Kto nie chciałby końca tej wojny? Od siedmiu miesięcy nie ja jedna trwam w osłupieniu i beznadziei. „To jest inny kraj, inne społeczeństwo, nie to, które znałaś” – powtarza w każdej rozmowie osiemdziesięcioletnia przyjaciółka z Jerozolimy, z poczuciem beznadziei, braku liderów i braku rozwiązań. Inna, wychodząc z kolacji, ma łzy w oczach. Odwiedzają synów studiujących w Europie, odruchowo przy pożegnaniu zapraszają do siebie, by po chwili zaproszenie cofnąć: „Jednak nie teraz, ale nie wiem, kiedy będziecie mogli przyjechać”. „Kiedyś jeszcze będzie normalnie” – mówię pocieszająco. „Nie wiem” – odpowiada ona. Rok temu, gdy tam byłam w czasie szczytu ulicznych protestów, nawet nie zdołała się ze mną spotkać, zbyt zajęta antyrządowymi demonstracjami. Dziś traci nadzieję.
Opowiadają o nastrojach, egzystencjalnych lękach Izraelczyków i Palestyńczyków, które sprawiają, że nie widać szansy i końca. Mówią, że pierwszy raz zastanawiają się, czy to nie koniec i czy nie trzeba będzie szukać w świecie innego miejsca. On żachnął się, że nigdzie nie jedzie, woli zginąć wraz ze swoim krajem. Syn spojrzał zdziwiony, ona też nieco. „Nie chcę być gdzieś wśród obcych w Europie, gdzie nikt mnie nie obroni” – mówi syn Ocalałych z Zagłady, a przez niego przemawia ich doświadczenie. Jeszcze dwa lata temu przy świątecznym stole rozmawiałam po polsku z jego matką. Zarówno ona, jak i ojciec przywieźli najgorsze wspomnienia i z czasu Zagłady, i z czasu po wyzwoleniu. Opowiadała, jak sąsiadki z klatki w Tel Awiwie uczyły ją prowadzenia domu i zajmowania się dziećmi, bo nie miała nikogo, a młodość spędziła uciekając i ukrywając się. Nie mieli po co zostawać w Europie. Ot, tacy z nich byli imperialni kolonizatorzy.
Nie ujmuje to dramatowi Palestyńczyków, po prostu trudne, ludzkie losy splatają się w niemożliwym gordyjskim węźle w tej części świata. W dodatku moje pokolenie, które świadome globalnej polityki zaczynało być w czasie drugiej intifady, kojarzy tę część świata jako problem. Wieczny problem bez szans na zmianę. Z pogłębiającą się okupacją, konfliktem, starzejącym się Abbasem i niemal ciągłymi rządami izraelskiej prawicy. Ominął nas entuzjazm porozumień z Oslo i nadzieja, że to się jakoś poukłada. Zostało poczucie fundamentalnego braku rozwiązań i braku woli. I ta przyczajona katastrofa teraz się ziściła.
Tylko czemu w reakcji na sytuację w Gazie uczniowie dogadują uczącym o Zagładzie nauczycielom: „Widzisz, co robią ci Żydzi”?. I czemu są miejsca w Polsce, w których pomniki ofiar i pamiątkowe tablice zniszczono lub oklejono propalestyńskimi hasłami? Czemu to, co nigdy nie było łatwe – pamięć o Żydach w Polsce – znów staje się trudniejsze?
Z wycofania, w którym obserwuję, co się dzieje, wyrwały mnie blokady kampusów i postulaty studentów kilku polskich uniwersytetów. Po siedmiu miesiącach wojny, negocjacjach Waszyngtonu, rezolucjach ONZ i interwencjach międzynarodowych trybunałów świat pewnie nie czeka, by Uniwersytet Warszawski czy Wrocławski wydały oświadczenia. Ostatnio Harvard po jesiennych oświadczeniach, które nie zadowoliły nikogo, opublikował raport z wnioskiem, że najlepiej będzie w przyszłości wypowiadać się publicznie na tematy dotyczące samego Harvardu, a nie spraw życia publicznego i globalnej polityki. Nie każda instytucja musi mieć zdanie na tematy, którymi się nie zajmuje.
Poczułam jednak złość, słysząc, że demonstrujący studenci żądają też zerwania współpracy z uczelniami izraelskimi. Bo pamiętam, jak dziergane były te współprace. Na oparach pieniędzy czy na krótkich rządowych stypendiach przecierano szlaki, wykuwano kadry, zdobywano kontakty i budowano zręby wspólnych projektów. Nie komplikowała tego tylko logistyka i koszty, ale też przepaści stworzone przez dzieje rodzin i wzajemne uprzedzenia. Współprace uniwersyteckie to jest praca polsko-izraelskiego pojednania, którą na sobie wykonali akademicy. Wierzę, że uniwersytety sięgną w tej sytuacji po swoje najważniejsze kompetencje: prowadzenie badań i uczenie krytycznego myślenia. Niezmiennie, również z izraelskimi partnerami.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















