Teściowa
W dzisiejszej Ewangelii chciałbym zwrócić uwagę na kilka szczegółów – może nie najistotniejszych, ale wartych zatrzymania.
„Zaraz po wyjściu z synagogi [Jezus] przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł i podniósł ją, ująwszy za rękę, a opuściła ją gorączka. I usługiwała im” (Mk 1, 29-31).
Oczywiście teściowa musiała się niepokoić nowym trybem życia zięcia – kiedy odszedł do Jana, a teraz zbierał się do pójścia z Jezusem… Uzdrowienie było pewnie także darem uspokojenia. Tego nie wiemy. Wiemy, że uzdrowiona usługiwała im.
Dopiero co była chora, a teraz musi im usługiwać. Powie ktoś: oto katolicki model roli kobiety – mężczyźni siedzą, a dopiero co chora kobieta im usługuje… Ale przecież może być i tak, że usługiwanie nie jest krzywdą, lecz źródłem radości, kiedy się kocha… Nie jest powiedziane, że ktoś jej kazał. Wstała z łóżka i zajęła się kolacją.
Wtedy tę posługę trzeba umieć przyjąć. Można przywyknąć, bo zawsze tak było. A można za każdym razem zauważyć, że jest ktoś, komu sprawia radość służenie. I czasem wystarczy tyle. Służenie tym, których się kocha, może być czasem dobrem czynionym źle. Można służyć, by sobie podporządkować. By tą służbą (miłością?) panować, szantażować (Tak się dla was poświęcam, a ty, Piotrze, chcesz iść z tym nauczycielem?).
Św. Paweł: „dla słabych stałem się jak słaby, aby pozyskać słabych”. Służąc, pozostać słabym – żeby ci, którym służę, poczuli się mocniejsi. „Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych”. Nie będąc św. Pawłem, należy postępować ostrożnie z tym staraniem się o bycie wszystkim dla wszystkich – wtedy można być nikim dla wszystkich, potrzebnym dla nikogo.
Służenie sobie nawzajem. Czasem ktoś nie umie inaczej powiedzieć o swojej miłości… Odpowiedź: zobaczyć, przyjąć, dziękować. Nieprzyjęcie jest odepchnięciem znaku miłości. Służenie, nie zabór… Kiedyś używano zwrotu: „czym mogę służyć?”. Dziś: „w czym mogę pomóc?”. Bo ten, który pomaga, jest mocniejszy od tego, który potrzebuje pomocy. Ale nie daj Boże uznać, że się służy komukolwiek.
I drugi szczegół: „Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: »Wszyscy Cię szukają«. Lecz On rzekł do nich: »Pójdźmy gdzie indziej…«”. Dla Szymona i towarzyszy to nie jest czas na modlitwę, bo… wszyscy Go szukają. Stracony czas. Tu czeka apostolski sukces, rozgłos…
My często nie tyle nie mamy czasu na modlitwę, co na modlitwę szkoda nam czasu. Bo właśnie mamy coś ważniejszego, pilniejszego. Bo sytuacja, która się już pewnie nie powtórzy… I pędzimy przed siebie aż do wypalenia.
I w końcu stajemy się jak Hiob, który „pędzi dni jak najemnik. Jak niewolnik, co wzdycha do cienia, jak robotnik, co czeka zapłaty”. Wypalony, w depresji myśli: „Położę się, mówiąc do siebie: Kiedyż zaświta i wstanę? Lecz noc wiecznością się staje (…). Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei”.
To o nas!
Nadzieja i sens – w modlitwie przed świtem. W usługiwaniu braciom z miłością… W byciu potrzebnym im, nie sobie.
5. niedziela zwykła, rok B, 2015, Stegny
Jak dziecko przed ojcem
Ten fragment Ewangelii Mateusza jest nazywany przez biblistów „tekstem janowym” ze względu na teologiczną głębię i znaczenie (Jan w Kościele Wschodnim zwany jest Janem Teologiem). Znaczenie tych słów Jezusa: „Nikt nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn” (Mt 11, 27) uważa się za odpowiedź na fundamentalne pytanie o samoświadomość Jezusa – czy rzeczywiście sam Jezus uważał się za Syna Bożego, czy jest to konstrukcja myślowa późniejsza, nadinterpretacja…
Dziś chcę jednak zatrzymać się na słowach dziękczynienia: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (w. 25; Biblia Gdańska z 1632 r.: niemowlętom).
W kontekście: dopiero co byli u Jezusa wysłańcy Jana Chrzciciela („czy Ty jesteś…?”). O Janie mówi jako o Eliaszu – największa pochwała jego wiary. Ubolewa nad niezdolnością do przyjęcia Jego nauki ze strony Korozain i Betsaidy… i wyraża wdzięczność Ojcu: „wysławiam Cię, Ojcze, że objawiłeś »te rzeczy« prostaczkom…”. Inaczej mówiąc: dajesz się poznać, zobaczyć prostaczkom, nie „mądrym i roztropnym”.
„Prostaczkom” – νηπιοις (nēpiois). Według Łukasza 10, 21: niemowlętom. Podobnie w Pierwszym Liście do Koryntian (3, 1): „A ja, bracia, nie mogłem powiedzieć wam jak duchowym, ale jak cielesnym, jak niemowlętom w Pomazańcu”. Sens: ja też, bracia, nie byłem w stanie mówić do was jako do duchowych, lecz jako do cielesnych, jako do niemowląt w Chrystusie.
Biblia Jerozolimska: „aux tout-petits”. Włoska: „hai rivelate ai piccoli”. Biblia Poznańska: „objawiłeś ludziom prostym”. Fundacja Biblos: „a odsłoniłeś małym”.
Nie jest to pochwała głupoty – raczej należy je rozumieć w kontekście: „zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18, 3). Może także rozmowy z Nikodemem: „…Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego”. Nikodem spytał Go: „Jakżeż może się człowiek narodzić będąc starcem?”. Jezus odpowiedział: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem” (J 3, 3-6).
Od chwili urodzenia „obrastamy” w wiedzę, doświadczenie, dorobek: naukowe i urzędowe tytuły, prestiż, majątek (większy czy skromniejszy), w dobre opinie o nas, szacunek. Tak bardzo, że to się staje elementem naszej tożsamości: „jestem kimś!”. Doświadczenie utraty – czasem będzie to przejście na emeryturę, czasem utrata ważnego stanowiska i związanej z nim ważności lub inne zejścia ze sceny, czasem mały wylew czy po prostu wypadnięcie z wyścigu, z konkurencji – okazuje się śmiertelnie bolesne dla tego, kto się utożsamił z tymi nawarstwiającymi się… maskami.
Jak dziecko, niemowlę. Dziecko bierze. Dorosły wie: trzeba kupić, więc zarobić, albo pożyczyć i potem spłacić… Dziecko mówi „daj”. Boga traktujemy handlowo: dziewięć pierwszych piątków, za to dobra śmierć… Słowo dominujące w naszej religijności: „zasługa”.
Dziecko jest słabe, zależne. Zdane na dorosłych. Dziecko jest synem, nie niewolnikiem. Ufa. Synostwo. Spełniam to, czego oczekuje ojciec, by go ucieszyć. Polecenie ojca to co innego niż polecenie pana. Dlatego dzieciom nie płacimy za wyniesienie śmieci…
Można być profesorem, ministrem, arcybiskupem – wobec Boga, w samym swoim wnętrzu, trzeba być dzieckiem. Tak samo spowiada się papież i tak samo spowiada się sprzątaczka z Watykanu (żart o spowiedzi pani hrabiny przed prostym proboszczem: „Czym pani hrabina raczyła obrazić Boga?”). Zdjąć maski, kostiumy, wewnętrznie się zdystansować od prestiżu, tytułu, dorobku, pozycji w rodzinie, społeczeństwie. Odłożyć cały sztafaż, który ma nas chronić, stwarzać „wizerunek”.
Nie chodzi o infantylne udawanie dziecka, przymilne seplenienie – przychodzimy z bagażem przeszłych win i zasług. Co z dawnych grzechów trwa? Czyn należy do przeszłości, grzech został rozgrzeszony… ale skutki w kimś skrzywdzonym, zgorszonym, zranionym trwają; w nas blizny pozostały, pamięć tego, co się stało i czego już cofnąć się nie da. Zasług – zwykle dość wątpliwych, bo Bóg widzi te nasze motywacje: aktów altruizmu wynikających jakże często z naszej miłości własnej…
Z tym krzyżem przeżytej przeszłości stajemy jak dziecko przed ojcem, do którego ma bezgraniczne zaufanie, że On znajdzie wyjście także tam, gdzie ja jestem bezradny. Nie będzie zachwycony, ale jakoś mnie z tego wyciągnie, jakoś naprawi… bo mnie kocha.
Życie nie trwa bez końca (przynajmniej to na ziemi). Prawda o sobie – najpierw wobec samego siebie (siebie też człowiek potrafi oszukiwać) i wobec Boga. Wtedy, kiedy będziemy νηπιοις (nēpiois), niemowlętami (w tym sensie „prostaczkami”), Bóg nam objawi siebie, a kiedy objawi – my będziemy w stanie przyjąć Jego objawienie.
14. niedziela zwykła, rok A, 2014, Stegny
Bogu czy Mamonie?
Czego uczy i czego wymaga Jezus? Tego, by nie służyć Bogu i Mamonie. Nie da się tego pogodzić – to jest albo, albo. Służyć znaczy zbytnio się troszczyć o sprawy materialne, o bezpieczeństwo… nie wierzyć naprawdę, że „przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie”.
„Zbytnio” – ilustracja tej nauki: „ptaki w powietrzu, które nie sieją, ani nie żną i nie zbierają do spichrzów” – wskazuje, że nie jest to negacja potrzeby trudu o byt materialny. Fantazyjne, nieustanne loty nie są niczym innym jak nieustającym zdobywaniem pożywienia. Bóg nie przynosi ptakom niebieskim pożywienia do gniazda. Jezus ma na myśli życiowy priorytet człowieka. I zapewnia: „Starajcie się naprzód o Królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane” (Mt 6, 24-34).
Czy można w to poważnie uwierzyć? Kiedy myślimy o sytuacjach krańcowych, jak choćby o więźniach obozów koncentracyjnych, z Benedyktem XVI przemawiającym (28 maja 2006) w Oświęcimiu nasze serce „w przerażającej ciszy woła do Boga: Panie, dlaczego milczałeś? Dlaczego na to przyzwoliłeś?”.
Wielki papież i wielki teolog odpowiada: „Nie potrafimy przeniknąć tajemnicy Boga – widzimy tylko jej fragmenty i błądzimy, gdy chcemy stać się sędziami Boga i historii. Osądzając Boga, nie uratujemy człowieka… przeciwnie, przyczynimy się do jego zniszczenia. Ostatecznie powinniśmy wytrwale, pokornie, ale i natarczywie wołać do Boga: Przebudź się! Nie zapominaj o człowieku, którego stworzyłeś! To nasze wołanie do Boga winno jednocześnie przenikać i przemieniać nasze serca, aby obudzić ukrytą w nas obecność Boga – by Jego moc, którą złożył w naszych sercach, nie została stłumiona i zagrzebana w nas przez muł egoizmu, strachu przed ludźmi, obojętności i oportunizmu”.
„Ukryta w nas obecność Boga, Jego moc…”. W jakiej mierze Bóg bezpośrednio ingeruje w sprawy ludzi, w jakiej mierze odpowiedzialność za nie pozostawił nam, ludziom, w których drzemie ukryta obecność Boga, Jego moc…?
Za punkt wyjścia Orędzia na Wielki Post papież Franciszek wybrał słowa św. Pawła, który zwraca się do chrześcijan Koryntu i zachęca ich, aby szczodrze dopomogli wiernym w Jerozolimie, którzy są w potrzebie – w imię Chrystusa, który „stał się ubogim, aby was…”.
Orędzie mówi o naszej postawie wobec nędzy materialnej, moralnej i duchowej wokół nas: będzie to „świadectwo o orędziu Ewangelii, którego istotą jest miłość Ojca miłosiernego, gotowego przygarnąć w Chrystusie każdego człowieka”. „Wielki Post to czas ogołocenia: dobrze nam zrobi, jeśli się zastanowimy, czego możemy się pozbawić, aby pomóc innym i wzbogacić ich naszym ubóstwem. Nie zapominajmy, że prawdziwe ubóstwo boli: ogołocenie byłoby bezwartościowe, gdyby nie miało wymiaru pokutnego. Budzi moją nieufność jałmużna, która nie boli”.
Dzisiejszą Ewangelię czytamy z pewną nieśmiałością. Bo dziś Kościołowi, księżom, bardzo często się zarzuca, że służymy Mamonie, że zbytnio się troszczymy o to, co mamy jeść, co mamy pić, a nie o Królestwo Boże – i niespecjalnie ufamy w troskę o nas Ojca Niebieskiego.
Można jak św. Paweł odpowiedzieć: „mnie zaś najmniej zależy na tym, czy będę osądzony przez was, czy przez jakikolwiek trybunał ludzki… Pan jest moim sędzią. Przeto nie sądźcie przedwcześnie…” (1 Kor 4, 3-5). Można, pewnie czasem trzeba… ale czy zawsze?
Na pewno Kościół ma się starać „naprzód o królestwo Boże i Jego sprawiedliwość” – ma ufać, że wszystko inne będzie mu przydane. Wypróbował to i tego doświadcza w czasach prześladowań.
Z drugiej strony: czy w normalnych czasach staranie o Królestwo wyklucza staranie o jakąkolwiek bazę materialną? I pokusa populistycznego patrzenia: czy biskup ma nosić połataną sutannę (Wojtyła nie nosił!) i jeździć zdezelowanym starym samochodem? Może… Był taki, który na wizytacje jeździł PKS-em.
Dwa pytania. Pierwsze: czy to „wszystko, co zostało mu przydane”, wciąż służy Królestwu Boga i Jego sprawiedliwości? Drugie: komu naprawdę ufa – Bogu czy Mamonie?
Te pytania do ludzi Kościoła to także pytania do każdego z nas, wierzących w Chrystusa: Komu służę? I komu naprawdę ufam?
8. niedziela zwykła, rok A, 2014, Stegny
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.









