są tylko zabytki i cepeliowskie rytuały. Na przykład ten polegający na chodzeniu wokoło rynku. Nie znacie? Część mieszkańców chodzi wokół rynku z lewa na prawo, część z prawa na lewo. W naturalny sposób spotykają się. Witają się albo udają, że się nie widzą. Wymieniają uściski albo lodowate spojrzenia – a koniec końców i tak idą na banieczkę. Jest – powiadają – część populacji, która nie bierze w tym udziału. Charakteryzuje się ona tym, że jest zupełnie nieciekawa. W każdym razie oni chcą, żebym w to wierzył.

Ciekawe, że prawie nie widywałem K. w normalnym świetle. Przeważnie rankiem albo po zmroku. Jeśli w dzień, to i tak w deszczu albo we mgle. Dlatego dla mnie K. składa się wyłącznie z szarego i niebieskiego. Pozostałe kolory są nieobecne, a wszystkie kontury rozmyte. Czasem miałem wrażenie, że jestem w środku jakiegoś obrazu. Mogę spacerować, ale muszę bardzo uważać, żeby nie wyjść poza ramy, nie zepsuć wszystkiego.

Nigdy nie wymieniałem przesadnie wielu słów z redakcją. Częściej milczeliśmy. Bywało, że przez cały tydzień. W piątek jak zwykle wysyłałem do nich felieton. W nagłówku maila pisałem trzy litery: „fel”. A potem znów zapadała cisza. ©℗

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 51-52/2016