Reklama

Czekając na drugą falę

Czekając na drugą falę

15.06.2020
Czyta się kilka minut
PROF. STANISŁAWA GOLINOWSKA, badaczka systemów zdrowia publicznego: Jeśli chcemy, żeby Unia przygotowała się na kolejną pandemię, musimy jej na to po prostu pozwolić.
NORMA / REPORTER
M

MAREK RABIJ: Można było lepiej się przygotować?

STANISŁAWA GOLINOWSKA: Nie ma mowy o zaskoczeniu. Wiele wskazuje, że Chiny na początku epidemii w Wuhan nie przekazały na czas informacji o skali zagrożenia. Tyle że już wcześniej dostawaliśmy sygnały o znacznym wzroście ryzyka pandemii koronawirusa. Mieliśmy zapowiedź tego, co nas może czekać, w postaci wcześniejszych epidemii SARS i MERS. Oraz ostrzeżenia od ekonomistów, klimatologów i ekologów, że mechanizmy globalizacyjne wystawiają nas na nowe, a przynamniej niespotykane w Europie od dziesięcioleci ryzyka epidemiczne.

A może ryzyko nie wydawało się tak duże, by ograniczone fundusze na zdrowie publiczne ładować w działania przygotowujące do zagrożenia, które nie musi nastąpić?

Obawiam się, że bliższe prawdy będzie prostsze wyjaśnienie: nikt nie słuchał specjalistów. Ale pierwszy etap pandemii pokazał nam coś innego, znacznie groźniejszego: pewne modele opieki zdrowotnej radzą sobie z zagrożeniami epidemicznymi gorzej od innych. W Europie mniej więcej od lat 70. XX w. w ochronie zdrowia kładzie się nacisk na decentralizację, niestety często połączoną z brakiem koordynacji. W teorii chodzi o to, żeby opieka zdrowotna była jak najbliżej pacjenta. W praktyce – np. we Włoszech i Hiszpanii – poszczególne regiony prowadzą politykę zdrowotną w sposób niemal autonomiczny.

Chodzi o narzucenie samorządom ram, w obrębie których będą mogły dostosowywać centralne założenia do lokalnych potrzeb, co jest potrzebne choćby po to, by w razie konieczności sprawnie wprowadzić znów ograniczenia dla dużej populacji. Władze Chin jedną decyzją mogły zamknąć w domach 60 mln ludzi. Żeby to samo przeprowadzić we ­Włoszech, trzeba było szeregu działań władz lokalnych. A zwłoka może mieć fatalne konsekwencje.

Czy problemem jest tylko decentralizacja?

Również brak koordynacji działań. Francja zbudowała system opieki zdrowotnej scentralizowany, ale zarazem zorientowany na efektywność, zwłaszcza kosztową. Jaki tego skutek? Szpitale i przychodnie są przyzwyczajone do rywalizacji o pieniądze, a nie do współpracy. Przeciwieństwem modelu francuskiego są Niemcy, gdzie landy prowadzą samodzielnie politykę zdrowotną, ale ich przedstawiciele spotykają się i ustalają modele postępowania na wypadek rozmaitych scenariuszy.

W Polsce mamy regionalne fundusze zdrowia nadzorowane centralnie, przez ministerstwo.

Ale proszę też pamiętać, że podobnie jak w innych krajach mamy dwa filary systemu zdrowia publicznego. Obok szpitali i przychodni, czyli części odpowiedzialnej za leczenie, istnieje również filar odpowiedzialny za profilaktykę i promocję zdrowia.

Oba te filary są de facto na państwowym garnuszku i oba cierpią na niedofinansowanie, nierzadko konkurując ze sobą o pieniądze. Ten drugi filar, jako na co dzień niewidoczny dla obywateli, od lat cierpi na znacznie głębszy deficyt. Mamy na przykład inspekcję sanitarną, która jest tylko cieniem samej siebie i w obliczu zagrożenia pandemicznego okazuje się praktycznie niewydolna.

Osoby ukarane przez sanepid za złamanie ograniczeń epidemicznych nie podzielą raczej Pani obserwacji.

Ale mnie chodzi o funkcjonowanie tej służby i innych w ich ustawowym wymiarze. Proszę spojrzeć: w trakcie lockdownu nagle spadła w Polsce śmiertelność, bo mieliśmy mniej wypadków samochodowych. Poprawiła się także jakość powietrza w miastach. To pokazuje, że służby, których zadaniem na co dzień jest profilaktyka zdrowotna i które mają fundamentalne znaczenie także dla profilaktyki zagrożeń epidemicznych, właściwie w Polsce nie funkcjonują.

Zmierza Pani do konkluzji, że sytuacje skrajne wymagają bardziej autorytarnych metod zarządzania zdrowiem publicznym? Korea Południowa poradziła sobie z koronawirusem sprawnie, ale nie jest wzorem demokratycznego państwa prawa.

Ani autorytaryzm nie jest sam w sobie gwarancją skuteczności, ani ustrój demokratyczny nie jest synonimem braku efektywności. W demokratycznym państwie o wysokiej kulturze prawnej, gdzie obywatele rozumieją, że przepisy tworzy się dla ich dobra, walka z epidemią może być nawet łatwiejsza.

Podam przykład. Wiadomo, że ­COVID-19 jest szczególnie ­niebezpieczny w miejscach zbiorowego przebywania, takich jak domy spokojnej starości. Przeprowadziliśmy niedawno badanie w takich placówkach w Polsce, z którego wynika, że najtrudniejsza sytuacja epidemiczna panowała w ośrodkach prywatnych, gdzie właściciele po prostu lekceważyli przepisy o liczbie pensjonariuszy albo wręcz zasady higieny, a państwo zaniedbało kontrole.

Czym innym jest rezygnacja z demokracji na rzecz bezpieczeństwa epidemicznego, a czym innym przyznanie państwu uprawnień kontrolnych związanych z realizacją tych jego obowiązków, które wchodzą w zakres polityki prozdrowotnej.

Jak się przygotować na drugą falę pandemii?

Musimy dostosować procedury na szczeblach krajowych. Koledzy z Włoch nie tylko narzekają. Pracują też nad nowymi wspólnymi regulacjami dla medycyny pracy, które pomogą przeciwdziałać powstawaniu nowych ognisk zachorowań po otwarciu gospodarki. I to jest coś, co zostanie już na stałe. Teraz podobny wysiłek muszą podjąć inne państwa.

Nie Bruksela?

W trakcie lockdownu z ust najważniejszych polskich polityków popłynęły zarzuty, że w walce z pandemią Unia zostawiła kraje członkowskie samym sobie. Przypomnijmy więc, że polityka zdrowotna pozostaje wciąż domeną krajów członkowskich, które dotychczas nie chciały, żeby Bruksela się w nią wtrącała. Unia nie ma tu kompetencji, a jeśli dotąd udawało się jej zmienić sytuację w poszczególnych krajach, to jedynie pośrednio, na przykład za pomocą polityki spójności.

Może czas powiedzieć, że to błąd i że nie wykorzystujemy w ten sposób efektu unijnej synergii?

Być może. To już decyzja polityczna. Jeśli jednak chcemy, żeby Unia przygotowała się na kolejną pandemię, musimy jej na to po prostu pozwolić. Narzekanie, że nic nie robi, to populizm. Zrobi tyle, na ile jej wszyscy pozwolimy. ©℗

PROF. STANISŁAWA GOLINOWSKA jest ­ekonomistką, badaczką polityki społecznej i systemów opieki zdrowotnej. W latach 1991-97 szefowała Instytutowi Pracy i Spraw Socjalnych. Od 2000 r. ­związana jest z ­Instytutem Zdrowia Publicznego ­Collegium Medicum UJ.


Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami...

Dodaj komentarz

Uwaga! Przypominamy o ciszy wyborczej. Trwa ona od północy z 10 na 11 lipca do momentu zakończenia głosowania w wyborach prezydenckich 12 lipca. W tym czasie nie wolno prowadzić agitacji wyborczej, również w internecie. Za złamanie zakazu agitacji grozi kara grzywny.

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]