Reklama

Coelho ci wszystko wybaczy

Coelho ci wszystko wybaczy

22.08.2017
Czyta się kilka minut
Dla jednych jest niczym antydepresant wydawany bez recepty, dla innych to piewca terapeutycznego bełkotu. Autor „Alchemika” kończy właśnie 70 lat.
TELBA / OH / SIPA / EAST NEWS
L

Licznie krążące w polskiej – i nie tylko – logosferze recenzje książek Paula Coelha często zaczynają się od samousprawiedliwienia. Recenzenci sięgają po te powieści niby mimowolnie, z kronikarskiego obowiązku, żeby być bliżej czytającej gawiedzi albo dlatego, że dostali taki prezent od cioci pod choinkę. Słowem, wstydzą się, że ulegli globalnej guilty pleasure, której ambasadorem jest autor „Alchemika”. Zaobserwowałam na sobie podobne zjawisko, przemykając z pewną nieśmiałością z jego kilkunastoma powieściami, przykrytymi dla niepoznaki nudnawą rozprawą o kryzysie demokracji, przez korytarze biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego, która notabene posiada zacną kolekcję Brazylijczyka – zaczytanych wydań pierwszych, klubowych i kolekcjonerskich.

„Piszę tak, jak czuję”

Powiedzieć, że krytycy literaccy go nie kochają, to jak twierdzić, że ksiądz Oko nie jest entuzjastą „Harry’ego Pottera”. „Brazylijczyk Paulo Coelho (aczkolwiek mieni się katolikiem i wozi ze sobą butelkę wody z Lourdes, pijąc co dzień parę jej kropli) to nade wszystko apostoł osobistej liturgii, wyjątkowo dochodowej” – kąsa Raphaëlle Rérolle w „Le Monde” w okresie francuskiej hossy pisarza. „Tylko niebiosa wiedzą, dlaczego Coelho odniósł taki sukces, i są temu winne” – drwi Oliver Jungen we „Frankfurter ­Allgemeine Zeitung”. „Nabrałem do brazylijskiego szamana swoistego szacunku, wzmocnionego prawdziwą zazdrością – pisać bezwstydne brednie i zarabiać na tym grube miliony to wielka sztuka” – kpi w „Gazecie Wyborczej” Krzysztof Varga po przeczytaniu, z pobudek antropologicznych, trzech książek Coelha. W prestiżowych periodykach trudno znaleźć pisane na serio omówienia jego powieści, jakby krytycy nie chcieli się splamić nawet przywoływaniem tego nazwiska. Coelho nie pozostaje im dłużny. „Krytycy nie czytają moich książek. Jestem pewien, że tego nie robią. Gdyby czytali, nie mogliby pisać takich głupot – mówi w rozmowie z Joanną Podolską. – Ja nie potrzebuję nikomu nic udowadniać. Piszę tak, jak czuję. Nie oszukuję czytelnika i on to wie”.

Spróbujmy więc potraktować jubilata na poważnie, jako fakt społeczny – i to tzw. „fakt autentyczny” w czasach sztucznie naciąganych karier, spadających po jednym sezonie gwiazd i inwazji popkulturowych replikantów wytwarzanych dzięki algorytmom i astroturfingowi. Łatwo się zżymać na przegrzaną pustynnym słońcem metaforykę Coelha i płytko kopaną studnię sensu, ale czyż wielomilionowy czytający suweren może się tak okrutnie mylić?

Na całym świecie sprzedano więcej egzemplarzy książek Brazylijczyka niż wynosi liczba mieszkańców Brazylii, choć w ojczyźnie długo aspirował do statusu poczytnego autora. Szybciej został odkryty w Hiszpanii, we Włoszech i Francji (z pomocą rzutkich wydawców), przyzwoicie sprzedaje się w obu Amerykach, w Szwajcarii, Austrii i w Niemczech. Nie podbił Skandynawii. Szczególny opór stawili mu Duńczycy, lecz oni mają własny eksportowy patent na szczęście, czyli hygge. Swego czasu uwielbiała go Madonna, Julia Roberts i Ronaldo (ten brazylijski).

Bombą z opóźnionym zapłonem okazał się w Polsce. Kiedy Basia Stępień sięgnęła po „Alchemika”, nie miała doświadczenia jako wydawca. Powieściowy zbieg okoliczności sprawił, że w Paryżu poznała autora, po kilkunastu godzinach otrzymała od niego prawa do wydania książki w Polsce (ubiegając Zysk i S-kę) i zachętę, by ją sama przetłumaczyła i opublikowała. Tak wyrosło wydawnictwo Drzewo Babel.

– Kiedy w 1995 r. wydaliśmy „Alchemika”, nie znałam się na promocji książek i nie miałam na nią środków – wspomina Stępień. – W ciągu niespełna trzech lat sprzedało się ok. 6 tys. egzemplarzy. I to pierwsi czytelnicy wywołali falę, „Alchemik” stawał się prezentem ślubnym albo podarunkiem dla najbliższych. Sama rozdałam pewnie z tysiąc egzemplarzy, czasem nieznajomym, którzy pomagali mi z moim nieodpalającym zimą mini morrisem.

W Polsce rozszedł się blisko milion egzemplarzy „Alchemika”, a Drzewo Babel, wydawca większości polskich przekładów Coelha, szacuje, że sprzedało ponad 4 mln książek sygnowanych jego nazwiskiem.

Jak napisać Własną Legendę?

Coelho lubi podkreślać, że jako pisarz narodził się późno. Jego oficjalnym debiutem jest „Pielgrzym” (1987, wyd. pol. 2003), nie licząc opublikowanych własnym sumptem w 1982 r. „Archiwów piekieł” oraz „Praktycznego podręcznika wampiryzmu” z 1986 r. „Pielgrzym” to produkt 2 w 1, a właściwie 3 w 1 – jak szampon z odżywką, w ładnym opakowaniu z kuponem konkursowym, dającym wszystkim bez wyjątku nadzieję na wygraną. To opowieść o pątniczym oczyszczeniu, którego doznaje typowy człowiek naszych czasów podczas wędrówki Drogą Świętego Jakuba do Santiago de Compostela. Pielgrzym ma przewodnika, kawalera tajemniczego Zakonu RAM (rzekomo założonego w 1492 r. przez heretycki odłam katolicyzmu), który niczym trener osobisty uczy praktycznych ćwiczeń duchowych. Odżywiają i psyche, i somę, a co najważniejsze, każdy może je powtórzyć bez pielgrzymowania – czy to podczas plażingu na Copacabanie, czy w warunkach bałtyckiego parawaningu, czy to leżąc na ciasnym, ale własnym balkonie. Jak bowiem przekonuje przewodnik, „nie trzeba wspinać się na szczyt góry tylko po to, żeby się dowiedzieć, czy jest wysoka”.

Coelho składa obietnicę, że każdy może spotkać swojego anioła i pokonać demona (tu przybiera on postać kudłatego psa), a w bonusie daje carte blanche co do wyboru metody. Kolejne powieści eksploatują ten sam przepis: żarliwe modlitwy do chrześcijańskiego Boga mieszają się z rytuałami przy świętym dębie, wiarą w reinkarnację i w świetlisty pierścień przenoszący do poprzednich wcieleń oraz nauką magii u mistrzów ni to pogańskiej, ni to heretyckiej Tradycji Słońca i Księżyca. Nic się ze sobą nie kłóci.

„Alchemik” ukazuje się w 1988 r., a siedem lat później w Polsce. Santiago, ubogi andaluzyjski pasterz, rusza na poszukiwanie skarbu i Własnej Legendy. Za drogowskaz służą mu wszechobecne znaki i rady przygodnych filozofów, rzucających złotymi myślami z precyzją godną polskich młociarzy i kulomiotów. Oto skromna próbka: „Rzeczy proste są zawsze najbardziej niezwykłe i tylko mędrcy potrafią je pojąć”; „Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu”; „Im bardziej zbliżamy się do naszych marzeń, tym bardziej Własna Legenda staje się jedyną prawdziwą racją bytu”; „Tak jak pustynia tętni życiem, tak jak niebo jest pełne gwiazd, tak wojownicy walczą, bo jest to nieodłącznie wpisane w człowieczą dolę”. Niektóre skrzydlate maksymy brzmią dziś złowrogo, bo niezamierzenie wpisują się w klimat ksobności i naszo-chato-skrajności, np. „Przemierzaj świat, aż zrozumiesz, że nasz zamek jest najważniejszy ze wszystkich, a nasze kobiety najpiękniejsze”.

„Popularność »Alchemika« świadczy niewątpliwie o tym, że jest to przypowieść poszukiwana przez poszukujących. Oznacza to, że musi być związana z przekazem mitu uniwersalnego, że czerpie z archetypów zbiorowej podświadomości i dotyczy odwiecznej ludzkiej potrzeby odkrywania tajemnic istnienia” – twierdzi psycho­terapeuta Wojciech Eichelberger w książce „Alchemia »Alchemika«”. Być może ma rację, ale w przypadku Polski i niemal całej Europy Wschodniej, gdzie Coelho przyjął się świetnie, nie można zapominać o glebie w naszym domowym ogródku.

Pod koniec lat 90., po dziesięcioleciu zdominowanym przez nadrabianie zaległości konsumpcyjnych, przychodzi czas na „duchologię” polską w sensie ścisłym. Odtrutką na racjonalizm wolnorynkowej rzeczywistości staje się ezoteryzm zagrodowo-miejski. Kościoły zaczynają co prawda pustoszeć, ale wiązanie czerwonych wstążeczek na wózkach w większości ochrzczonych dzieci, żeby ktoś nie rzucił złego uroku, ma się bardzo dobrze. A w księgarniach królują, obok Coelha, Anthony de Mello, William Wharton i Jonathan Carroll – czterej jeźdźcy nadziei.

Jednocześnie „Alchemik”, mimo orientalnych dekoracji i dyskontowania powidoków boomu na literaturę latynoamerykańską, jest do szpiku zachodnim dzieckiem neoliberalnej psychologii. Chodzi o to, żeby wziąć życie w swoje ręce, działać tu i teraz, nie ­mazgaić się. Samorealizacja staje się celem, który ma być osiągany poprzez intymny wgląd w siebie. A jak zaglądać, żeby cokolwiek dojrzeć? Trzeba „sprzedać owce”, czyli odrzucić życiowe klisze, i odnaleźć Własną Legendę („indywidualną, niepowtarzalną drogę duchowej podróży”, jak tłumaczy Eichelberger).

Łatwo napisać, gorzej wdrożyć, lecz w przeciwieństwie do poradników z serii „jak żyć” powieści Coelha nie rozliczają czytelników z ich codzienności, co najwyżej testują wytrzymałość na magiczne myślenie. A ta jest wysoka tak wśród Polek, jak i Polaków. Niesłusznie bowiem za sztampowego odbiorcę tej literatury uchodzą rozmodlone matrony i pryszczate podlotki. – Czytelnictwo w Polsce opiera się na kobietach, ale na spotkania z Paulem ­Coelho, te u nas i te, w których uczestniczyłam np. we Francji i w Estonii, przychodzi też wielu mężczyzn – mówi Basia Stępień. – Wiele razy słyszałam od czytelników, że „Alchemik” zmienił ich życie. Ta powieść musiała dotknąć ich czułych strun.

Problemy pierwszego świata

Sekret tkwi w tym, że bohaterowie Coelha to święci grzesznicy, którym noga powija się po to, żeby wyszli na prostą. Pilar z „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam” (1994, wyd. pol. 1997) kocha się w niedoszłym duchownym, postępowym propagatorze tezy o tym, że Bóg jest kobietą. W pięknych okolicznościach hiszpańskiej i francuskiej przyrody Pilar i jej ukochany odkrywają, że „miłość jest jak tama. Jeśli pozwolisz, aby przez szczelinę sączyła się strużka wody, to w końcu rozsadza ona mury i nadchodzi taka chwila, w której nie zdołasz opanować żywiołu”. Konsumują cieleśnie związek dusz, co trochę kłóci się z ich kompasem moralnym, ale z pomocą przychodzi transcendencja. „Słyszałam głos Ducha Świętego, który mnie przekonał, że nie popełniam grzechu” – tłumaczy Pilar.

Z kolei Eliasz w „Piątej Górze” (1996, wyd. pol. 1998) nie dość, że boi się śmierci i oszukuje swoich oprawców, to jeszcze zakochuje się w zwykłej śmiertelniczce. W mniej niewinnych „Jedenastu minutach” (2003, wyd. pol. 2004) prostytutka Maria odkrywa przy okazji zadań dla klientów specjalnych własne ukryte pragnienia. O kobiecym spełnieniu w seksie sadomasochistycznym Coelho pisze więc, zanim to stanie się modne. Nie wychodzi jednak poza wyznaczony przez „Pretty Woman” schemat baśni dla dorosłych. Maria trafia do Genewy (gdzie zresztą mieszka dziś Coelho), alfons jej nie oszukuje, klienci suto płacą i nie są dewiantami, a doświadczenie prostytucji budzi w Brazylijce wenę pisarską...

Pisanie o pisaniu jest konikiem Coelha, który kokietuje czytelników, że papierowe historie wydarzyły się naprawdę, daje wskazówki, jak to sprawdzić, albo niczym Hitchcock wychyla się zza zmyślnej fabuły. Tytułowa bohaterka powieści „Weronika postanawia umrzeć” (1998, wyd. pol. 2000) czas oczekiwania na utratę świadomości po przedawkowaniu środków nasennych „umila” sobie lekturą o znanym pisarzu Paulu Coelho. W „Zdradzie” (2014) genewska dziennikarka rozlicza swoje idealne życie i przeżywa, mając 31 lat, kryzys wieku średniego pod wpływem wywiadu, który przeprowadziła ze sławnym pisarzem (zgadnijcie z kim). „Alef” (2010, wyd. pol. 2011) to puszczanie oka do wielbicieli Borgesa i studium autocelebracji ubóstwianego przez czytelników, a zwłaszcza młode czytelniczki mężczyzny.

„Piszę, ponieważ chcę być kochany” – przyznaje w „Zahirze” (2005) fikcyjny pisarz, podobnie jak Coelho bestsellerowy sybaryta. W tym krótkim zdaniu tkwi chyba najprawdziwsza i najbardziej gorzka epifania Brazylijczyka, który potrafi być też złośliwym obserwatorem życia sław. Najdalej w krytyce „syndromu celebryty” idzie w powieści „Zwycięzca jest sam” (2008, wyd. pol. 2009), rozgrywającej się w ciągu doby na festiwalu filmowym w Cannes, gdzie „nikogo w gruncie rzeczy film nie interesuje”.

Za wyszukaną motywacją bohaterów zwykle kryje się jakiś codzienny dramat, oddalanie się męża i żony, zawodowe wypalenie albo przynajmniej powiew weltschmerzu znad Jeziora Lemańskiego. Szkoda tylko, że unosi się nad nim smrodek mizoginizmu, mądrości rodem z „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”. „Mężczyzna zdradza, bo ma zdradę zapisaną w genach. Natomiast kobietę zdrada odziera z godności” – pisze Coelho w jednej z późnych książek. Chwali udany seks, ale „ideologii gender” boi się jak ognia. À propos ognia – w „Alefie”, „Walkiriach”, „Czarownicy z Portobello” wraca fantazja z czasów inkwizycji, zaczerpnięta być może od Millera, Eco lub Manna, o paleniu pięknych kobiet na stosie, o upokarzaniu i torturowaniu ich nagich ciał, aby nie stanowiły zagrożenia dla męskiego świata.

Ostatnia powieść, „Szpieg” (2016) – spowiedź Maty Hari, skazanej we Francji na śmierć za szpiegostwo dla Niemiec – jest z kolei próbą wykreowania wielo­wymiarowej postaci kobiecej, ale próbą nieudaną. Tym niemniej w Polsce rozeszło się ok. 70 tys. egzemplarzy „Szpiega”, co dla rodzimych ulubieńców krytyki jest liczbą raczej nieosiągalną.

W realu i w megabitach

O fenomenie Brazylijczyka nie przesądzają dziurawy suspens ani liczba odniesień do Boga na jednostkę tekstu, lecz postać autora przez duże A, nienachalnie doskonałego, z ludzką twarzą.

Z jednej strony Coelho to międzynarodowa instytucja: doradzał UNESCO, gościł na Światowym Szczycie Ekonomicznym w Davos, założył fundację wspierającą dzieci z faweli, w 2003 r. napisał laudację dla irańskiej prawniczki Shirin Ebadi, gdy odbierała Pokojową Nagrodę Nobla. Z drugiej, w młodości trzykrotnie był umieszczany w zakładzie psychiatrycznym z powodu emocjonalnego rozchwiania, rzucił studia prawnicze, aresztowano go za działalność wywrotową, brał narkotyki, fascynował się sektami i okultyzmem, spotkał diabła, a nawrócił podczas zwiedzania obozu koncentracyjnego w Dachau. Trzykrotnie się rozwodził, romansował dużo częściej. Politycznie niefrasobliwy, gościł u Władimira Putina i Nursułtana Nazarbajewa. Nie jest więc plastikowym ideałem – i to się jego czytelnikom podoba. Sęk w tym, że ich ubywa, a prawie nie ma ich wśród młodych, dla których Coelho jest niczym więcej niż fakiem i obiektem beki, bo żyją w świecie, gdzie – jak ubolewa Dorota Masłowska w jednym z felietonów – „nawet rastaman ma (...) kontrakt z firmą produkującą dredy i superduet w Play”.

Coelho jest uzależniony od internetu, a internet od niego. Profil pisarza na Facebooku polubiło 29,5 mln użytkowników, na Twitterze obserwuje go 12,4 mln osób (dla porównania profil Donalda Trumpa śledzi ponad 35 mln), na Instagramie ledwie 1,4 mln posiadaczy kont. Jest więc dominatorem w przestrzeni słowa, a nie obrazu. Za to jego wizerunek żyje własnym wirtualnym życiem.

– Do Coelha przylgnęła łatka „memicznej” postaci. Choć większość mu podobnych umiera śmiercią naturalną po krótkim czasie, Coelho stale powraca na takie portale jak Kwejk albo ­Demotywatory. – mówi Marta Gajewska, współtwórczyni youtube’owego kanału książkowego ­Bestselerki. – Memy z jego sylwetką zwykle wyśmiewają brak logiki w wypowiedzi, wskazują bezsens pozornie mądrych słów. Automatycznie autor kojarzy się z dziełami przesadnie filozoficznymi albo po prostu głupimi.

Początkowo internauci wykorzystywali w memach prawdziwe „żenujące” cytaty z powieści autora „Alchemika”. Potem puścili wodze fantazji, by być jak Coelho, a nawet bardziej. „By tost smaczny i zdrowy był, górną kromkę kładź masłem do góry. Oto recepta na życie”, „Człowiek jest jak stolarz. Stolarz żyje, żyje, a potem umiera... Podobnie jest z człowiekiem”, „Nie poznasz ludzi, jedząc sałatkę” – to tylko kilka inskrypcji od kreatywnych internautów, i to jedynie tych grzecznych. Najczęściej wizerunek Coelha jest wykorzystywany jako graficzne tło dla wynurzeń alkoholowych, fekalnych, analnych albo wskazujących na seksualną frustrację nastoletnich twórców.

Nie lepszą gębę ma u blogerów recenzujących współczesną literaturę. – Twórczość Coelha jest przez blogosferę ignorowana. Ma na to wpływ zarówno jego reputacja autora „słynnych mądrości”, jak i brak promocji jego utworów przez wydawnictwa, od których youtuberzy są uzależnieni. Skoro nie przedstawiają nam ofert jego książek, chyba nie uważają ich za atrakcyjne dla nas – tłumaczy Anna Bartłomiejczyk z Bestselerek. – Sama nie czytałam żadnej książki Coelha, głównie z powodu jego wspomnianej reputacji. Nie sięgają po niego ani moi znajomi ze studiów, ani ludzie, których poznałam za pośrednictwem YouTube’a.

Jednak prawdopodobnie to uniwersalny Coelho przeżyje sezonowych youtu- ­­be’­owych­ ulubieńców. – To jeden z nielicznych pisarzy od ponad 20 lat stale obecny i ważny dla czytelników – podkreśla Basia Stępień. – Teraz już znacznie mniej podróżuje, ale wciąż mamy serdeczny kontakt, staram się z nim widzieć przynajmniej raz do roku. Nigdy nie mówi o książkach, nad którymi dopiero pracuje, lecz na pewno czymś nas jeszcze zaskoczy.

Oby. W „Być jak płynąca rzeka” (2006), wyborze tekstów prasowych, które „zostały specjalnie zebrane na prośbę czytelników”, wspomina, że matka chciała, aby jak ojciec został inżynierem. Wiele byśmy na tym stracili. Wszak, jak pisze Mistrz Paulo, „statek jest bezpieczniejszy, gdy kotwiczy w porcie, nie po to jednak buduje się statki”. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Przeczytałam Alchemika - ale chyba tylko tą jedną książkę. Najbardziej podobało mi się zakończenie - że to czego szukamy daleko, jest bardzo blisko...

...doszedł już dawno temu Kornel Makuszyński, i to mową wiązaną: "Idzie, idzie nasz koziołek / Idzie, idzie biedaczysko / Szukać po dalekim świecie / Tego, co jest bardzo blisko"... K. Matołek praojcem Alchemika!

„Alchemik” to książka, którą warto przeczytać, napisana jest z pomysłem i wyobraźnia, resztę twórczości jubilata można sobie darować. Tak bardzo reklamowany „Pielgrzym” jest do bani, są oczywiście w nim watki interesujące, ale jako całość nie robi wrażenia. Książka chwilami jest nużąca i kontrowersyjna. Pozostała jego twórczość wymknęła się mojej ocenie, niestety nie dobrnąłem do końca żadnej klejonej jego powieści, więc nie będę oceniał.

Książki Coelho wielu ludziom pozwalają otworzyć oczy na sprawy, które na pozór wydają się oczywiste, jednak często nie potrafimy ich 'zagnieździć' w naszej świadomości, włączyć do 'programu operacyjnego' naszego życia.Pisane lekko, widać, że ręką dobrego rzemieślnika literatury. Czyta się łatwo i przyjemnie. Jeśli kogoś razi ich język czy może uważa poruszane tematy za banalne i oczywiste - cóż, odkłada na półkę. Jednak miliony dały się urzec PC i jestem przekonany, że wielu z nich po Alchemiku już zawsze nieco inaczej będzie podchodzić do życia. Tresowani od dziecka według jednego schematu, w którym bez nas i na sztywno ustalono co jest białe, a co czarne, co dobre a co złe, którą ścieżką do raju, a którą na wolność - nie zawsze łatwo i prosto odnajdujemy się w świecie mnogości barw, powodzi zapachów i subtelności odcieni. Jednak gdy raz zakosztujemy tych smaków - nie ma stamtąd powrotu. Tak, to moim zdaniem książki przede wszystkim dla młodych. Tych, co jeszcze szukają odpowiedzi na pytanie co to znaczy być sobą, żyć własnym życiem. Tym większa zasługa Coelho.

"Sęk w tym, że ich ubywa, a prawie nie ma ich wśród młodych, dla których Coelho jest niczym więcej niż fakiem i obiektem beki, bo żyją w świecie, gdzie – jak ubolewa Dorota Masłowska w jednym z felietonów – „nawet rastaman ma (...) kontrakt z firmą produkującą dredy i superduet w Play”." Prosiłbym o wskazanie ciągu przyczynowo-skutkowego, który rządzi tym zdaniem. To w końcu zdanie warunkowe, gdzie tu jest jakikolwiek związek logiczny między dwiema jego częściami? Reszta akapitu też nie bardzo precyzuje, dlaczego komercyjny charakter popularności Bednarka (czy generalne urynkowienie kultury) miałby wpływać na to, że Coelho jest młodym znany tylko z memów.

ogranicza się do przekartkowania jednej czy dwóch powieści podczas wizyty w księgarni, ale chyba przeczuwam, w czym tkwi jego sekret. Otóż cytat zamykający artykuł niczym finalny akord - zapewne starannie dobrany przez autorkę jako jedna z tych "zmieniających życie" mądrości, które dźwięczą w głowach czytelników długo po lekturze i sprawiają, że Coelho jest ceniony i kochany - w nieco zwięźlejszej formie ("Statek jest bezpieczny w przystani, lecz nie po to buduje się statki") figuruje w licznych kolekcjach złotych myśli na wszelką okazję, a przypisywany bywa kilku osobom - od dziewiętnastowiecznego teologa Williama Shedda, poprzez Grace Hopper (programistkę i kontradmirała US Navy, znaną m.in. z wprowadzenia słowa "bug" do informatyki) po Benazir Bhutto. Z całą pewnością natomiast figuruje w zbiorze przysłów pt. "Salt from My Attic" Johna A. Shedda, wydanym w 1928 roku. Zdanie to, zarówno ze względu na gatunek literacki, do którego przynależy jako adagium, jak i wspomniane rozmycie się jego autorstwa, należy zaliczyć do klisz - podstawowego budulca "literatury szczęścia", cieszącej się niezmienną popularnością wśród tych, którzy w książkach szukają odniesień do wszystkiego oprócz innych książek. W czym nie ma nic złego zresztą.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]