Co się stało w Kansas?

Najgorszy prezydent ostatniego stulecia, jakim według licznych komentatorów jest George W. Bush, został wybrany na drugą kadencję. Zdarzyła się rzecz niepojęta: oto wygrał facet opisywany jako wiejski idiota, przeciw któremu Michael Moore zrobił film nagradzany na światowych festiwalach, a George Soros wydał z własnej kieszeni kilkanaście milionów dolarów, by wyeksmitować go z Białego Domu.
Czyta się kilka minut

Wygrał wbrew wszelkiej logice, w środku ryzykownej wojny, wywołanej bez dobrych powodów, której szczęśliwego końca nie widać. Wygrał po przegraniu trzech debat prezydenckich w TV, o czym prasa niemal całego świata informowała z kiepsko ukrywaną satysfakcją. Wygrał z kandydatem, który pod każdym względem prezentował się lepiej: mówił składniej, miał lepszy życiorys (bo nie chował się przed wojną w Wietnamie) i obiecywał, że zabierze bogatym i odda biednym. No i wygrał przy bardzo wysokiej frekwencji.

Teoretycznie wysoka frekwencja miała sprzyjać jego oponentowi, gdyż oznaczała polityczną aktywizację ludzi młodych, z reguły niechętnych Bushowi. Wysoka frekwencja oznaczała też liczniejszą obecność przy urnach Czarnych wyborców i innych mniejszości, wedle potocznej wiedzy spychanych na margines przez partię urzędującego prezydenta. Na koniec, wygrał te wybory, mimo że większość wielkich gazet poparła Johna Kerry’ego, a kilka wstrzymało się od zajęcia stanowiska, co nie zdarzyło się od dziesięcioleci. Co więcej, nawet niektóre pisma nie kryjące swego konserwatyzmu albo odmówiły Bushowi poparcia (jak brytyjski “The Economist", rozchodzący się w USA, lub “Wall Street Journal", który poparł, ale półgębkiem).

Mimo wszystko Bush wygrał. I to w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości. Przed wyborami zawodowi przeciwnicy prezydenta szykowali się do powtórki sytuacji z 2000 r., kiedy minimalna i wątpliwa jego wygrana na Florydzie doprowadziła do absurdalnej serii procesów sądowych, aż w końcu o prezydenturze zadecydował Sąd Najwyższy. Tym razem już zawczasu Demokraci zmobilizowali tysiące prawników, którzy mieli składać ewentualne protesty i pozwy. Media amerykańskie, które w tej kampanii spisały się nieszczególnie, bo zbyt często nie potrafiły zapanować nad swymi sympatiami politycznymi, podsyciły jeszcze tę histerię licznymi doniesieniami o rzeczywistych albo wyimaginowanych zagrożeniach dla uczciwości wyborów.

Sprawy potoczyły się jednak zupełnie inaczej. Choć rankiem w powyborczą środę wydawało się, że na skutek skomplikowanych przepisów (dopuszczających pod pewnymi warunkami do głosowania osoby, których nazwisk nie ma na listach wyborców) znów dojdzie do procedury przeliczeń i wynik poznamy dopiero za kilka tygodni, to Kerry okazał się mądrzejszy niż Al Gore cztery lata temu. Szybko przeciął sprawę telefonem z gratulacjami do Białego Domu i przemówieniem, w którym narzucił koncyliacyjny ton, wzywając do współpracy dla dobra kraju ponad podziałami partyjnymi.

Bush jednak budzi zbyt silne emocje i wśród elektoratu Kerry’ego nastroje przygnębienia oraz agresji nie są rzadkie. Pukanie się w głowę było często pierwszą reakcją przegranych. Najpełniejszy wyraz tej postawy dał brytyjski “Daily Mirror", który na pierwszej stronie pod zdjęciem Busha umieścił pytanie: “Jak 58 054 087 ludzi [tyle dokładnie głosowało na Busha - red.] mogło być tak głupich?". Ujawnianie emocji nie leży w tradycji prasy amerykańskiej, więc niczego podobnego nie dało się zauważyć w tutejszych gazetach. Ale przypuszczam, a nawet wiem, że wielu rozczarowanych Demokratów prywatnie uważa wyborców Busha za idiotów bądź złoczyńców.

Złość pomieszana z upokorzeniem nie jest jednak dobrym doradcą. Właściwe pytanie powinno brzmieć: Jak to się dzieje, że ponad 55 mln mądrych ludzi, którzy opowiedzieli się za Kerrym nie znalazło sposobu, by przekonać resztę do swoich niewątpliwie słusznych racji? Jest bowiem zagadką, dlaczego Partia Republikańska ze swoim programem ulg podatkowych dla najbogatszych oraz propozycją prywatyzacji systemu emerytalnego i oporem przeciw reformie opieki zdrowotnej zdobywa poparcie ludzi niezamożnych, mieszkańców najuboższych stanów, głosujących wbrew swoim interesom ekonomicznym.

W “New Jork Timesie" Nicolas Kristof próbował odpowiedzieć na to pytanie, powołując się na książkę, która w ostatnim czasie zrobiła tu pewną karierę (tytuł: “What’s the matter with Kansas?"; co się dzieje z Kansas?) i stawia właśnie kwestię: dlaczego niezamożni lub wręcz biedni głosują na partię bogatych? Kristof pisał, że priorytetem Partii Demokratycznej powinno być nawiązanie kontaktu z prowincjonalną Ameryką. Według Kristofa przywódcy Demokratów tak zajęli się zdobyciem poparcia klasy średniej, tak uporczywie forsowali liberalną agendę w zakresie walki z bronią palną, ochroną środowiska czy małżeństw homoseksualnych, że stracili z oczu ciężko pracującą Amerykę.

Wprawdzie Republikanie nie załatwiają żadnej życiowej sprawy tej Ameryki - niezamożnej i prowincjonalnej - ale porozumiewają się z nią na poziomie wartości moralnych i kulturowych. Te różnice symbolizują dwa zdjęcia, które krążyły podczas kampanii wyborczej: Bush z piłą w ręku tnie drzewo na swoim rancho, a Kerry w obcisłym kostiumie uprawia windsurfing. O którym z nich wyborca z małego miasteczka w Kansas czy Oklahomie powie, że to swój chłop? Odpowiedź jest oczywista. “Liberalizm [Demokratów - red.] zbyt pachnie wyższą klasą średnią i to drażni zwykłych ludzi" - pisze Thomas Frank, autor książki “Co się dzieje z Kansas?".

Dopóki Partia Demokratyczna nie pozbędzie się opinii ugrupowania liberałów w limuzynach, rozmiłowanych we francuskich winach i w skrytości ducha gardzących prostakami z prowincji, dopóty “swój chłop" uformowany na wzór Busha, który nie potrafi prowadzić filozoficznych dyskusji, ale ma swój rozum, będzie wygrywać wybory w USA. Przypomina to trochę polską sytuację z początku lat 90., gdy ujawniło się napięcie między inteligenckimi przywódcami dawnej opozycji a Lechem Wałęsą. O nim też nie wypadało mówić inaczej niż z przekąsem, a jednak to on, a nie Tadeusz Mazowiecki został prezydentem.

Czy triumfujący Bush, wyposażony w mandat do rządzenia od ponad połowy uprawnionych do głosowania, którego nie miał żaden prezydent od 16 lat, rzeczywiście wyciągnie rękę do współpracy z Demokratami? Czy też z jeszcze większą pewnością będzie realizować swoją politykę, zarówno wewnętrzną, jak i zagraniczną, która tak podzieliła Amerykanów i zniechęciła do niego niemal cały świat? Oto rozdroże, na którym stoi Ameryka.

Bez względu jednak na to, co wybierze Bush, dominacja jednej partii, dominacja jednego stylu myślenia i jednej wizji urządzania świata nie jest zdrowa dla demokracji. Trzeba więc życzyć Ameryce, aby Partia Demokratyczna szybko zrozumiała, że dyskusja z Republikanami na poziomie filmów Michaela Moore’a nie przynosi sukcesów i znaleźli sobie mądrzejszych intelektualnych przewodników i proroków.

Maciej Wierzyński, były dziennikarz “Głosu Ameryki" i Radia Wolna Europa, jest obecnie redaktorem naczelnym “Nowego Dziennika", największej polskiej gazety w USA. Stale współpracuje z “TP".

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 46/2004