Nie jest bezpiecznie bawić się w proroka, ale zjem własne etui na telefon (kapelusza nie noszę), jeśli zmiany w unijnym systemie handlu emisjami EU ETS wejdą w życie w aktualnym kształcie.
Bruksela sprawia dziś w tej sprawie wrażenie, jakby szukała już tylko dogodnego pretekstu do wyrwania nóżek własnej inicjatywie. Europa, której gospodarka przestała doganiać globalnych konkurentów, zapewne zechce na nowo wymyślić swoją politykę klimatyczną.
Europa zaczyna podważać sens systemu ETS
Pod koniec lutego, podczas Europejskiego Szczytu Przemysłowego w Antwerpii, kanclerz Niemiec Friedrich Merz mówił, że system ETS musi zostać zreformowany, „jeśli zostanie uznane, że nie jest to najlepsze narzędzie do ograniczania emisji CO2”. Kto jeszcze nie usłyszał w tych słowach brzęku ostrza gilotyny przecinającego żywot dyrektywy, powinien wsłuchać się w wypowiedź Emmanuela Macrona.
Zdaniem prezydenta kraju, który prąd czerpie głównie z atomu i rynek emisji CO2 mógłby mieć w zasadzie w głębokim poważaniu, ETS nie działa tak, jak sobie wyobrażali jego projektanci. Zdaniem Macrona jest on szczególnie szkodliwy dla gospodarek krajów uzależnionych od paliw kopalnych, takich jak Polska.
Spekulacje na rynku uprawnień do emisji sprawiają, że rośnie cena certyfikatów, tracą firmy i odbiorcy ich produktów. Jedynymi wygranymi są spekulanci.
Koszty klimatycznych ambicji
Rzecz jasna i Macron, i Merz mówią w istocie pro domo sua, nie w obronie biedniejszych sąsiadów ze wschodu. Zaplanowane na przyszły rok rozszerzenie systemu ETS na nowe branże (w tej chwili za emisje płaci jedynie wielki przemysł, energetyka i linie lotnicze) sprawi, że koszty emisji CO2 w swoich rachunkach będzie musiało uwzględnić także budownictwo, transport oraz mniejsze zakłady przemysłowe.
Ich produkty i usługi z pewnością podrożeją, co pogłębi przewagę cenową produktów z importu, jednocześnie osłabiając siłę nabywczą Europejczyków. Jak szacowała w ub. roku firma analityczna T&E, przy cenie certyfikatów emisji na poziomie 55 euro za tonę, przeciętne tankowanie na polskiej stacji benzynowej byłoby droższe o około 30 zł. Obecnie za tonę dwutlenku węgla wypuszczonego do atmosfery trzeba zapłacić ok. 70 euro – a było jeszcze drożej.
Pozostaje mieć nadzieję, że w poszukiwaniu nowej drogi do zeroemisyjności Europa nie pójdzie na skróty śladem USA, które pod rządami Trumpa po prostu wypięły się na zmiany klimatyczne i robią biznes bez oglądania się na konsekwencje dla środowiska.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















