Reklama

Europejska gra o jutro

Europejska gra o jutro

22.02.2021
Czyta się kilka minut
Zjednoczeni jak nigdy, bezradni jak zawsze. Aż dziw, że podczas dwóch debat nad unijną strategią szczepień przeciw COVID-19, w styczniu i lutym, żaden z europosłów nie użył tego bon motu.
Przejście podziemne w Warszawie, kwiecień 2020 r. MAREK BEREZOWSKI / REPORTER
C

Choć nie do końca oddaje rzeczywistość, dość dobrze opisuje nastroje panujące na szczytach Unii Europejskiej: frustrację, zniecierpliwienie i złość.

Izrael – 48 proc. Wielka ­Brytania – 23,5 proc. Stany Zjednoczone – 12 proc. Unia Europejska – 3,33 proc.Świat – 1,26 proc. W tym ostatnim przypadku liczone są również kraje, do których żaden transport szczepionek nie tylko jeszcze nie dotarł, ale nie dotrze w dającej się przewidzieć przyszłości (tych krajów jest zresztą większość, o czym Światowa Organizacja Zdrowia bez przerwy przypomina obywatelom państw wysokorozwiniętych narzekającym na wolne tempo szczepień).

Taki odsetek populacji otrzymał, według stanu na 17 lutego, przynajmniej jedną dawkę szczepionki przeciw ­COVID-19. Unię Europejską – potężnego gracza politycznego i ekonomicznego – od najlepiej radzących sobie w wyścigu szczepień dzieli dystans trudny do wyobrażenia.

W liczbach bezwzględnych rzeczywistość jest jeszcze bardziej bolesna: wielka Unia Europejska, z ponad 15 mln osób zaszczepionych minimum jedną dawką, przegrywa z Wielką Brytanią o prawie milion osób. I to właśnie porównania z Wielką Brytanią spędzają unijnym politykom sen z powiek. Bo choć brexit oznacza dla Londynu wiele problemów, z jednego rząd Borisa Johnsona na pewno jest zadowolony: kampania szczepień idzie sprawnie, podczas gdy w UE – przeciwnie.

Zbytni optymizm

Unia ma na to wyjaśnienie i zarzuca Wielkiej Brytanii egoizm, a firmom farmaceutycznym – konkretnie koncernowi AstraZeneca – że stosuje standardy jak w sklepie mięsnym, gdzie najlepszy i największy stek dostaje ten, kto pierwszy stanął w kolejce.

Sukces Londynu, ale też świetne wyniki Izraela i krajów Zatoki Perskiej, znacząco lepsze od europejskich postępy szczepień w Stanach Zjednoczonych, to źródło złości i frustracji, tym większe, im lepsza pamięć. O tym, że to Unia Europejska była wiosną animatorem wspólnych działań na rzecz przyspieszenia prac nad szczepionką. Że to z unijnego budżetu popłynęły do firm farmaceutycznych i ośrodków naukowych setki milionów euro, dzięki którym zniknęły bariery ­finansowe, a producenci mogli wjechać na autostradę prowadzącą do upragnionego celu. Część z nich zresztą rzeczywiście do niego dotarła: opracowali szczepionkę i wprowadzili ją na rynek. Wtedy jednak stało się jasne, że cel producenta to jedno, a cel państw i obywateli czekających na produkt – drugie. To nie szczepionka, preparat opracowany w laboratorium, ratuje świat, ale akcja szczepień, możliwa do przeprowadzenia wtedy, gdy osiągnięcie naukowe przeistoczy się w masowy produkt, dostępny w miliardach dawek. Na początek – choćby w setkach milionów.

„Zlekceważyliśmy kwestię braku możliwości nagłego zwiększenia skali produkcji szczepionek – przyznała podczas lutowej debaty w Parlamencie Europejskim szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. – Wystarczy posłuchać producentów, którzy mówią, że nawet jeśli na stole byłyby miliardy euro, nie byliby w stanie dostarczyć więcej” – tłumaczyła europosłom, dodając, że do wytworzenia szczepionek potrzebnych jest nawet kilkaset składników, a w cały proces zaangażowanych jest kilkadziesiąt, a nawet sto podmiotów.

„Dziś w walce z wirusem nie jesteśmy w miejscu, w którym chcieliśmy się znaleźć. Mieliśmy opóźnienia z dopuszczeniem szczepionek do obrotu, zbyt optymistycznie patrzyliśmy na masową produkcję i że to, co zostało zamówione, będzie dostarczone – biła się w piersi von der Leyen. – Nie doceniliśmy problemów związanych z masową produkcją szczepionki. W normalnych warunkach potrzeba 5-10 lat, żeby wyprodukować nową szczepionkę. My to zrobiliśmy w dziesięć miesięcy. W pewnym sensie jednak nauka wyprzedziła przemysł. Nie da się zbudować fabryki z dnia na dzień” – przypominała.

Podsumowując: UE zbytnio skupiała się na naukowym aspekcie procesu wynalezienia szczepionek, nie doceniając wszystkiego, co związane jest z produkcją. A raczej – nie doceniając wystarczająco, bo europosłowie przypominali, że część unijnych dotacji, które trafiły do koncernów farmaceutycznych, miała zostać – i została – przeznaczona na przygotowanie linii produkcyjnych. Unia będzie próbowała naprawić błąd, powołując grupę roboczą i włączając do całego procesu związanego z produkcją i dystrybucją szczepionek komisarza ds. rynku wewnętrznego, Thierry’ego Bretona.

Solidarny zakup

Czy to wystarczy? Krytycy decyzji podejmowanych przez Komisję Europejską w sprawie zakupu szczepionek przypominają, że produkcja – nawet jeśli niewystarczająca – cały czas trwa. I że nawet jeśli oczywiste było, że w pierwszych miesiącach 2021 roku podaż szczepionek będzie ograniczona, Unia Europejska w kolejce do dawek ma pozycję niewspółmiernie niską wobec swojego potencjału. Dowodem jest nie tylko procent zaszczepionych jedną dawką, ale przede wszystkim – wskaźnik liczby użytych dawek w przeliczeniu na stu mieszkańców. Izrael – 80, ZEA – 53, Wielka Brytania – 24, USA – 17. Unia Europejska – 5,2. Świat – 2,4.

Błędy zostały popełnione na etapie decyzji o zakupach i przy negocjacjach z producentami szczepionek – twierdzi część europosłów i brukselskich komentatorów.

Nikt nie ma wątpliwości – koncerny farmaceutyczne wykorzystują sytuację, ale Komisja Europejska, późno przystępując do finalizacji negocjacji w sprawie zakupu szczepionek (po Izraelu, po Wielkiej Brytanii, po Stanach Zjednoczonych, gdy koronasceptycznie nastawiony Donald Trump zainicjował i przeprowadził operację Warp Speed, która zresztą – nota bene – nie uchroniła USA całkowicie przed analogicznymi kłopotami z dostępnością szczepionek, z jakimi boryka się Europa, choć oczywiście na innym poziomie), znacząco ułatwiła im zadanie.

Dobra wiadomość? Poza zdeklarowanymi eurosceptykami nie słychać w tym chórze – w każdym razie nie na unijnych salonach, nie w europarlamencie – jednoznacznych diagnoz, że gdyby Komisja Europejska się nie wtrącała, państwa członkowskie poradziłyby sobie lepiej. Nawet jeśli na potrzeby krajowe takie głosy – choćby w Polsce – się niekiedy pojawiają, raczej nie ulega wątpliwości, że mechanizm solidarnego zakupu szczepionek cieszy się powszechną akceptacją, a przynajmniej – zrozumieniem. Nikt nie podjął polemiki z szefową KE, gdy mówiła, że pomysł na stworzenie unijnego mechanizmu zamówień szczepionek na koronawirusa był „dobry i konieczny”, ponieważ doszło do sprawiedliwego podziału szczepionek pomiędzy poszczególne państwa.

Gdy Ursula von der Leyen zapytała, jak wyglądałaby sytuacja w poszczególnych krajach członkowskich, gdyby nie zapadła decyzja o wspólnych zakupach i solidarnym podziale szczepionek, europosłowie mogli tylko potakiwać. „Mniejsze kraje mogłyby tylko patrzeć, jak największe kupują szczepionki i szczepią swoich obywateli” – odpowiadała sama sobie, a kilku wchodzących po niej na mównicę eurodeputowanych, zwłaszcza z mniejszych i mniej zamożnych krajów wtórowało już bez ogródek: „Moglibyśmy tylko patrzeć, jak szczepią się Niemcy i Francja, a potem bogate kraje północnej Europy”. Duża część krajów unijnych, niemających do dyspozycji ani potężnych środków, ani wystarczająco dużej populacji, zostałaby potraktowana jak ubodzy krewni i zmuszona do długiego oczekiwania w kolejce.

Tak – odpowiadają jednak ci, którzy punktują Ursulę von der Leyen za błędy. – Teraz sytuacja jest inna o tyle, że wszyscy jesteśmy zdani na łaskę koncernów farmaceutycznych.

W gronie liderów

Możemy w Polsce narzekać na tempo szczepień, złościć się na to, że etap zerowy, który wystartował w grudniu i miał potrwać najpierw do końca stycznia, potem – do końca lutego, potrwa najpewniej do końca marca. Możemy wytykać Agencji Rezerw Materiałowych i rządowi fatalne skutki centralizacji procesu szczepień, już skutkujące chaosem w dostawach i koniecznością odwoływania bądź przekładania szczepień seniorów przez poradnie podstawowej opieki zdrowotnej. Ale mamy przynajmniej powody do dumy. Ursula von der Leyen, rozpoczynając swoje wystąpienie w Parlamencie Europejskim, wskazała Polskę, obok Danii i Włoch, jako kraj najlepiej radzący sobie z kampanią szczepień.

Tę ocenę potwierdzają twarde dane: w połowie lutego Polska miała pierwsze miejsce wśród największych krajów UE (powyżej 10 mln mieszkańców) pod względem odsetka zaszczepionych przynajmniej jedną dawką. Wśród „wielkiej piątki” – zaliczamy się do niej obok Niemiec, Francji, Włoch, i Hiszpanii – jesteśmy bezwzględnym liderem (choć tylko w tym jednym wymiarze, bo już w odsetku w pełni wyszczepionych ­wyprzedzają nas Hiszpania i Włochy). Cieszy również wysoka pozycja – czwarta, piąta, w zależności od spływu aktualnych danych – wśród wszystkich unijnych krajów (samodzielnym ­liderem jest maleńka Malta z blisko 8,58 proc. zaszczepionych pierwszą dawką).

Choć rząd w Warszawie jest postrzegany jako daleki od eurocentryzmu, opinia von der Leyen została nad Wisłą przyjęta ciepło, by nie powiedzieć – entuzjastycznie. Cytowały ją (obficie!) prorządowe media, chwalili się nią w mediach społecznościowych ministrowie, a marszałek Sejmu Elżbieta Witek, wizytując jeden z nowo otwartych szpitali covidowych na Dolnym Śląsku, opowiedziała o swoich rozmowach z „ambasadorami innych państw”. Mieli jej powiedzieć, że gdyby zachorowali na COVID-19, czuliby się w Polsce bezpiecznie. „Powoływali się też na słowa przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, która wymieniła Polskę wśród krajów, które bardzo dobrze radzą sobie ze szczepieniami” – podkreśliła Witek.

Niemieckie problemy

Te pochwały smakują tym słodziej, że wypowiada je niemiecka polityk, a Niemcy ze szczepieniami radzą sobie... Cóż, w zasadzie sobie nie radzą. Jeszcze w listopadzie i grudniu wielu ekspertów wskazywało, że rząd w Berlinie precyzyjnie nakreślił strategię szczepień, że Niemcy od czerwca ćwiczyli – z udziałem wojska i straży pożarnej – schematy szczepień, że jesienią do tych ćwiczeń zaprosili statystów, by „na sucho” przetestować ścieżki, jakimi poruszać się będą wchodzący na szczepienia i opuszczający centra szczepień. Tak było, ale to tym bardziej rozjusza niemiecką opinię publiczną, z niedowierzaniem śledzącą postępy akcji nad Łabą. 3,46 proc. mieszkańców RFN zaszczepionych minimum jedną dawką (dane z 17 lutego) to nawet mniej niż we Francji i o wiele mniej niż w Polsce (4,07 proc.). Niemcy wygrywają z Francją w statystykach dotyczących wyszczepialności dwiema dawkami, ale i na tym polu przegrywają z Polską – choć tylko minimalnie. Trzecie, czwarte miejsce wśród największych krajów unijnych Niemiec, europejskiego prymusa w walce z pandemią, nie może satysfakcjonować.

Z drugiej strony, gdy wsłuchać się w ton debat w europarlamencie, zwłaszcza tej pierwszej, styczniowej, można odnieść wrażenie, że niemieckie problemy to ostatnia polisa, która została w ręku Komisji Europejskiej. Bo w styczniu jednym z kluczowych punktów zapalnych dyskusji był fakt, że Niemcy zapewniły sobie dodatkowe dostawy szczepionek, i to w czasie, gdy sprawowały prezydencję w Unii Europejskiej. Europosłowie z innych krajów, również z Polski, głośno żądali wyjaśnień, nie do końca wierząc, gdy je już otrzymali – że owszem, Niemcy rzeczywiście zdecydowały się na samodzielne zakupy, ale dodatkowe dawki otrzymają wtedy, gdy producenci wypełnią swoje zobowiązania wynikające ze wspólnego unijnego mechanizmu.

Rzeczywiście, po kilkunastu dniach wiele można powiedzieć, ale nie to, że Berlin dysponuje większą liczbą dawek szczepionki niż pozostałe kraje UE. Jeśli coś jest w stanie tonować zniecierpliwienie pozostałych krajów, to tylko to. Zupełnie jak w memach po konkursach skoków narciarskich, w których zamiast Polaka na najwyższym stopniu podium stanął Słoweniec, Japończyk czy Norweg: „Ważne, że Niemiec nie wygrał”. W lutowej debacie wątek niemieckich zakupów był już niemal niesłyszalny.

Wybrzmiewało natomiast, i to bardzo mocno, zaniepokojenie o skutki porażki, czy też – na razie – ewentualnej porażki, europejskiego programu szczepień przeciw COVID-19. Zarówno te bezpośrednie, przekładające się na problemy z utrzymywaniem ograniczeń i dalszym pogrążaniem się w marazmie i recesji gospodarek na Starym Kontynencie (a także, oczywiście, zwiększoną zapadalnością na ­COVID-19 i będącą jej następstwem wyższą śmiertelnością), jak i długofalowe, geopolityczne. Eurodeputowani zwracali uwagę, że skoncentrowana na problemie braku dostępności dawek dla własnych obywateli Unia Europejska traci z oczu fakt, że Rosja i Chiny prowadzą ekspansywną dyplomację szczepionkową, dostarczając do krajów rozwijających się (i nie tylko) miliony dawek. Po Sputnika i Sinovax sięgają też Węgry – na razie jako jedyny kraj unijny, ale politycy nie mają wątpliwości: jeśli dostawy od producentów, których preparaty zostały dopuszczone na unijny rynek, nie przyspieszą, rządy mogą znaleźć się pod rosnącą presją swoich obywateli.

Obywatele gotowi

Bo, przynajmniej na razie, gotowość do szczepień w wielu krajach jest ogromna. W Polsce, według publikowanych w lutym sondaży, chce się zaszczepić trzech na czterech dorosłych, a nastawienie proszczepionkowe od końca 2020 roku wręcz eksplodowało. Wśród ludzi starszych ten odsetek jest jeszcze wyższy i sięga 90 proc. Według danych opublikowanych na portalu Our World in Data, chętnych do natychmiastowego zaszczepienia się jest dwie trzecie Duńczyków, niewiele mniej Finów i Szwedów. Widać, że na chęć zabezpieczenia się przeciw ­COVID-19 wpływ ma generalnie wysokie zaufanie do szczepień wśród Skandynawów (podobny odsetek Norwegów również potwierdza chęć szczepienia).

W innych państwach odsetek osób deklarujących wolę szczepień jest nieco niższy, ale jeszcze długo – co najmniej kilkanaście tygodni, a może dłużej – popyt będzie przewyższał podaż. Nawet jeśli Komisja Europejska podtrzymuje postawiony na początku roku cel, jakim jest wyszczepienie do wakacji (raczej do ich końca, niż początku) 70 proc. dorosłych obywateli UE, najbliższa przyszłość, rysująca się przed instytucjami i osobami odpowiedzialnymi w krajach za programy szczepień, to raczej nerwowe oczekiwania na kolejne transporty dawek i ich skrupulatne przeliczanie, niż konieczność organizowania kampanii profrekwencyjnych czy akcji edukacyjnych o korzyściach płynących ze szczepień. Obywatele są gotowi się szczepić, ale nie ma czym.

„Nie wskazaliśmy wystarczająco jasno, że na początku nie będzie wystarczającej liczby szczepionek dla wszystkich” – przyznała z rozbrajającą szczerością kanclerz Angela Merkel w wywiadzie udzielonym stacji ZDF. Przyznała, że powolny start akcji szczepień wywołał w kraju rozczarowanie, ale zapowiedziała, że już w kwietniu punkty szczepień powinny dysponować takimi liczbami dawek, że problemem stanie się ich zużycie.

Unia zdrowotna

Problemem jest to, że unijny mechanizm zakupu szczepionek to przedsięwzięcie daleko wykraczające poza horyzont pandemii. I jej powodzenie – bądź nie – będzie mieć olbrzymie skutki dla europejskiej integracji. Jeśli UE zawiedzie przy szczepieniach, na co zwracali uwagę przede wszystkim deputowani z partii socjaldemokratycznych, pod dużym znakiem zapytania stanie Europejska Unia Zdrowotna. Czyli projekt obliczony na niwelowanie różnic w dostępie do opieki zdrowotnej pomiędzy poszczególnymi krajami członkowskimi.

Sondaże pokazują, że nawet ponad 70 proc. obywateli UE uważa zdrowie za kwestię priorytetową i oczekuje większego zaangażowania Unii w rozwiązywanie problemów w tym obszarze. Komisja Europejska, kierowana przez Ursulę von der Leyen, zgodnie z postulatami formułowanymi w trakcie ostatniej kampanii przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i formułowanymi przez mieszkańców krajów członkowskich oczekiwaniami uważa obszar zdrowia za jeden z priorytetów, który powinna wprost objąć polityka spójności. Politycy proeuropejscy, opowiadający się – generalnie – za pogłębianiem integracji, uważają, że solidarność w sprawach zdrowotnych między państwami członkowskimi oraz ich systemami ochrony zdrowia musi się pogłębiać, nawet zakładając, że kwestie zdrowotne pozostaną jeszcze bardzo długo kompetencją krajową.

Mechanizm wspólnych zakupów w pandemii był (jest) doskonałym poligonem, pozwalającym przetestować, co działa, a co należy poprawić. A raczej – będzie takim poligonem w momencie, gdy korzyści zaczną ewidentnie przeważać nad niedociągnięciami. Jest za wcześnie, by stwierdzić, że nie zaczną, ale znak zapytania bez wątpienia się pojawił. A przecież wspólne zakupy to, w zestawieniu z innymi planami, stosunkowo proste przedsięwzięcie.

Na wzmocnienie czeka, choćby, Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC), które jako unijna agencja już ma mandat w zakresie przygotowywania się na pandemiczne kryzysy i zarządzania w ich trakcie, ale do tej pory jest kojarzone bardziej z działalnością badawczą, wręcz naukową – niż kompetencjami zarządczymi. Te zaś powinny objąć, zdaniem części unijnych polityków, również kwestie związane np. z koordynacją zamykania granic. Prawdziwym wyzwaniem będzie (jest już, w zasadzie) – europejski cancer plan. Przedstawiony 3 ­lutego Europejski Plan Walki z Rakiem ma zmniejszyć tempo wzrostu liczby nowych zachorowań na nowotwory (w tej chwili rocznie zapada na nie 2,7 mln obywateli UE, bez skutecznego przeciwdziałania w perspektywie 15 lat ta liczba wzrośnie o 25 proc.). Wyzwanie jest tym większe, że pandemia odcisnęła piętno również na opiece onkologicznej, bijąc przede wszystkim we wczesną diagnostykę, ale też zakłócając leczenie.

Pandemia COVID-19 przeorała myślenie nie tylko polityków, ale i obywateli, o sprawach zdrowotnych. Również na poziomie europejskim. – Zobaczyliśmy, chyba po raz pierwszy, jak mocno zdrowie jest związane ze wspólnym rynkiem. I jak bardzo kryzys zdrowotny odbija się na funkcjonowaniu gospodarki i wolnościach takich jak swobodny przepływ towarów czy osób. To niewątpliwie wzmocniło przekonanie, że Unia Europejska ma wiele do zrobienia, jako wspólnota państw, w zakresie ochrony zdrowia – mówił w styczniowej rozmowie z „Tygodnikiem Powszechnym” dr Andrzej Ryś, dyrektor ds. systemów opieki zdrowotnej, produktów medycznych i innowacji przy Komisji Europejskiej.

Aby ciąg dalszy mógł jednak nastąpić, aby Europejska Unia Zdrowotna nie pozostała jedynie marzeniem euroentuzjastów, walka z COVID-19, rozumiana jako maraton, nie sprint, co podkreślała Ursula von der Leyen, musi zakończyć się sukcesem. ©


Czytaj bezpłatnie pozostałe teksty dodatku Europa się szczepi


okl_dodatek.jpg


ANNA PRUSIEWICZ, RENATA SUROWIEC / DO LASU

DODATEK DO „TYGODNIKA POWSZECHNEGO” 9/2021 

redakcja: Maciej Müller 
proj. graf: Marek Zalejski 
skład: Zuzanna Kardyś
fotoedycja: Grażyna Makara
okładka: Anna Prusiewicz, Renata Surowiec / Do lasu 
 
Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]