Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wydanie specjalne "Polska Żydowska"

Do utraty tchu

Do utraty tchu

20.05.2009
Czyta się kilka minut
Chociaż nie dożył czterdziestych urodzin, zostawił imponujący dorobek. Tylko dla kina napisał ponad siedemdziesiąt ilustracji muzycznych. Jego biografia to przedwcześnie domknięta historia wielkich ambicji, ryzyka, odwagi i w efekcie spełnionych marzeń.
U

Umarł 23 kwietnia 1969 roku na skutek komplikacji po wypadku, jaki wydarzył się pod koniec poprzedniego roku w Los Angeles. Czterdzieści lat minęło. Nie sposób jednak o nim zapomnieć: był intrygującym, wybitnie utalentowanym artystą i ważną częścią mitycznego świata bohemy pierwszej połowy lat 60. Na temat Krzysztofa Komedy napisano już wiele, ale ciągle nie wszystko. Monografia autorstwa Marka Hendrykowskiego jest nie tylko rzetelną biografią muzyka i kompozytora, ale także udaną próbą odkrycia tej postaci na nowo, w innej perspektywie.

Komeda nie bał się niczego. Interesowała go wyłącznie "muzyka osobista". Ale modern jazz, który uprawiał, w połączeniu z dyscypliną formalną i predylekcją do improwizacji, w jego przypadku dawały nadzwyczajne rezultaty. W  kompozycjach Komedy jest indywidualność,

feeling, brawura. Rozkwitał zwłaszcza w tych muzycznych rejestrach, przed którymi inni rejterowali. A przy tym wpływ osobowości Komedy okazywał się tak przemożny, że nawet mniej utalentowani muzycy rozkwitali przy jego boku.

Był buntownikiem, ale - jak twierdzi autor monografii - chyba najspokojniejszym z kontestatorów. Nie przeciwstawiał się systemowi za pośrednictwem słów i deklaracji. Nie manifestował głośno swojej odrębności. Bunt został zapisany w jego muzyce. W jazzie. "Dla Komedy jazz był metaforą ludzkiego życia - pisze Marek Hendrykowski. - Stał się muzyką, która wyraża pragnienie osobistej wolności i płynie z wnętrza człowieka jako niepowtarzalny rodzaj doświadczenia polegającego na odkrywaniu siebie i świata poprzez sztukę".

Chociaż nie dożył czterdziestych urodzin, zostawił imponujący dorobek. Tylko dla kina napisał ponad siedemdziesiąt ilustracji muzycznych. Jak to możliwe? "Mam głowę pełną muzyki" - wyznał siostrze, Irenie Orłowskiej. Tworzył zachłannie, z niespotykaną przy tym trafnością wbudowując przeciwstawne elementy wewnątrzmuzyczne w integralną strukturę filmu. Zawsze trafiał w dziesiątkę.

W muzyce łączył to, co najważniejsze w jazzie światowym, z polskimi, poetyckimi, romantycznymi ingrediencjami. W kinie nigdy wprost nie ilustrował obrazu. Każdy film oznaczał dla Komedy nowe wyzwanie - w wybitnym, pozbawionym dialogów "Ambulansie" Janusza Morgensterna sięgnął po parafrazę, z kolei w "Nożu w wodzie" posłużył się autorskim wykorzystaniem klasyki jazzowej. Hendrykowski: "Można tu wręcz mówić o przyjęciu przez kompozytora funkcji architekta dźwięku - kogoś, kto mając do dyspozycji: ciszę, muzykę i szmery, projektuje i aranżuje w filmie wszystko, co dotyczy sfery brzmień".

Organiczny talent Komedy do improwizacji nie przerodził się nigdy w manierę. Wyraz "rutyna" oznaczał w muzycznym słowniku kompozytora największe wykroczenie. Każda partytura była dla niego próbą przekroczenia tego, co zostało wcześniej zatwierdzone, uznane i skomplementowane. Testem na własną odwagę.

Właściwie od początku nie było wątpliwości, że jest kimś wyjątkowym. Wystarczyło kilka lat, żeby stał się nie tylko liderem polskich jazzmanów, ale także jedną z największych znakomitości światowego jazzu. Dzisiaj, w zalewie jednosezonowych muzycznych karier stymulowanych marketingiem lub skandalami, brawurowa kariera Krzysztofa Komedy wydaje się emblematyczna. Jest wskazaniem, że wielki i niepodległy, czysty talent czasem jednak wygrywa.

Marek Hendrykowski napisał swoją książkę jako admirator i znawca twórczości Komedy, ale i lokalny patriota, poznaniak. Śledzi kolejne etapy biografii artysty, spotyka się z jego przyjaciółmi i znajomymi, a w zajmującej wiele stron bibliografii, filmografii i dyskografii udowadnia, jak bogata była to twórczość i jak wiele na jej temat już napisano. Równocześnie pokazuje, jak silne piętno wywarły na Komedzie obowiązujące w Poznaniu reguły. "Właśnie w Poznaniu - pisze - rozpoczęła się jego droga artystyczna, tu założył własny zespół jazzowy i stąd wyruszył w świat". Stąd hasło: "Przywróćmy Komedę Poznaniowi!". Nic dziwnego, że ta świetna książka ukazała się nakładem niszowego poznańskiego Wydawnictwa Miejskiego, a główne obchody czterdziestej rocznicy śmierci kompozytora odbędą się właśnie w stolicy Wielkopolski.

***

Kilka doskonale znanych motywów, jak kołysanka z "Dziecka Rosemary", setki bałamutnych wspomnień, tysiące błahych słów. Niestety, również Krzysztof Komeda został przypisany do lirycznego schematu: przedwcześnie zmarły, wybitnie zdolny chłopiec.

Hendrykowski dowodzi, że biografia tego artysty była dostatecznie ciekawa, by nie poddawać jej popkulturowemu retuszowi. Zbanalizowany portret Komedy to oczywiście jego fotka z "Niewinnych czarodziejów" Wajdy: seksowne okulary (zerówki!), garnitur, balangi do rana i młody Polański. Komeda prawdziwy to, owszem, "wino, kobiety i śpiew", ale przede wszystkim tytaniczna praca, czasami paraliżujący strach, introwertyczny charakter i mnóstwo wątpliwości.

Zofia Komeda-Trzcińska często wręcz zmuszała męża do wyjścia z domu. Najczęściej wychodzili zatem do kina - był filmowym erudytą - czasami do SPATiF-u,

na spacer albo na koncert. Prawdziwym żywiołem Komedy była jednak praca, możliwie najpełniejsze wykorzystanie każdej darowanej minuty.

Hendrykowski nie pomija żadnego z ważnych faktów w biografii muzyka. Pisze o okresie poznańskim, ostrowskim, krakowskim, warszawskim, amerykańskim. O jego studiach medycznych i przełomowym spotkaniu z Witoldem Kujawskim, swingującym basistą, który z prowincjonalnego Ostrowa Wielkopolskiego wprowadzi Komedę na jazzowe salony. Jako wytrawny filmoznawca sugestywnie odsłania kulisy współpracy Komedy i Polańskiego, pokazując ich jako wyjątkowe osobowości twórcze, które wbrew panującemu wokół marazmowi postanowiły nie zmarnować swojej szansy. Łączyły ich pasja życia, poczucie humoru, witalność i pracowitość, a nawet podobnie brzmiący, chłopięcy i delikatny tembr głosu. Kiedy się poznali - za pośrednictwem Jerzego Skolimowskiego, admiratora "Sekstetu" Komedy - Polański był jeszcze studentem "Filmówki", z kolei Komeda już sławnym kompozytorem. Zaiskrzyło natychmiast. Współpraca szybko zmieniła się w przyjaźń.

Autor monografii odsłania także prywatną twarz kompozytora. Sympatyczną. Komeda zupełnie nie przejmował się prozą życia codziennego. Miał szczęście, że wszystkie tego typu sprawy załatwiała jego dzielna żona: od precyzyjnych umów i kontraktów, poprzez opłaty za gaz, na codziennym przygotowaniu śniadania (dwa jajka po wiedeńsku plus kawa), kończąc. Hendrykowski pisze

o szerokich horyzontach Komedy, o jego pasjach i fascynacjach. Interesowały go zarówno rzeźby Henry’ego Moore’a i Aliny Szapocznikow, jak i teatr absurdu czy twórczość Mirona Białoszewskiego. Uwielbiał podróże, miał także słabość do dobrych samochodów - był właścicielem m.in. porsche 911 oraz forda mustanga. Był osobny, ale towarzyski: w jego londyńskim apartamencie przy Edgware Road stałą przystań znalazła artystowska bohema.

Dowiadujemy się od Hendrykowskiego, że Komeda uczył śpiewu m.in. Fryderykę Elkanę i Igę Cembrzyńską, że to on namówił Edmunda Fettinga do zaśpiewania pięknej ballady do tekstu Agnieszki Osieckiej w filmie "Prawo i pięść". Jako młodzieniec słuchał namiętnie w radiu Marii Koterbskiej, po latach cieszył się zaś, kiedy jego kompozycje śpiewały Wanda Warska (wokaliza w "Pingwinie"), Kalina Jędrusik ("Ja nie chcę spać") czy Mia Farrow (kołysanka w "Dziecku Rosemary").

Opowieść Hendrykowskiego jest przedwcześnie domkniętą historią wielkich ambicji, odwagi i w efekcie spełnionych marzeń. Każdy późniejszy sukces muzyka był obwarowany wcześniejszymi trudnymi decyzjami. Kiedy w 1957 roku młody, nieźle zapowiadający się lekarz laryngolog Krzysztof Trzciński złożył wymówienie z pracy, rezygnując z uprawiania zawodu lekarza, żeby poświęcić się muzyce, naprawdę wiele ryzykował. Za jednym zamachem przekreślił siedem długich lat życia, które poświęcił nauce, oraz zapewnienie sobie i rodzinie względnej stabilizacji finansowej. Musiał mieć świadomość, że raczkujący wówczas w Polsce jazz na razie nie tylko nie przyniesie mu żadnych profitów, ale nie da również wielkich szans na zdobycie uznania czy kariery. Jednak zaryzykował: podobnie jak wcześniej ryzykowali, toutes proportions gardées, inni niedoszli lekarze: Tadeusz Żeleński i Stanisław Lem. I wygrał. Jak oni.

Kiedy Krzysztof Trzciński stał się Komedą - artystyczne nazwisko było niczym innym jak szyderczym przezwiskiem małego Krzysia z okresu dziecięcych zabaw - dostał w prezencie drugie życie. Jak w legendarnym filmie Godarda, było to życie "do utraty tchu". Grupa Jerzego Grzewińskiego, dixieland, przełomowy festiwal w Sopocie, współpraca z Milianem i "Ptaszynem" Wróblewskim. Pierwsze koncerty i recenzje. Kolejne etapy kariery: sukces międzynarodowy, występy w Moskwie, Grenoble

i Paryżu, przedstawienie "Jazz i poezja", początek długoletniego romansu z kinem. Genialna muzyka do filmów Polańskiego ("Dwaj ludzie z szafą", "Nóż w wodzie", "Matnia", "Bal wampirów"), Skolimowskiego ("Bariera", "Start", "Ręce do góry"), Wajdy ("Niewinni czarodzieje"), Morgensterna ("Do widzenia, do jutra...").

Od 1960 roku Komeda staje się bożyszczem w Skandynawii, nagrywa tam płyty, regularnie koncertuje, pisze muzykę do filmów Henninga Carlsena (m.in. do "Kotki" i "Głodu" opartego na powieści Hamsuna), występuje także w Pradze, Bled, Koenigsbergu, nagrywa ze Stańką, Carlssonem, Namysłowskim. Od 1968 roku przebywa w Stanach Zjednoczonych. Pisze muzykę m.in. do "Dziecka Rosemary". Pod koniec tego roku ulega tragicznemu w skutkach wypadkowi. Umrze kilka miesięcy później.

***

Filmowa biografia. W życiu Komedy było wszystko, czym żywi się hollywoodzki biograficzny mainstream. Dzieciństwo w cieniu wojny, nadopiekuńcza matka, przeciętne noty w szkole średniej (powtarzał klasę maturalną), nieprawomyślne fascynacje, odwaga i brawura, błyskawiczna międzynarodowa kariera, miłość i śmierć. A także charyzma, talent i rogowe okularki. Hendrykowski: "Jak po Gelsominie, zostało po nim piękne wspomnienie zaklęte w jego muzyce". To bardzo dużo.

Marek Hendrykowski, Komeda

Poznań 2009, Wydawnictwo Miejskie

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]