Reklama

Ostatnia szansa

Ostatnia szansa

22.09.2006
Czyta się kilka minut
Chociaż od zakończenia wojny minęło 60 lat, nie zakończyło się to, co zaczęło się w Norymberdze: wymierzanie sprawiedliwości. Pościg za podejrzanymi o zbrodnie z lat 1933-1945 trwa nadal.
Albert Heim w 1959 r. (zdjęcie z listu go nczego niemieckiej policji)
C

Choć nie żyje już Szymon Wiesenthal, przez dziesięciolecia ucieleśnienie hasła, że chodzi tu o "sprawiedliwość, nie zemstę" (tak brzmiał tytuł jednej z jego książek), nadal działa ośrodek jego imienia. Centrum Szymona Wiesenthala co roku publikuje swój raport.

Niezmiennie pierwsze miejsce na zamieszczanej w nim liście poszukiwanych nadal nazistów zajmuje Alois Brunner, odpowiedzialny za deportację Żydów z Austrii, Grecji, Francji i Słowacji do obozów zagłady. Nie wiadomo na pewno ani gdzie jest, ani czy żyje. Podobno ukrywa się w Syrii.

W sprawie "numeru dwa" na liście, czyli Ariberta Heima, poruszenie w 2005 r. przyniosły doniesienia, jakoby mieszkał w Hiszpanii: na plaży w Walencji miał go rozpoznać izraelski turysta. Pobyt Heima w Hiszpanii sugerował też przelew, jakiego dokonano tam z jego konta bankowego w Berlinie. Ale zanim go aresztowano, Heim uciekł, prawdopodobnie do Chile. W obozie koncentracyjnym nazywano go "Doktor Śmierć", bo przeprowadzał na więźniach eksperymenty, np. wstrzykiwał im w serce benzynę i sprawdzał, jak szybko umrą. Teraz szuka go nie tylko Centrum Wiesenthala, ale też specjalny oddział niemieckiej policji. Nagroda za informację o miejscu jego pobytu sięgnęła 140 tys. euro.

Listem gończym nie trzeba szukać natomiast Erny Wallisch, strażniczki z Majdanka. Wallisch, także obecna na liście, mieszka w Wiedniu. Ponieważ władze austriackie twierdzą, że nie mogą jej postawić przed sądem z powodu przedawnienia ewentualnych zarzutów, cała nadzieja w tym, by to Polska wystąpiła o jej ekstradycję. Zbrodnie zarzucane pani Wallisch dotyczyły m.in. obywateli polskich i w Polsce nie ulegają przedawnieniu. Aby wydać nakaz aresztowania i wystąpić o ekstradycję, potrzebne są, rzecz jasna, dowody winy. Tych lubelski oddział IPN-owskiej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, który prowadzi w tej sprawie śledztwo, jeszcze nie zebrał. O pomoc IPN chce zwrócić się do niemieckiego i austriackiego wymiaru sprawiedliwości: być może w tamtejszych archiwach zachowały się dokumenty, które mogą być dowodami. Na razie Erna Wallisch wiedzie spokojne życie emerytki.

Wyścig z czasem

We wszystkich tych sprawach czas działa na niekorzyść sprawiedliwości - tej ludzkiej.

Bohdana Koziya, funkcjonariusza kolaborującej z Niemcami ukraińskiej policji, udało się odnaleźć w Kostaryce. Wcześniej mieszkał w USA. Gdy tam odkryto jego przeszłość i odebrano mu obywatelstwo, w obawie przed ekstradycją zbiegł na Kostarykę i (mimo braku paszportu) uzyskał zgodę na pobyt. Kiedy w końcu w 2003 r. udało się doprowadzić do wydania przez tamtejszy sąd zgody na deportację, zachorował. Zmarł w kostarykańskim szpitalu niemal dokładnie 60 lat po tym, jak brał udział w mordowaniu Żydów w okolicach Stanisławowa. "Śmierć pomogła mu uciec przed sądem" - skwitował jeden z prokuratorów.

Próbą wygrania wyścigu z czasem jest rozpoczęta w 2002 r. przez Centrum Wiesenthala akcja "Ostatnia Szansa": za informacje o ukrywających się zbrodniarzach nazistowskich można dostać nagrodę w wysokości 10 tys. euro.

W Polsce pomysł wzbudził kontrowersje: obawy przed "płatnym donosicielstwem" i załatwianiem w ten sposób własnych dawnych porachunków. Na Węgrzech uznano go za niezgodny z ustawą o ochronie danych osobowych. Nawet jednak tam, gdzie odzew był duży, nie zawsze sprawy kończyły się sukcesem. Bo odnalezienie poszukiwanej osoby to dopiero początek drogi po sprawiedliwość. Trzeba znaleźć dowody, a to po kilkudziesięciu latach jest bardzo trudne: świadków pozostało niewielu, a ich nadwątlone przez czas wspomnienia łatwo podważyć w sądzie.

A jeśli nawet udałoby się doprowadzić do procesu i zapadłby wyrok skazujący, to i tak często może mieć on charakter głównie moralno-symboliczny. W marcu 2006 r. Centrum Wiesenthala zaprotestowało po tym, jak na Litwie skazano na 5 lat więzienia za współpracę z nazistami Algimantasa Dailide, ale odstąpiono od wykonania kary. "Sprawia to, że Litwa staje się najbezpieczniejszym schronieniem na świecie dla miejscowych zbrodniarzy nazistowskich" - pisał szef jerozolimskiego ośrodka Centrum Wiesenthala, Efraim Zuroff. Z tego też zapewne powodu Litwa, a dokładniej jej sądownictwo, w corocznym raporcie Centrum znalazła się w grupie tych państw, które z zasady odmawiają udziału w pościgu za nazistami i ich współpracownikami. Obok Litwy są tam też Estonia, Norwegia, Rumunia, Szwecja, Syria i Ukraina. A także Austria, która rozliczenie z przeszłością - zarówno w wymiarze moralnym, jak i prawnym - ma w gruncie rzeczy jeszcze przed sobą.

Wyrok po latach

Polska w rankingu Zuroffa sytuuje się w tej samej kategorii, co np. Niemcy, Kanada, Australia, Łotwa i Węgry. To kraje, które według Centrum odnoszą sukcesy, ale mogłyby być one większe. Inaczej: te państwa prowadzą szereg postępowań karnych, ale w ocenianym okresie rocznym nie udało się nikogo skazać.

Polskim prokuratorem, który w 2001 r. doprowadził do wyroku skazującego za udział w zbrodniach hitlerowskich, jest Zygmunt Kacprzak z IPN. Było to pierwsze oskarżenie skierowane do sądu przez rozpoczynający swą działalność Instytut, jak i pierwszy taki proces w Polsce od lat 70. Chodziło o Henryka Manię, który pomagał niemieckiej załodze ośrodka zagłady w Chełmie nad Nerem w eksterminacji Żydów. Sąd Okręgowy w Koninie skazał go na 8 lat więzienia. Odbywanie kary Mania rozpoczął 1 grudnia 2005 r. w areszcie śledczym w Szczecinie, ale 10 stycznia 2006 r. Sąd Okręgowy w Szczecinie udzielił mu przerwy w wykonaniu kary od 13 stycznia 2006 r. "do czasu ustania przeszkody", która uniemożliwia odsiadkę. Można się domyślać, że chodzi o wiek i stan zdrowia.

Prokurator Kacprzak pamięta dzień, w którym poinformował Manię o oskarżeniu: - To był zupełny przypadek, że pojechaliśmy po niego dokładnie w Dzień Zaduszny, 2 listopada - mówi w rozmowie z "Tygodnikiem". - W domu jego żona powiedziała nam, że mąż jest na cmentarzu. Tam do niego podeszliśmy. Powiedzieliśmy, po co przyszliśmy, a on od razu zapytał: "Dokąd idziemy?". Jakby na nas czekał.

Chełm nad Nerem był jednym z pierwszych ośrodków zagłady. Właśnie ośrodków, a nie obozów, bo ludzi z transportu od razu mordowano. Tam też przeprowadzono pierwsze próby gazowania: służył do tego samochód ciężarowy, do którego wprowadzano Żydów z okolicy, szczelnie zamknięty. Auto ruszało i jechało do pobliskiego lasu. Rura wydechowa była wprowadzona do środka, do benzyny dodawano prawdopodobnie bardziej trujących substancji. Gdy docierano na miejsce, ludzie w środku nie żyli. Grzebano ich w lesie. Zarówno w pochówku, jak i w zabieraniu Żydom kosztowności i wpędzaniu ich do samochodu, uczestniczył Mania. Początkowo sam był więźniem - to największa zagadka w tej historii.

Mania został aresztowany przez Niemców już w 1939 r., podobno chciał otruć niemieckiego żołnierza. Trafił do Fortu VII w Poznaniu. Jako więzień został włączony do grupy, którą Niemcy wykorzystywali podczas gazowania pacjentów poznańskich szpitali psychiatrycznych: jej członkowie wynosili trupy, sprzątali. Gdy Niemcy rozpoczęli eksterminację Żydów, ośmiu więźniom, w tym Manii, zaproponowano "pracę" w Chełmie. Nagrodą miało być wpisanie na volkslistę, niemiecką listę narodowościową. Wtedy Mania z ofiary zamienił się w kata. Dotąd bowiem to, co robił, można było uznać za wymuszone przez Niemców, tak jak "praca", którą wykonywali członkowie innych tzw. Sonderkomando w obozach.

W Chełmie ci polscy współpracownicy esesmanów mieli jednak jakiś wybór. Po "pracy" - gazowanie trwało do popołudnia, potem był czas wolny - mogli z ośrodka zagłady swobodnie wychodzić. W aktach IPN zachowało się zdjęcie, gdy przy stole z esesmanami piją piwo. Wiadomo też, że uczestniczyli w zabawach we wsi. Mogli zatem uciec. Nie uciekli.

Można się zastanawiać, czy człowiek, który był więźniem i widział, jak niewiele trzeba, by zginąć, jest w stanie ryzykować życie. Nikt z nas nie wie, na co nas stać ani do czego jesteśmy zdolni. Jednak właśnie fakt swobody, jaką cieszył się Mania, a także więzi, które wywiązały się między polskimi "pracownikami" a niemieckimi nadzorcami, przesądziły o jego winie. Wyrok zapadł po prawie 60 latach.

10 tysięcy spraw

Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, która działa w ramach IPN, prowadzi ciągle jeszcze ponad 300 śledztw w sprawie zbrodni nazistowskich. Dotyczą spraw o różnym ciężarze gatunkowym - skala winy ludzi, którzy np. w chwili tchórzostwa w obawie przed śmiercią wydali swoich kolegów Niemcom, jest inna niż Ariberta Heima czy Aloisa Brunnera. Wszelako dla prokuratora wina jest winą, oskarżony powinien stanąć przed sądem.

Za kilka lat winnych jednak już zapewne nie będzie: umrą. Co wtedy z rozpoczętymi sprawami? IPN będzie je nadal prowadzić, gdyż w centrum jego zainteresowania jest nie tylko sprawca, ale też ofiara. - Zmieniły się kierunek i struktura śledztw, celem jest też wyjaśnienie okoliczności przestępstwa i ustalenie pokrzywdzonych - opowiada w rozmowie z "Tygodnikiem" dr Antoni Kura, naczelnik Wydziału Nadzoru nad Śledztwami w KŚZpNP. - Prowadzimy śledztwa, bo chcemy ustalić ofiary, okoliczności ich śmierci, a także ich sukcesorów.

Kiedy powstał IPN, w ramach którego działa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, prokuratorzy IPN przejęli - w spadku po działającej wcześniej Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu - tysiące niezamkniętych spraw. Obecnie może ich być nawet 10 tysięcy. Jedną z przyczyn tej gigantycznej liczby - w ponad 60 lat po wojnie - są dawne kłopoty w komunikacji z niemieckim wymiarem sprawiedliwości.

- W Polsce toczyły się śledztwa, tu zeznawali świadkowie, ale jeśli było podejrzenie, że sprawca jest w Niemczech, materiały przesyłano do tamtejszej prokuratury - wyjaśnia dr Kura. W Niemczech sprawy te zaczęły z biegiem lat ulegać przedawnieniu lub były umarzane z powodu braku możliwości ustalenia sprawcy czy miejsca jego pobytu. O takim finale strony polskiej, bywało, nie informowano i teraz prawnicy IPN stają wobec tysięcy spraw, które nie wiadomo, czy i jak się zakończyły. Trzeba je otworzyć na nowo, ustalić ich finał.

Co gorsza, wiele dokumentów, w tym cenne zeznania świadków, również znajduje się w Niemczech. Odzyskanie ich jest trudne, bo zostały włączone do niemieckich archiwów. Ponowne przesłuchanie świadków jest niemożliwe, większość już nie żyje. - Być może rozwiązałoby to jakieś porozumienie międzyrządowe, może moglibyśmy uzyskać uwierzytelnione kopie - zastanawia się dr Kura. - To jest zadanie na najbliższe miesiące: odzyskać materiały dowodowe z postępowań, które były prowadzone w Polsce.

W tym, co robi IPN, chodzi zatem nie tylko o sprawiedliwość, ale także o pamięć o ofiarach; pamięć, którą Instytut ma wpisaną w nazwę. O to, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o minionych tragediach, żeby rodziny ofiar mogły poznać prawdę o śmierci bliskich. To równie ważne, jak ściganie 80- czy 90-latków.

Do końca

Efraim Zuroff przyznaje w rozmowie z "Tygodnikiem", że niemal bez przerwy słyszy argument, iż zbrodniarze nazistowscy, nawet jeśli staną przed sądem, są dziś zbyt starzy, by odbyć karę. - W mojej pracy kieruję się dwoma zasadami - mówi. - Po pierwsze, że upływ czasu w żaden sposób nie zmniejsza winy przestępcy i jeśli ktoś popełnił zbrodnię w 1941 r. i został złapany dopiero w 2006 r., to jest tak samo winny, jak w godzinę po morderstwie. Po drugie, że jeśli sztucznie ustalimy jakąś czasową granicę, po której zbrodniarze nie będą ścigani, to właściwie otwarcie stwierdzimy, że ktoś może popełnić zbrodnię i uniknąć odpowiedzialności.

Ten drugi argument ma także wymiar polityczny: przecież procesy takich dyktatorów jak Milošević czy Husajn toczyły się (bądź toczą) także po to, aby inni przywódcy, pozostający u władzy - jak choćby Aleksander Łukaszenka - mieli świadomość, że także ich kiedyś może dosięgnąć sprawiedliwość. Z drugiej strony, odstraszający przykład nie na wszystkich działa: Kim Dzong Il raczej nie przejmuje się tym, co społeczność międzynarodowa myśli o obozach, w których zamyka swoich poddanych.

To jednak inna sprawa, a Centrum Wiesenthala zajmuje się nazistami. Czasem zarzuca mu się właśnie to ograniczenie do zbrodni nazistowskich. Wtedy Zuroff się broni: odpowiada, że przecież mogą powstawać inne ośrodki do ścigania innych zbrodni.

Rok 2006 - to czwarty rok funkcjonowania "Ostatniej Szansy". Zdaniem Zuroffa za wcześnie jednak oceniać jej rezultaty. - Nie mam wątpliwości, że w pewnych krajach okazała się sukcesem, a w innych, np. w Estonii, niespecjalnie się udała. Dopóki jednak otrzymujemy nowe informacje, dopóty będziemy ją kontynuować - mówi.

Mimo braku głośnych sukcesów, mimo rozgoryczenia opieszałością czy nieudolnością wielu sądów, można chyba mówić o jednym znaczącym rezultacie akcji: jest nim nagłośnienie po raz kolejny "łowów na nazistów" - i, być może, zburzenie spokoju tych, którzy w ukryciu i pod fałszywym nazwiskiem sączą popołudniami bezkofeinową kawę, czytają gazetę, cieszą się prawnukami czy głaszczą psa.

W pewnym momencie może jednak podejść do nich ktoś, kto powie: "Panie Heim, jest pan aresztowany".

Ta myśl, która burzy choć przez chwilę ich spokój, jest właśnie sprawiedliwością.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]