Reklama

Diabeł przyszedł do wioski

Diabeł przyszedł do wioski

18.02.2008
Czyta się kilka minut
Bartuś nie żyje, stało się. Ale jak się dowiem, że ksiądz molestował, że dotykał... Jak ja wtedy przed ołtarz pójdę? Gdzie siły znajdę?
Przy wjeździe do Hłudna. Fot. Jacek Taran dla „Tygodnika Powszechnego”
Przy wjeździe do Hłudna. Fot. Jacek Taran dla „Tygodnika Powszechnego”
D

Dyrektor zespołu szkół w podkarpackim Hłudnie jest przestraszony. Ale uciekać nie wypada, więc udaje rozmowę. Stoi z rękami założonymi na piersiach, ściska w dłoni komórkę. Nie, pojęcia nie ma, co się stało, jaka była przyczyna, co doprowadziło do tragedii. Żadnych sygnałów nie miał, żadni rodzice na skargę nie przychodzili. Przede wszystkim winne są media, to one rozdmuchały sprawę. Gdyby nie przeklęte media, wioska szybko by się uspokoiła. Wiadomo, pokrzyczeliby trochę, byłby płacz, oczywiście, ludzie są tylko ludźmi, ale rychło znowu nastałby spokój. Spokój jest najważniejszy.

Dlatego dyrektorowi nie bardzo podoba się pomysł, by wypytywać nauczycieli. Sekretarka nie zaprasza do pokoju nauczycielskiego, on sam przyjmuje w drzwiach. Numeru telefonu wolałby nie podawać. Powtórzmy: żadnych sygnałów nie miał, życie w szkole toczyło się normalnie.

Aż do 14 grudnia 2007 r. To było już po zmroku. Trzynastoletni Bartek nałożył gumofilce i stare ubranie, wyszedł z domu.

Powiesił się na drzewie.


Po stronie ofiar: o wykorzystywaniu seksualnym nieletnich, zmowie milczenia i innych grzechach polskiego Kościoła piszemy konsekwentnie od lat. Wybór najważniejszych tekstów „TP” z ostatniego dwudziestolecia na temat, który wstrząsa dziś Polską, w bezpłatnym i aktualizowanym, internetowym wydaniu specjalnym.


Rodzina znalazła list z datą 12 grudnia. Na kartce z zeszytu w linie, pisany równym pismem tekst (pisownia oryginalna):

"Pożegnanie. Nie nawidzę łysego tego pedofila. Muśałem to zrobić ponieważ mówi że ja go okradłem. Ale ja przysięgam na Boga że tego nie zrobiłem. Ale jemu tego nie powiem. To co napisałem oddać policji. I żeby go zabrali z parafii bo to pedofil. Nie chce być gwałcony przez niego. Niewiem o jaką smycz mu chodzi. To co jest moje oddać potrzebującym. Bartek".

Nieco niżej, pisany pochyłym, jakby ozdobnym drukiem dopisek "Odczytać po mojej śmierci". Na marginesie data, godzina, informacja, że list był pisany na języku polskim.

Wyrazy "pedofil" i "gwałcony" zama-zane.

List dotyczy miejscowego proboszcza. Rocznik 1948, proboszczem w Hłudnie był ponad 10 lat. Po śmierci chłopca prokuratura wszczęła dochodzenie w sprawie znęcania się nad dziećmi i odpowiedzialności za śmierć chłopca. Kuria przemyska milczy.

Ksiądz to zawsze ksiądz

W pochmurny zimowy dzień Hłudno przegrywa bezapelacyjnie z szarością. Jakiś dowcipniś zamazał na tablicy drogowej pierwsze trzy litery. Przycupnięte w dolinie rzeczki domy tulą się do siebie. Wielu majętnych gospodarzy tu nie mieszka, dużo zaniedbanych obejść, niektóre rodziny żyją w starych, drewnianych domach. Mało kolorów, szyldów i reklam. Wczasowicze się nie pojawiają, są chałupy, w których wietrzy się bardzo rzadko, żeby nie tracić cennego ciepła. Na ścianach wielkie obrazy Matki Bożej, Papieża, Świętej Rodziny, na półkach kolorowe puszki po napojach, opakowania po bombonierkach i ustawione równymi rzędami kasety z disco-polo.

Po śmierci Bartka miejscowi skoczyli sobie do oczu.

Część, i ci byli górą, zażądała odwołania proboszcza. Były sołtys Stanisław Gładysz przejął klucze do kościoła i zapowiedział, że ich nie odda, dopóki nie zareaguje kuria.

Ludzie zaczęli sobie przypominać, a dzieci - mówić. O tym, że ksiądz od lat bił pod żebra, nadrywał uszy, deptał po palcach i ściskał za ręce tak, że kości chrupały. O tym, że ministrantów potrafił uderzyć "z główki".

Dwie dziewczyny, które kiedyś chodziły do scholi, opowiadają, że ksiądz wkładał rękę pod bluzkę albo sukienkę.

A tamto zdarzenie, kiedy rodzicom z dzieckiem do chrztu kazał czekać w kościele trzy godziny?

A romanse, dziewczyny, i to, że rodzinę rozbił? Nazbierało się przez ponad 10 lat.

Inni opowiadają, że śmierć śmiercią, ale Bartuś miał diabła za skórą. Że niby trzynastolatek, a już złodziej. Do Gładysza dzwonią starsze panie i zapowiadają, że wyrzucą jego rodzinę z wioski, tak jak on wyrzucił księdza. Sąsiedzi rozpowiadają, że Bartek był młodym pijakiem, zupełnie jak jego dziadek kiedyś. Przekonują, że przeciwnicy księdza wykorzystali śmierć chłopca, by zniszczyć duchownego.

Anna Kałamucka jako jedyna interweniowała w sprawie zachowań księdza u dyrektora szkoły: - Ja jestem wierząca, na Kościół złego słowa nie powiem. Ale tu miarka się przebrała już dawno, tyle że jakoś wszystko przechodziło bokiem. Wszyscy wiedzieli, że jest agresywny i przyłożyć potrafi. Dyrektor też, niech teraz nie robi wielkich oczu. Dwa lata temu córka tak dostała od księdza z otwartej pod żebra, że z płaczem do domu przybiegła. Byłam w szkole, ksiądz się zobowiązał przy dyrektorze, że takie coś się nie powtórzy. Szkoda, szkoda, że aż takiej tragedii trzeba było...

Stanisław Gładysz to temat na osobną historię.

Gospodarz pełną gębą, wielki dom na ukończeniu, dwójka własnych dzieci i dwunastka adoptowanych, po tym, jak szwagier zabił jego siostrę. Wierzący, przez dwie kadencje zasiadał w radzie parafialnej. Z podwórka widzi kościół i plebanię. Właśnie klacz się oźrebiła. Szklanka z kawą parzy spracowane dłonie.

Przez kuchnię przebiegają tłumy dzieci: - No, trzeba było przeciąć to wcześniej, trzeba - przyznaje. - Ale to jest wioska, proszę zrozumieć, tutaj ksiądz traktowany jest jak półbóg. Wolno mu więcej niż zwykłemu człowiekowi. Mówi do starszych kobiet jak do koleżanek, a one myślą, że tak trzeba. Dyrektor się go boi. Społeczność jest mała, nic się nie ukryje. Myśmy wszystkie sprawy księdza znali, jego znajomości i romanse, bałaganiarstwo, że wyjeżdżał na całą noc i plebanię otwartą zostawiał, że pieniędzy nigdy nie mógł się doliczyć. Ale ksiądz to jest zawsze ksiądz. I tak mu uchodziło przez całe lata.

Gładysz zabrał swoje córki ze scholi, kiedy poskarżyły się, że ksiądz wkłada ręce tam, gdzie nie trzeba. Dekanatu wtedy nie zaalarmował.

Dziś jego córki opowiadają, że miały więcej odwagi, ale były i takie, które nie miały śmiałości powiedzieć cokolwiek rodzicom.

Żeby to nie była prawda

Siedzą w pięcioro w dużym pokoju chałupy. Rodzice Bartka, dwójka rodzeństwa, w kąciku babcia. Jeszcze jeden potomek w drodze. To już drugie dziecko pochowali - pierwsze umarło zaraz po porodzie.

Na reprezentacyjnym miejscu Bartek: oprawiony w ramki, łobuzersko uśmiechnięty chłopiec. Wokół poukładane zabawki, piłka, porcelanowe świnki, krasnal i syrenka. Powstał z tego ołtarzyk. Na ścianie pamiątka z Komunii, figurka Maryi z kredensu spogląda na obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej.

Minął miesiąc. Człowiek w takich sytuacjach musi czuć bezradność - czyta książki, uważa się za wrażliwego na cierpienie i niezwykle mądrego, a później jedzie oglądać tragedię, oczekując, że zobaczy rozdzieranie szat i płacz pod niebiosa. Tymczasem płacz ucichł i pierwsze łzy obeschły, żyją dalej w tym trudnym miejscu, gotują obiady i rąbią drzewo. Miesiąc, a rozmawiają spokojnie, dzieci zaczynają się uśmiechać. Może to warunek przetrwania w miejscach, gdzie los nie szczędzi uderzeń, może zakodowana w genach siła, która pozwala szybko strząsnąć z siebie rozpacz po niezawinionej stracie. Tylko oczy matki ciągle podpuchnięte.

Gorycz pozostała. I nie znika.

Matka: - Zrobił mi z syna złodzieja. Teraz już wiem, że chodził za nim przez dwa tygodnie i nakłaniał, żeby pieniądze zwrócił. Mówił: "Bartek, oddaj pieniądze, bo jak nie oddasz, to wiesz, co będzie". Myśmy o niczym nie wiedzieli, Bartek nie był z tych, co się skarżą. W tamten piątek ksiądz zadzwonił, to poszłam do niego. Powiedział, że syn pieniądze ukradł, ale nie potrafił nawet powiedzieć, ile tego było. Raz, że dwieście, raz, że pięćset, potem siedemset.

Prosili proboszcza, żeby nie odprawiał Mszy pogrzebowej, żeby przyjechał inny ksiądz. Odparł, że nie widzi powodu.

A potem przyszedł ze spowiedzi przyjaciel Bartka i powiedział swojej matce, że ksiądz uważa go za współodpowiedzialnego śmierci.

A potem matka Bartka przyjmowała komunię i ksiądz zapytał, czemu przyjmuje ciało Chrystusa, skoro u spowiedzi nie była, na co odpowiedziała, że spowiadała się gdzie indziej. Na co proboszcz się zdenerwował. "Czegożeś nie przyszła do mnie? Przecież bym cię nie zjadł" - miał powiedzieć. Bo, jak mówią w Hłudnie, ksiądz jest trochę surowy w języku.

A potem w dekanacie usłyszeli, że dziecko było niepoczytalne.

Część parafian odebrała księdzu klucze i zamknęła kościół. Dzieci w szkole krzyczały, że wywiozą proboszcza na taczkach.

W Boże Narodzenie w Hłudnie Mszę odprawiał inny ksiądz. Odczytał list od poprzednika, który złożył rezygnację. W liście ani słowa o tragedii. Kuria również milczała.

Rodzice pokazują zdjęcia z komunii Bartka. Ksiądz ma potężne, mocno sklepione czoło, spogląda surowo. Trzyma rękę na plecach chłopca. Pod niskim sufitem chałupy znowu wisi ta niewypowiedziana myśl, czy Bartek napisał te straszne słowa w chwili gniewu, czy rzeczywiście...

A z drugiej strony to przecież był twardy, wiejski chłopiec. Z byle powodu nie odebrałby sobie życia. Więc gdzie jest prawda?

Gładysz: - Nie rozstrzygam, nie ma dowodów. Nawet to, co mówią córki, nie musi być równoznaczne z tym, co Bartek napisał. Ale i bez molestowania za dużo złego się tu wydarzyło.

W Hłudnie czekają na wyniki dochodzenia. Teologów tu nie ma, trudno wytłumaczyć, że takie tragedie wiary osłabiać nie powinny. Jedni nie poszli do świątecznej spowiedzi, inni nie przyjmują komunii.

Matka jednego z ministrantów: - Ja już nawet wszystko zrozumiem. Że bił, że męczył te dzieciaki. Bartuś nie żyje, stało się. Ale jak się dowiem, że molestował, że dotykał, jeśli to się potwierdzi, to... Nie chcę, żeby to była prawda. Jak ja wtedy przed ołtarz pójdę? Gdzie siły znajdę?

Coś by się wydało

Kończy się rada pedagogiczna, nauczycielki wychodzą ze szkoły. Na widok obcego przyspieszają kroku, w końcu niemal biegiem znikają między domami. Ci, którzy chcą porozmawiać nieoficjalnie, przedstawiają skrajnie różne wersje.

Wersja pierwsza: nauczyciele wiedzieli, że ksiądz ma trudny charakter. Nie interweniowali, bo ksiądz to autorytet.

Wersja druga: nie działo się nic niepokojącego. Ksiądz trzymał dzieci krótko, ale na pewno nie był okrutny. Z oskarżeniami o pedofilię trzeba uważać - dzieci wyzywają od najgorszych, czasem nawet nie rozumiejąc znaczenia słów. Kto zaręczy, że te urywki z listu były czymś więcej niż inwektywą?

Jedna z nauczycielek Bartka: - Nic nie wskazywało na kłopoty tego chłopca. Nic! Jeszcze w czwartek rozmawialiśmy o wycieczce. A dlaczego żaden z kolegów nie widział na polskim, jak pisze ten list? Dzieciaki są ciekawskie, od razu by się wydało. Jakoś mi się to nie klei.

Gry w łapki

Były proboszcz wyjechał niedaleko, raptem 30 kilometrów na południe, do sąsiedniego dekanatu. Niedobra opinia przyszła szybciej, nim zdążył się rozpakować. Miejscowość jest mała, ale parafianie już pytają, czy będzie katechetą. Na razie nie wiadomo. Już poszła plotka, że uderzył ministranta.

Dochodzi godzina ósma, w nowej plebanii księdza wszystkie światła pogaszone, telefon milczy. Dom stoi blisko lasu, z południa wieje porywisty wiatr, świat wokół huczy, szumi i trzeszczy.

Przyjeżdża srebrnym mercedesem. Dobrze zbudowany mężczyzna w czapce nasuniętej głęboko na czoło. Trzeba mówić głośno, żeby przebić się przez zimowy huk. Na plebanię nie zaprasza, ale też nie ucieka. Stoi w ciemnościach, przygarbiony od chłodu.

Ksiądz jest przekonany, że wioskę diabeł opętał. Nie zdarzyło się przecież nic, o co można byłoby go oskarżyć. Owszem, dopominał się o pieniądze, 480 zł równe, ładna popielniczka i smycz na klucze do tego, na pewno Bartek zabrał, na pewno, ciągle jest o tym przekonany.

Ta dziewczynka, co skarży się, że proboszcz bił, kłamie. Było tak, że bawili się w szkole w lokomotywę, zarzuciło ją i upadła.

Ci, co się skarżą, że miażdżył ręce za karę, kłamią. Grali w łapki.

Te, co mówią, że wkładał rękę za koszulę i dalej, kłamią. Raz się zdarzyło, że klepnął którąś w plecy, mówiąc, żeby się przesunęła. Czy to jest molestowanie?

List jest sfałszowany, widzi to na pierwszy rzut oka. Bartuś by tak nie napisał, to nie jego styl pisma, grafolog na pewno potwierdzi.

Złożył już zawiadomienie na policji. Poda do sądu tego, co kopał w drzwi plebanii w nocy i żądał, żeby ksiądz wynosił się natychmiast.

Tak, zapytał kolegę Bartka, czy ten nie czuje się współwinny śmierci przyjaciela. I co w tym złego? To przecież łobuzy, niejedno mają na sumieniu, zna tych chłopców jak zły szeląg, od tylu lat.

Więc mówiąc najkrócej: ksiądz nie znajduje w sobie winy. Ani ułamka. Winna jest wioska. Winny jest diabeł, który pomieszał ludziom w głowach i sprowadził śmierć.

Dlatego ze spokojem czeka na wyniki dochodzenia.

Już po tym, jak się wyprowadził, miejscowi robili porządki na plebanii. Popielniczka się znalazła. Część pieniędzy również, pod fotelem.

Były proboszcz z Hłudna wie, dlaczego. Na pewno podrzucili, żeby go skompromitować. Na pewno.


ogłoszenie społeczne

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, reportażysta, pisarz, ekolog. Przez wiele lat w „Tygodniku Powszechnym”, obecnie redaktor naczelny krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej”. Laureat Nagrody im. Kapuścińskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]