Reklama

Dylematy cyklisty

Dylematy cyklisty

23.02.2007
Czyta się kilka minut
Nie sądzę - jak część krytyki - że Coetzee napisał książkę zaledwie poprawną. Że zawiódł. Mamy w rękach kolejną świetnie pomyślaną, piętrową narrację. Zajmującą opowieść z podwójnym dnem.
fot. KNA-Bild
1

1.

Przypadki chodzą po ludziach. Niektóre nawet jeżdżą. I właśnie ta ostatnia okoliczność dopadła niespodziewanie australijskiego fotografa Paula Raymenta. Późny wieczór, ulica w Adelaide. Rayment na przejażdżce rowerowej. I nagle grom z ciemnego nieba. Nieuważny chłopak uderza w niego samochodem. Uderzenie jest tak silne, że z kolana zostaje miazga, a jedynym wyjściem pozostaje amputacja części nogi. Mimo wszystkich swoich przyjemności, cyklizm bywa czasem okrutny.

Tu pojawia się problem pierwszy. Nasz emerytowany fotograf od lat żyje samotnie, jest rozwiedziony, nie ma dzieci. A po poważnej operacji wymaga stałej opieki. Konieczna jest pomoc. I ta - nie denerwujmy się zanadto - powoli, ale jednak nadchodzi. Pomoc ma na imię Marijana i jest Chorwatką. Od pierwszych chwil spotkania z pielęgniarką Paul czuje, że dzieje się z nim coś niezwykłego. Ten starzejący się, 60-letni mężczyzna odzyskuje wigor, nabiera chęci do życia, czeka niecierpliwie na każde jej przybycie. Jeśli już ktoś bystrze odgadł, że Paul się zakochał, że nieprzytomnie pragnie Marijany, to najzupełniej będzie miał rację.

Przyznajmy: nie brzmi to wszystko najlepiej. Czy z rozpoczynającej się w ten sposób powieści da się jeszcze coś zajmującego wykrzesać? Czy da się uniknąć schematów wielokrotnie już powielanych i poprowadzić opowieść w kierunku słabo uczęszczanym?

Krótkie ćwiczenie symulacyjne. Gdyby Coetzee był - otwórzmy na chwilę puszkę Pandory - pisarką Marią Nurowską, rzecz potoczyłaby się pewnie wartko, a pojawiające się dalej powieściowe zdarzenia zachodziłyby na siebie zgrabnie, jak ogniwa rowerowego łańcucha. Marijana wpadłaby w końcu w ramiona Paula. Żyliby długo (przez kilkadziesiąt stron co najmniej) oraz w dodatku szczęśliwie. Albo by nie wpadła, a Paul w akcie desperacji wpadłby tym razem pod motocykl typu Harley (mało to wariatów jeździ?), masakrując sobie drugą kończynę, co stałoby się powodem do eskalacji traumatyzmów. Nie trzeba dodawać, że historia ociekałaby twardym realizmem: poczytalibyśmy o parnych nocach pod eukaliptusem, niemym świadkiem lepkich wyznań, o strusiu wsadzającym co i rusz głowę w piasek (okazja do wstrząsającej metafory), a morze by wciąż falowało, jak to u australijskich wybrzeży, itd., itp...

Coetzee jest jednak rękodzielnikiem nazbyt świadomym natury używanych przez siebie narzędzi, zręcznie więc omija rafy w postaci przewidywalnej narracji i taniego realizmu, i prowadzi nasz wzrok w rejony słabiej dotąd pisarsko zagospodarowane. W ramach psucia sobie gry, wpuszcza Raymentowi żmiję pod kołdrę. Dzyń, dzyń (domofon), to ja, Elizabeth Costello! Tak, to nie pomyłka, ta nie najmłodsza już pani, która wpada znienacka - niczym deus ex machina - pewnego dnia do mieszkania Paula, to dobrze znana czytelnikom ostatnich książek noblisty australijska pisarka, od jakiegoś czasu spolegliwa wykonawczyni jego poleceń. Coetzee raz jeszcze ożywia leciwą damę, każąc jej zagrać kolejną literacką (życiową?) rolę.

Konfuzja jest podwójna. Costello bowiem nie tylko jest niespodziewanym gościem, to dałoby się jeszcze przeżyć, ale jest postacią z całkiem innej rzeczywistości. Zanim gospodarz zdąży ochłonąć, zaczyna sprawnie recytować: "Cios dosięga go z prawej - nagły, przeszywający, bolesny piorun strąca go z roweru"...

A nie da się ukryć, że jest to pierwsze zdanie powieści, którą właśnie czytamy! Gorzej, bo Costello nie tylko wpada. Ona zostaje. Od tego momentu dwie postacie pozostaną ze sobą w wyraźnie kłopotliwym i cierpkim uścisku.

2.

I tu zaczyna się problem drugi. Nie jest bowiem łatwo odpowiedzieć na pytanie, o czym jest w istocie ostatnia książka Coetzeego. Wiele tu ingrediencji o rozmaitych smakach, wiele wątków o różnym stopniu intensywności i literackiego rozwinięcia. Niechętni mówią nawet, że za dużo i że związek między nimi jest dość luźny.

Może najpierw: to meandryczny, acz wyraźnie prowadzony, dyskurs o tożsamości. I to w różnych jej wymiarach. Trwale okaleczony Paul zmuszony jest zadać sobie pytanie: gdzie jest jego prawdziwe "ja", co zaświadcza o jego tożsamości? Czy mieści się ona w zmieniającym się co prawda, ale jednak wciąż tym samym, "moim" ciele, czy też w tej dziwnej, bo nijak nieuchwytnej, ale jakoś odczuwalnej rzeczywistości w dawnych czasach zwanej duszą?

Jego sytuacja - człowieka przebywającego w ciele bezwolnym, niekompletnym, wymagającym pomocy - dobrze sprzyja takim rozważaniom. Coetzee lubi takie graniczne sytuacje. Nie ma wątpliwości, że jest Paul dualistą, i to na modłę już to platońską (groteskowy wątek z obrazem zaprzęgu z "Fajdrosa"), już to chrześcijańską (przywołanie św. Augustyna). Pojmuje, że ludzkie ścierwo nie jest i nie może być fundamentem tożsamości. Że jest w nim "coś więcej". Tym czymś jest pamięć, która nadaje nieprzystającym do siebie elementom jego biografii chybotliwą, ale jednak spójność.

Dalej: tożsamość kulturowa. Kim tak naprawdę jestem, pyta Rayment, ja, urodzony we Francji, mówiący biegle po angielsku, ale odczuwający swoją angielszczyznę jako ciało obce? W ogóle: co ja robię w tej Australii, człowiek, którego korzenie są zupełnie gdzie indziej? Bawiąc się w gry słowne powiada, że jego nazwisko rymuje się z francuskim vraiment, przysłówkiem odnoszącym się do tego co realne, rzeczywiste, prawdziwe. I nie sposób nie zauważyć w tym zestawieniu cienkiej ironii. Rayment ma przecież nieustanne kłopoty ze swoją wewnętrzną rzeczywistością, i to zarówno wewnątrztekstową, jak i jako postać będąca autorską kreacją.

Pozostając przy tropach językowych, zauważmy z kolei, że angielskie raiment, słowo mające lekko archaiczne zabarwienie, oznacza "szaty". A więc coś, co jest narzucone, dodane, nie nasze. Jakby Coetzee sugerował tym samym, że nasza tożsamość, którą dostajemy w spadku wraz z urodzeniem, jest zawsze czymś zewnętrznym, czymś nie całkiem i nie zawsze przystającym do naszego "wnętrza". Nawiasem mówiąc, ten wątek podwojonej tożsamości językowej i kulturowej powtarza się także w przypadku Costello i Marijany Jokić. Wszyscy mają tu poważne kłopoty z samookreśleniem; "ja" głównych protagonistów jest rozmyte.

Niewykluczone, że w innym jeszcze planie "Powolnego człowieka" można by odczytywać jako zawoalowaną krytykę rozmaitych fiksacji współczesności, których Coetzee nie wydaje się przesadnym entuzjastą. Rayment jest człowiekiem wyraźnie wczorajszym, żywym anachronizmem w pędzącej bez umiaru rzeczywistości. Jest zmęczony życiem (wypadek pogłębił jedynie jego wypalenie), odmawia uczestnictwa w powszechnym wyścigu, którego emblematami są rosnące wciąż przyspieszenie i nieustająca przemiana. Jest posiadaczem komputera starej generacji, nie wie, co to internet, nie chce się go uczyć. Żyje ze wzrokiem utkwionym w przeszłość. Ma osobliwe hobby. Kolekcjonuje stare fotografie, na których utrwalone zostały nieznajome twarze pierwszych australijskich osadników. Swój zbiór zamierza zapisać bibliotece w Melbourne. Z jakąś niemal religijną czcią pochyla się nad utrwalonymi w materii światłoczułej śladami minionej przeszłości. Wierzy, naiwnie, jak się okaże, że fotografie się nie zmieniają, że tylko opowieści mają tę właściwość.

I jeszcze wątek romansowy, interesująco i niekonwencjonalnie poprowadzony. Rayment chce jak najbardziej związać swoją niezbyt zamożną opiekunkę ze sobą. Składa jej propozycję nie do odrzucenia. Oferuje pomoc finansową, która umożliwi dalszą edukację jej syna. Ten pierwszy ruch spowoduje groteskowy efekt domina i już za chwilę cała rodzina Jokiciów zostanie włączona do dziwnej gry miłosnej. Rayment odgrywa - ściślej: chce odgrywać - rolę zbawcy, chce, jak powiada, zostawić coś po sobie. Ale koniec końców bohaterowie wyraźnie zamieniają się rolami, ostatecznie to ofiarodawca zostanie obdarowanym...

Wystarczy. Tu bowiem pojawia się problem trzeci. Można - a nawet trzeba! - zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście Coetzee napisał "Powolnego człowieka" wyłącznie po to, by opowiedzieć nam tę nieco banalną - do pewnego momentu - historię z antypodów? By zająć nas na chwilę dziwacznym romansem fotografa kaleki z - jak napisał pewien krajowy recenzent - "dobrze zbudowaną i praktyczną kobietą"? Mielibyśmy tedy do czynienia z solidnym kawałkiem realistycznej prozy? Myślę, że wątpię.

Moja hipoteza idzie w inną stronę. Twierdzę, że siła i oryginalność tej powieści nie tkwi w podejmowanych przez nią "problemach" czy fabulacyjnych zapętleniach. Jeśli nawet potraktować wspomniane wątki z uwagą, na jaką zasługują (z całą pewnością nie jest to narracyjna wata), to i tak nie sposób powiedzieć, że o tym właśnie jest książka Coetzeego. Powiem więcej: czytana jako zwyczajna story (osobliwa love story osadzona w australijskich realiach), z początkiem, środkiem i zakończeniem, prawdę powiedziawszy nieco nuży. Ale gdy zmienić kąt widzenia, wciąga i niepokoi coraz bardziej. Bo w moim przekonaniu ostatnia książka Coetzeego jest nade wszystko opowieścią o literaturze. Lepiej może: o robieniu literatury. O naturze rzeczywistości i naturze powieściowej fikcji. O związku fikcji i życia. O cienkich niciach łączących autora z bohaterem. Wreszcie - o nas, czytelnikach, którzy są istotnym elementem gry w literaturę. O pisaniu i... czytaniu.

"Powolny człowiek" w swej najistotniejszej warstwie jest w sposób oczywisty tekstem metafikcjonalnym. Coetzee jest tu konsekwentny. Można było się zastanawiać, w którym kierunku pójdzie jego pisarstwo po tak finezyjnej grze z narracją, jak w "Elizabeth Costello". Teraz już nie ma wątpliwości: Coetzee kontynuuje szereg wątków z tamtej książki. Więcej: wydaje się, że dla wejścia w głębsze pokłady "Powolnego człowieka" jej znajomość jest absolutną koniecznością. Bez wiedzy o niegdysiejszych dylematach pani Costello, ta książka wypada z rąk albo zwyczajnie - brak eukaliptusów, strusi i morskiej bryzy! - nudzi.

Idzie mi nie tylko o łatwo uchwytny fakt swobodnego przepływu tytułowej bohaterki z książki do książki, ale o problemy poważniejszej natury. Oto bowiem południowoafrykański pisarz znów bada granice wyporności literackiej fikcji. A może przede wszystkim drąży kwestię fundamentalną: po co w ogóle zadręczać się czernieniem papieru? A pytanie to ma w pisarstwie Coetzeego wymiar tyleż poznawczy, co etyczny.

3.

Rayment i Costello tworzą w książce wyraźną oś kompozycyjną. Mamy tu dwie mocno zarysowane figury o przeciwnych znakach. Paul, slow man, biernie przyjmuje rzeczywistość, prowadzi życie na skraju wegetacji, mało tego: stanowczo odmawia sprawienia sobie protezy amputowanej nogi (!).

Z kolei Elizabeth, fast woman (można by nawet rzec: too fast), robi wszystko, by jego życie nabrało wyraźnych kształtów, by w końcu dostało formy, by ten rozmemłany zewłok, w który zmienił się po wypadku, stał się wreszcie kimś aktywnym i mimo wszystko spełnionym.

Otóż właśnie. Maestria Coetzeego polega na nieustającym przeplataniu rzeczywistości powieściowej i metatekstowej. Z jednej strony, Rayment i Costello to dwie "żywe" postaci świata przedstawionego, krwiste osoby o dobrze zarysowanym profilu, wplątane w pewną życiową sytuację. Śledzimy ich perypetie, dając się wciągnąć w tę literacką symulację rzeczywistości. Z drugiej, poprzez wprowadzenie postaci Costello i umieszczenie jej - na podobieństwo dyrygenta - w centrum wydarzeń, nieustannie się nam przypomina, że to "tylko" pisarska kreacja, ostentacyjnie sztuczna konstrukcja, dziecko słowa i wyobraźni. Jak zręczny prestidigitator, Coetzee lawiruje między obydwoma poziomami, cały czas zachowując proporcje między krwią i papierem. A czytelnik nie zawsze wie, w którym ze światów właśnie przebywa.

Costello nie tylko zalega bezczelnie w mieszkaniu Raymenta. Bardziej interesujące jest to, że intensywnie ingeruje w jego życie. Aranżuje mu ekscytujące seksualnie spotkanie, wdaje się w pogawędki z jego znajomymi, generalnie: próbuje urządzić mu życie. Ale kiedy krzyczy na niego, zmusza go do działania, to nie chodzi tylko o pobudzenie jego aktywności w obrębie świata przedstawionego. Costello zdaje się mówić coś więcej (i z innego poziomu!): Rusz się, chłopie! Daj sobie szczęście, ale daj też radość czytelnikowi. Niech w końcu zacznie się coś dziać, do ciężkiej cholery! Przestań być banalnym, szarym everymanem, bo to nikogo nie interesuje, zacznij być żywym, intrygującym bohaterem literackim:

"Pamiętaj, namiętności rządzą światem. Wiesz o tym, nie jesteś analfabetą. Bez namiętności świat byłby dalej pusty i bezkształtny. Weź Don Kichota. On nie siedzi w bujanym fotelu, lamentując, jaka nudna ta La Mancha. On wkłada miskę na głowę, dosiada wiernej szkapiny i wyrusza przed siebie, dokonać wielkich czynów. Emma Rouault, Emma Bovary kupuje szykowne stroje, choć nie ma pojęcia, jak za nie zapłaci. »Raz się żyje«, mówi Alonso, mówi Emma, »więc trzeba spróbować!«. Spróbuj, Paul. Przekonaj się, na co cię stać".

Do tego momentu ta tyrada przypomina umoralniające kazanie. Ale ciekawa jest jego pointa. Costello powiada, że drastyczna zmiana w życiorysie Raymenta tak naprawdę konieczna jest po to, by go ktoś mógł... opisać. Musi się zmienić wyłącznie w tym jednym celu: "Po to, żeby ktoś, gdzieś być może opisał cię w książce. Chciał cię opisać w książce. Ktokolwiek, niekoniecznie ja. Żebyś w ogóle był wart opisania. Obok Alonsa i Emmy. Stań na pierwszym planie. Żyj jak bohater. Oto czego nas uczą klasycy. Bądź główną postacią. Bo inaczej po co nam to życie?".

Ironia polega na tym, że cały czas czytamy właśnie o takim - nijakim, drugorzędnym, pozbawionym znaczących zwrotów - życiu okaleczonego rowerzysty. Coetzee nie tylko opowiada nam pewną wymyśloną historię fotografa z antypodów, ale też demonstruje na naszych oczach, jak ona powstaje. Cały czas z niepokojem czekamy, w jakie też maliny wpuści jeszcze biednego Raymenta. Dopuszcza nas do konfidencji, chociaż dobrze wiemy, kto tu pociąga za sznurki. Nieustannie pogrywa z tzw. horyzontem oczekiwań czytelniczych, zmuszając nas do aktywnej współpracy z tekstem. Przy czym pisarz najwyraźniej zrzeka się roli wszechwiedzącego narratora, pokazuje, że ten ma nie mniejsze problemy z poskładaniem w całość fragmentów powieściowego świata niż jego bohaterowie z poskładaniem własnego życia. Jak wspomniałem, psuje on grę swojemu bohaterowi, a teraz można dodać, że od momentu zjawienia się Costello psuje grę także i nam, chwiejąc co i raz naszym poczuciem realności papierowego świata. I zrobione jest to bez pudła: wiemy przecież, że to gra, ale dajemy się bez trudu w nią wciągnąć. I jeszcze mamy z tego przyjemność.

Nie sądzę więc - jak część krytyki - że Coetzee napisał zaledwie poprawną powieść. Że zawiódł. Przeciwnie: to jest niebywale inteligentna i konsekwentnie przez niego od pewnego czasu prowadzona dyskusja - przy użyciu literackich narzędzi - o możliwościach, granicach i sensie literatury. Coetzee stawia pytania, których nikt inny nie zadaje. Oczywiście, proza ta z całą pewnością nie ma tej siły rażenia co "Hańba". I z tej perspektywy patrząc, wydać się może nawet lekka. Ale też trudno traktować to poważnie jako zarzut. "Hańba" była nie tylko o czym innym, ale też - literacko - była czym innym. A tak już poza wszystkim: ile arcydzieł może wyjść spod jednej ręki?

Słowem: nie dajmy się zwariować. Mamy w rękach kolejną, świetnie pomyślaną, piętrową narrację. Zajmującą opowieść z podwójnym dnem. Już sama lektura tej zdyscyplinowanej, rzeczowej, pozbawionej ozdobników prozy jest czasem odnalezionym, podarowanym. To mało?

4.

Dla znających biografię Coetzeego nie będzie zapewne niespodzianką cienkie podszycie biograficzne "Powolnego człowieka". Tropy są wyraźne, acz w sposób oczywisty poddane mocnej literackiej refrakcji: emigracja australijska, zakorzenienie w kilku światach i językach, pytania o tożsamość... Ale i coś jeszcze: rower! Coetzee jest aktywnym cyklistą. W Krakowie, już po oficjalnym spotkaniu na uniwersytecie, zwierzał się, że planuje właśnie dłuższą wyprawę rowerową na południe Francji. Ambarasujące, prawda?

Oczywiście, nie bądźmy dziećmi, jego ostatnia powieść nie jest portretem autora. Acz nie sposób nie zauważyć, że od pewnego czasu Coetzee uprawia w swoim pisaniu przewrotną i finezyjną grę z własną biografią. Może też i dlatego ten szeleszczący czasem papier ma jednak swój ciężar. Toteż przyszłe dokonania pisarskie rowerzysty śledzić będziemy z tym większą uwagą. Nie mówiąc już o tym, że wiernych czytelników noblisty już dziś zżera ciekawość, czy ta stara cholera Costello pociągnie jeszcze na tyle, by dać głos w kolejnej jego książce?

I na koniec prywatna prośba. Drogi panie Coetzee, pan nie jeździ za szybko, pan na siebie uważa, dobrze? Wiem, tak zwana rzeczywistość to nie literatura, ale bywa, że fikcje powieściowe mają czasem moc samospełniającej się przepowiedni i materializują się w życiu. Czasem boleśnie.

John Maxwell Coetzee, "Powolny człowiek", przeł. Magdalena Konikowska, Kraków 2006, Wydawnictwo Znak.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]