Dlaczego puszczał?

Rodzina górali nie przyszła na proszony obiad do restauracji "Bąkowo Zohylina" w Zakopanem. Czekał na nią Grzegorz Napieralski z SLD.
Czyta się kilka minut

Zjadł obiad sam. Wcześniej puszczał na Krupówkach bańki, a po obiedzie grał na skrzypcach w pustej restauracji.

Od przyjęcia zaproszenia do nieprzyjścia rodzina górali musiała najpewniej przejść przez wielowątkowy proces definiowania tego, co się dzieje, określania swojej tożsamości i projekcji wizerunku, z jakim by z "Bąkowej Zohyliny" wyszła. Grzegorz Napieralski jest ze Szczecina, to tu i teraz ważne. Ze Szczecina do Zakopanego jest bardzo daleko. Otóż, górale bez większego problemu rozszyfrowują specyfikę zachowań krakowian czy warszawiaków, i szczerze krakowskie czy warszawskie zwyczaje pojęli. Mają do jednych i drugich bardzo jasny stosunek, góralska życzliwość i nieżyczliwość - obie te reakcje są wobec jednych i drugich przewidywalne w stu procentach. Krakowianin dla górala to otwarta i po stokroć przeczytana książka, z warszawiakami jest podobnie. Polityk z Krakowa, odkąd polityka istnieje, nigdy nie pojechał do Zakopanego, by puszczać na ulicy bańki. Nie przypominam sobie, by ktoś z Warszawy wpadł na pomysł choćby podobny. Szczecinianin jest pod tym względem postacią z innej planety.

Góralska rodzina, która bez wątpienia śledziła meldunki, co Napieralski robi przed obiadem, miała zapewne wielorakie, tradycyjne na Podtatrzu obawy - czy Napieralski będzie mówił o związkach partnerskich? Będzie sobie nader swobodnie poczynał przy kobietach? Co powie o prawie własności? O prawach natury? To było jakoś przewidywalne, rodzina owa najpewniej miała w tych sprawach zdanie, które była gotowa Napieralskiemu przedstawić. Tymczasem zdarzyło się coś do przewidzenia trudnego i do wytłumaczenia jeszcze bardziej skomplikowanego. Wiadomość, że kandydat na premiera trzeciej siły politycznej w kraju puszcza bańki na głównej ulicy miasta, musiała szokować. To był najpewniej ciężki szok, przemieszany z chaosem rozgardiaszu wdziewania cyfrowanych portek, ostrzenia ciupag i mierzenia korali. Czy to jakiś obrzęd, cudaczna zabawa, czynność magiczna? Rodzina góralska uznała najwyraźniej, że przebywanie w towarzystwie tego człowieka może zaszkodzić jej spoistości, wychowaniu dzieci w szacunku do władzy państwowej, może nadszarpnąć ich opinię w oczach sąsiadów.

Najpewniej do górali tatrzańskich nie dość wyraźnie dotarło, że Napieralski zbiera też grzyby i rozdaje jabłka, że na zawołanie pociesznie tańcuje. Tańcowanie ma w Zakopanem swoje miejsce, jedzenie jabłek takoż. Zbieranie grzybów na całym Podtatrzu ma pradawne tradycje, jest - jak mniemam - uświęcone tradycyjnymi gestami, ale nigdy, odkąd ludzie ci przywędrowali z krain wołoskich, nie było elementem w logicznym łańcuchu zdarzeń, których finałem jest objęcie władzy wykonawczej. Z jednym może wyjątkiem - zdobycia władzy w punkcie skupu runa.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 26/2011