Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dziwne nowe rzeczy

Dziwne nowe rzeczy

31.10.2016
Czyta się kilka minut
Michel Faber, pisarz: Pragnienie, by wyrwać się w stronę innego świata, jest piękne i zarazem przygnębiająco smutne. Powieść oddaje sprawiedliwość potrzebie wiary, którą nosi w sobie niemal każdy przedstawiciel ludzkiego gatunku.
Fot. Grażyna Makara
G

GRZEGORZ JANKOWICZ: Wyjściowy koncept „Księgi Dziwnych Nowych Rzeczy”, Twojej szóstej – i jak zapowiedziałeś – ostatniej powieści, zmienił się w trakcie pisania.

MICHEL FABER: Znalazłem się w trudnej sytuacji. Wiedziałem, że stracę żonę, która zachorowała na nieuleczalny rodzaj raka. Oto dwoje ludzi musi się skonfrontować z doświadczeniem utraty. Moja żona traciła swoje życie, swoje ciało. A ja traciłem ją. Jednym z wymiarów mojej powieści stało się nieuchronnie pytanie o nietrwały fundament, na którym moglibyśmy się wesprzeć w sytuacji, w której – nie mając w sobie wiary – mierzymy się z tak traumatycznym zdarzeniem jak śmierć bliskiej osoby.

Być może w Polsce, która jest krajem religijnym, takie wyznanie brzmi zaskakująco. Jutro wybieram się jednak do Czech. Przekroczę zaledwie jedną granicę i znajdę się w kraju, w którym wiara jest doświadczana w całkowicie inny sposób. W kontekście Polski moją powieść można potraktować jako próbę wyobrażenia sobie świata bez Boga, świata całkowicie immanentnego, w którym musimy jakoś żyć. Jak odnaleźć się w takich warunkach? Czy bez wiary jesteśmy w stanie odczuwać wdzięczność za to, że dane jest nam istnieć? Gdzie indziej, w krajach bardziej zsekularyzowanych, takich jak Czechy, moja książka może dać ludziom wyobrażenie na temat roli, jaką wiara może odegrać w naszym życiu. Nie chciałem jednak tego wszystkiego tylko wytłumaczyć. Chciałem, by czytelnicy to poczuli.

Piszesz o religii w wyjątkowy sposób: ani jej nie odrzucasz, ani też jej całkowicie nie afirmujesz.

Interesowała mnie jej siła oddziaływania. Religia to w swej istocie rodzaj pozytywnej wizji, którą tworzymy lub – mówiąc skromniej – wybieramy jako alternatywę wobec zastanego świata. Nie zgadzamy się na rzeczywistość w takim kształcie, w jakim ona teraz funkcjonuje, a religia pozwala nam wyobrazić sobie coś innego.

W zasadzie wszystkie religie oferują nam rodzaj konsolacji. W porządku, twoje życie jest gówniane, sytuacja polityczna w twoim kraju jest katastrofalna, bieda aż piszczy, więzi społeczne są coraz słabsze, ale istnieje inny wymiar, wyższy poziom, na który możesz się wspiąć. Jeśli nie teraz, to przynajmniej po śmierci. Niezwykle mnie to porusza. Intensywność naszego pragnienia, by wyrwać się w stronę innego świata, jest piękna i zarazem przygnębiająco smutna. Powieść oddaje sprawiedliwość tej elementarnej potrzebie, którą nosi w sobie niemal każdy przedstawiciel ludzkiego gatunku. W tym kontekście „Księga…” nie ma w sobie nic komicznego czy satyrycznego. Satyra na religię funkcjonującą we współczesnym świecie wydaje mi się zbyt łatwa.

Co nie znaczy, że traktuję wiarę jako jedyne rozwiązanie.

Zwracasz też uwagę na instytucjonalny wymiar wiary i zmiany, które w nim zachodzą w różnych okresach historycznych.

Interesuje mnie, w jaki sposób religia działa w różnych momentach. Kiedy przyjmuje formę zamkniętą, kiedy zaś staje się otwarta. Na przykład w renesansie struktura religii była zupełnie inna niż dziś. Wszystkie działania polityczne i kulturalne miały wówczas ścisły związek z religią. Bez udziału Kościoła nie mogło się zdarzyć nic. Żadne dzieło sztuki nie mogło powstać poza granicami tej instytucji. Konsekwencją była rozchwiana struktura religii – wystarczająco elastyczna, by wszystkie te zjawiska pomieścić w swych granicach.

Wspomniałeś w jednym z wywiadów, że od samego początku chciałeś, by powieść traktowała o utracie kontaktu między ludźmi.

Chodziło o kwestię komunikacji, a raczej niemożności skomunikowania się z drugą osobą. Moja żona cierpiała z powodu jednego z członków swojej rodziny. Bardzo kochała tego człowieka, ale ich relacja była potwornie skomplikowana z powodu jego choroby psychicznej. Było to przyczyną wielu problemów w naszym małżeństwie. Na jakiś czas zamieszkaliśmy nawet osobno, żeby zrobić miejsce dla tej cierpiącej osoby. Nie mogliśmy żyć we trójkę w jednym domu. Oryginalnie książka miała opowiadać o separacji między kobietą a mężczyzną, którzy bardzo się kochają, ale którzy nie mogą być ze sobą, gdyż pojawia się zewnętrzna siła odpychająca ich od siebie. Ale gdy napisałem już trzy pierwsze rozdziały, Eva zachorowała. Tymczasowa separacja zmieniła się w separację ostateczną.

Twój bohater wyrusza na inną, dopiero co skolonizowaną planetę, by krzewić tam wiarę chrześcijańską.

Wprowadziłem ten wątek, ponieważ nie mogłem się pogodzić z działaniami zachodnich rządów, na nowo odkrywającymi urok imperialnych gestów. Na początku XX wieku Zachód postanowił naprawić upadające kraje Wschodu, wysyłając do nich zarówno swoje armie, jak i swoich religijnych, politycznych i ekonomicznych misjonarzy. Peter wyrusza na planetę Oaza, by wykonać podobną misję.

Ludzie z korporacji, która wysyła Petera na Oazę, nigdy jednak nie używają słów „kolonia” czy „kolonizacja”.

Cynicznie wybierają inne, łagodniejsze terminy. Mówią np. o nowej „wspólnocie”. Tak działa kapitalizm. Gdy jego mechanizmy poddawane są krytyce, gdy ludzie uświadamiają sobie ich szkodliwość, kapitalizm błyskawicznie przystosowuje się do nowych warunków. Trwa nadal w nowej postaci i trudno znaleźć dla niego alternatywę. Sprytny chwyt, który możemy dziś zaobserwować, polega na tym, że kapitalizm prezentuje się jako przyjazny i zdecydowanie bardziej odpowiedzialny niż niegdyś, wrażliwy na kwestie etyczne i społeczne. Nowe szaty, a raczej nowe maski systemu kapitalistycznego są niezwykle zwodnicze i zaślepiają wielu ludzi. To jest jeden z wątków mojej powieści.

Powieść można czytać jako krytykę naszych społeczeństw, ale jej przekaz polityczny jest subtelny.

Nie chciałem walić czytelnika po głowie moimi lewicowymi poglądami. Literatura polityczna zajmuje bardzo ważne miejsce w sferze publicznej. Nie powinniśmy się temu dziwić ani też narzekać, że ktoś za pomocą tekstu literackiego wyraża swoje poglądy. Polityka jest obecna w moim pisarstwie, gdyż jestem zwierzęciem politycznym, ale staram się wpleść ją w DNA powieści tak, by na powierzchni była niemal niezauważalna. Poza tym w „Księdze…” skoncentrowałem się na jednostkach i ich intymnym świecie, do którego co prawda wdziera się rzeczywistość religijna, społeczna i ideologiczna, ale konsekwencje tej interferencji obserwujemy z perspektywy pojedynczych ludzi i ich losów, ich emocji.

Twoi bohaterowie przede wszystkim próbują się ze sobą skomunikować, nawiązać kontakt i zacieśnić relację.

Jednym z naszych najpowszechniejszych złudzeń jest przeświadczenie, że potrafimy się ze sobą w pełni komunikować, że wystarczy niewielki wysiłek, trochę zdrowego rozsądku, ażeby porozumienie z innymi okazało się możliwe. W swoim pisarstwie sprawdzam możliwości pokonania niektórych barier komunikacyjnych. Barier, które pojawiają się między kobietą a mężczyzną, między ludźmi reprezentującymi różne kultury i posługującymi się rożnymi językami, między człowiekiem a przedstawicielami innych gatunków, między człowiekiem a kosmitą, między głuchoniemym a słyszącym.

W tym przypadku również prezentujesz ambiwalentne stanowisko.

Gdy konfrontujemy się z problemem komunikacyjnym, mamy do wyboru dwie drogi. Możemy pogrążyć się w depresji, dopuścić do głosu złość i zwątpienie. Wtedy gubimy wszystkie narzędzia służące porozumieniu, które stworzyła dotychczas ludzkość. Ale możemy też dostrzec w tej komunikacyjnej porażce coś niezwykle krzepiącego: że mimo kolejnych niepowodzeń, ludzie się nie poddają, wciąż podejmują nowe próby, nie chcą, by klęska okazała się czymś nieuchronnym, nie porzucają wspaniałego marzenia o wynalezieniu kilku odpowiednich słów, dzięki którym porozumienie między ludźmi wreszcie będzie możliwe. Z tej potrzeby i z tego marzenia wyrasta cała literatura. Oznacza to, że w każdej chwili, w której podejmujemy komunikacyjny wysiłek, przybliżamy się odrobinę do doskonałej rozmowy, która być może położy kres wojnom i sprawi, że ludzie przestaną się nawzajem zabijać.

Język jest u Ciebie jedynie czymś dodanym do naszej zwierzęcej egzystencji, czymś, z czego nieumiejętnie próbujemy zrobić użytek.

W moim opowiadaniu „The Tunnel of Love” bohaterka mówi, że jako zwierzęta mamy tylko jeden cel: chcemy się czuć bezpieczni, dlatego od innych oczekujemy, że takie bezpieczeństwo nam zapewnią. Chcemy, by ktoś nas przekonał, że nic nam się nie stanie. „Należę do tego samego gatunku, co ty, nie rozszarpię cię, nie zrobię ci krzywdy, nie obawiaj się” – to jest podstawowy przekaz, który sobie wysyłamy za pomocą słów i gestów. Uważamy jednak, że bezpieczeństwo jako cel komunikacji to za mało, że powinniśmy myśleć i działać z większym rozmachem, więc budujemy skomplikowane struktury społeczne, tworzymy kulturę, piszemy dzieła literackie… Wspaniałe przedsięwzięcie, które jako pisarz i użytkownik kultury traktuję z wielkim entuzjazmem. Jednak jakaś część mnie jest przekonana, że to jedynie powierzchnia, że gdy tylko zabraknie nam cierpliwości, gdy wybuchnie kolejna wojna, wszystko wróci na poziom zwierzęcych odruchów. Zwróć uwagę na reakcje zachodnich społeczeństw, które konfrontują się dziś z problemem masowej migracji. Zachowujemy się jak zwierzęta: obwąchujemy uchodźców, żeby się przekonać, czy możemy z nimi żyć na tym samym terytorium. Język nie jest tu w stanie pomóc.

W nowoczesności istniała długa tradycja myślenia, zgodnie z którą komunikacja nie jest możliwa, ponieważ język jest niedoskonałym narzędziem i nas zawodzi. Z tego, co mówisz, wynika, że to raczej my zawodzimy język.

Jako stworzenia musielibyśmy się wykazać większą skłonnością do porządku, by porozumienie za pomocą języka stało się możliwe. Z mową jest dokładnie tak samo, jak z telefonem, który trafia w ręce osoby niemającej pojęcia, czym jest telekomunikacja. Potrzebna jest wiedza, która umożliwi temu człowiekowi posługiwanie się konkretnym urządzeniem. Dzięki tej wiedzy i praktyce, którą podejmujemy w danej chwili, łączymy się z innymi ludźmi wykorzystującymi na co dzień podobne narzędzia. Tak powstaje wspólnota.

Gdy rozmawiamy o ostatnio nagrodzonej powieści albo o futbolu, albo o pogodzie, próbujemy nie tylko coś przekazać, ale także wspiąć się na pewien poziom zaawansowania, który pozwoli nam zawiązać relację z innymi. Podtekstem każdej rozmowy jest jednak to, o czym już wspomniałem: mówię o literaturze, ale w rzeczywistości w mojej wypowiedzi kryje się zapewnienie, że cię nie zagryzę, że się za chwilę nie pozabijamy.

Nie jest jednak tak, że zawsze i wszędzie doświadczamy porażki komunikacyjnej!

To prawda. Są okresy, gdy jesteśmy w stanie lepiej zamieszkiwać stworzone przez nas domostwo kultury. Wiemy wystarczająco dużo i potrafimy tę wiedzę wykorzystać, by żyć obok innych i z innymi w sposób pokojowy. Spotykamy się na tym samym poziomie zaawansowania. Jest zatem czas na komunikację. Jest też czas na porażki. Gdy dopada nas choroba, gdy zbliżamy się do śmierci, wszystkie nasze kulturowe narzędzia okazują się niewystarczające, wręcz zawodne.

Zanim zostałem pisarzem, pracowałem jako pielęgniarz. Stary, schorowany, umierający człowiek zmienia się w zwierzę: nie panuje nad sobą, ma zwierzęce odruchy i zwierzęce potrzeby. To dotyczy nas wszystkich. Kultura nie jest w stanie pomóc wyniszczanemu chorobą ciału. Ono potrzebuje ciepła innego ciała, gestu, ochrony. Co nie znaczy, że wcześniejszy etap został unieważniony, że nie ma już znaczenia. Chodzi tylko o to, że dobiegł końca, a my wciąż musimy się uporać z problemami, które są właściwe innemu okresowi życia.

Ale choruje nie tylko ciało, także umysł… Niech będzie: choruje również nasza dusza. Czy powieść może się nią w ten właśnie sposób zaopiekować?

Mam nadzieję, że to jest możliwe, że powieść może nam to ofiarować. We wszystkich swoich książkach, a zwłaszcza w tej ostatniej, w której żegnam się z pewnymi rzeczami, starałem się coś takiego zrobić dla czytelnika. Nie oznacza to, rzecz jasna, że nie lubię literatury, której jedynym celem jest ona sama, którą można by nazwać eskapistyczną. To wspaniałe, że możemy stworzyć coś bezinteresownego i się w tym czymś schować przed światem. Moje pisarstwo ma jednak inny cel: staram się pomóc czytelnikowi w wyklarowaniu kwestii, które muszą zostać wyjaśnione, by ów czytelnik mógł się uporać z jakimś problemem, z kolejnym wyzwaniem. Więc tak: powieść jako pielęgniarka!

Jedna z polskich pisarek zapytała mnie ostatnio, czy znam kogoś – intelektualistę, pisarza, naukowca – kto wie, co się wydarzy w przyszłości i kto mógłby nam o tym opowiedzieć. Czytając „Księgę…”, pomyślałem, że to właśnie ona daje nam wyobrażenie o przyszłości. Twoja wizja jest przygnębiająca: rozpad relacji i zagłada planety.

W rzeczywistości nie jestem pesymistą, jeśli chodzi o los ludzkości. W ostatnich dziesięcioleciach, a nawet stuleciach nieustannie ktoś obwieszczał rychły koniec świata. Apokaliptyczny sposób myślenia jest bardzo atrakcyjny. Ale tak naprawdę możemy jedynie powtórzyć za Biblią, że koniec przyjdzie „niczym złodziej w nocy”.

Przedstawiasz inny gatunek w taki sposób, by jego odmienność była naprawdę radykalna.

Gdy oglądamy „Star Trek”, widzimy obcych, którzy zachowują się dokładnie tak samo jak my, z tą różnicą, że mają wielkie nosy i dziwne uszy. Zależało mi na tym, by uwyraźnić przepaść oddzielającą nas od tego, co znajduje się poza granicami naszego świata. Być może dzięki temu czytelnik zacznie się zastanawiać, jak tę przepaść pokonać. Takie różnice pojawiają się również między przedstawicielami różnych krajów i kultur. Łączy nas elementarny fakt, że wszyscy jesteśmy żywymi istnieniami, ale dzieli nas wiele różnic, które musimy przekroczyć, żeby nawiązać ze sobą kontakt. Dopóki w danym kraju wszystko układa się w miarę dobrze – nie ma wojny, ekonomia jest OK, nie ma napięć społecznych – pojawia się sentymentalna iluzja o powszechnym braterstwie ludzi. Nie chodzi mi o to, że idea braterstwa jest zła, ale o sposób, w jaki przedstawiamy relacje międzyludzkie.

Rezygnacja z sentymentalizmu nie świadczy o moim pesymizmie. Jest wezwaniem do działania. Gdy tylko coś idzie nie tak, gdy pod wpływem rozmaitych wydarzeń nastroje społeczne się radykalizują, zaczynamy się mierzyć z prawdziwym problemem. Potrzebne są konkretne rozwiązania, które będziemy potrafili wymyślić tylko wtedy, gdy nasza obserwacja nie będzie sentymentalna.

Ludzie, którzy mieszkają obok nas, mogą nagle okazać się całkowicie obcy. Trzeba będzie sobie z tym poradzić. Przecież oni nie znikną z powierzchni ziemi. Przemoc nie jest rozwiązaniem – jest przejawem bezradności, ostatnią i skazaną na niepowodzenie próbą odzyskania kontroli nad światem. Musimy sobie uświadomić, jak układają się relacje międzyludzkie, by uniknąć katastrofy.

Twoja „Księga…” jest odwrotnością „Boskiej komedii”. U Dantego bohater zmierza w stronę raju, gdzie czeka na niego Beatrycze. U Ciebie Peter zostawia Beatrice na Ziemi i wyrusza w stronę Oazy.

Nie było bezpośredniej inspiracji, ale tematem obydwu opowieści jest separacja, oddalenie dwójki ludzi, którzy z różnych powodów nie mogą ze sobą być, mimo że bardzo tego pragną. Niektórzy współcześni pisarze uważają, że wszystko zostało już powiedziane, nie możemy wymyślić niczego nowego, możemy tylko grzebać w przeszłości. Nie zgadzam się z tym. Każde kolejne pokolenie na swój sposób przeżywa swoje bycie w świecie i na nowo podejmuje pewne tematy. Problemy mogą być te same – w tym wypadku oddalenie – ale sposób ich opisu jest nowy, jeśli nie całkowicie, to przynajmniej częściowo. Wciąż wynajdujemy dziwne nowe rzeczy. Jest to nieuchronny i pozytywny proces. ©℗

MICHEL FABER urodził się w 1960 r. w Holandii. W 1967 r. jego rodzina wyemigrowała do Australii, gdzie ukończył studia z literatury angielskiej. Podejmował się różnych zajęć, m.in. pracował jako pielęgniarz w szpitalu na obrzeżach Sydney. W 1993 r. przeniósł się wraz z drugą żoną do Szkocji. Zadebiutował w 1998 r. zbiorem opowiadań „Some Rain Must Fall and Other Stories”. Pierwsza powieść Fabera „Pod skórą” ukazała się w 2000 r. Największy rozgłos przyniósł mu osadzony w wiktoriańskim Londynie „Szkarłatny płatek i biały”. Był gościem organizowanego przez „Tygodnik” Międzynarodowego Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada 2016.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodzony w 1978 roku. Filozof literatury, eseista, redaktor, krytyk i tłumacz. Dyrektor programowy Festiwalu Conrada. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”. Dyrektor programów...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Przeczytałem kilkukrotnie wstęp by się upewnić czy to aby nie pomyłka, to naprawdę koniec pisarstwa w wykonaniu Michaela Fabera? mam nadzieję że Autor potrzebuje tylko czasu... była by to niepowetowana strata, jego powieści "neo"-wiktoriańskie to kunszt sam w sobie.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]