Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dziecko sanacji

Dziecko sanacji

23.04.2012
Czyta się kilka minut
Jan Karski: Proszę pana, ja całą wojnę przeżyłem i nie tylko, że nie walczyłem, ale nigdy Niemca w mundurze nie widziałem! Czytam pamiętniki tych różnych pułkowników: zadaliśmy im ciężkie straty, walczyliśmy itd. – ja tego nie widziałem. Żadnych planów...
Jan Karski Sergo Kuruliszwili / dzięki uprzejmości PWN
.

... bałagan śmierdzący, nigdy w życiu tak nie nienawidziłem ludzi, jak wtedy nienawidziłem polskiego rządu.

MACIEJ WIERZYŃSKI: Panie Profesorze, naszą rozmowę chciałbym rozpocząć od pytania o najważniejsze doświadczenia w Pańskim życiu, te, które Pana ukształtowały – o rodzinę, szkołę, rodzeństwo, ludzi, którzy mieli na Pana wpływ.

JAN KARSKI: Urodziłem się w kwietniu 1914 roku w Łodzi. Pamiętam opowieści matki, że w czasie wojny i bezpośrednio po wojnie w Łodzi była okropna nędza, głód. I pamiętam, że matka uważała za świętego niejakiego „Pana Hofera”, jak go nazywała, czyli Hoovera, który żywił „szmalcem” polskie dzieci.

Zacząłem naukę w szóstym roku życia, o rok wcześniej niż inni, i potem już zawsze byłem o rok młodszy od najmłodszego studenta na tym samym poziomie. Do gimnazjum – imienia marszałka Piłsudskiego – wstąpiłem w 1927 roku. Łódź była zawsze socjalistyczna i dyrektor Starkiewicz – nie wiemy, czy był socjalistą, czy nie – w każdym swoim przemówieniu mówił chłopakom o sprawiedliwości społecznej, o tym, że trzeba dbać o ludzi biednych i że my, gdy dojdziemy do starszego wieku, mamy pamiętać właśnie o ludziach biednych, słabszych. (...) Było to gimnazjum miejskie, do którego chodziło dużo żydowskich chłopców. Wszedłem w to środowisko, miałem przyjaciół Żydów, których wspominam serdecznie do dnia dzisiejszego – Salomon Fuks, Izio Fuks, Kuba Przytycki. Oczywiście większość z nich zginęła w Holokauście, ale niektórzy przeżyli, jak Saluś Fuks, obecnie emerytowany profesor w Corpus Christi w Teksasie. Gimnazjum skończyłem w 1931 roku, gdy miałem siedemnaście lat, no i oczywiście... na uniwersytet. Pojechałem do Lwowa (...).

Wybrał Pan m.in. dyplomację. Czy to był świadomy wybór kierunku studiów, czy zdecydował przypadek?

Już w Łodzi, w gimnazjum, interesowałem się sprawami polityki międzynarodowej, historią, dyplomacją. Moim ideałem był Talleyrand – boski książę Benewentu. Jako chłopak czytałem o nim, bo chciałem ustalić każdy dzień jego życia: co robił w styczniu, 15 stycznia. Zawsze chciałem wejść do służby zagranicznej, reprezentować mój wielki, piękny, wspaniały kraj, reprezentować Polskę (...).

Już na uniwersytecie wszystkie wakacje spędzałem poza Polską, dzięki stosunkom brata. Byłem na drugim roku, kiedy brat został komendantem policji w Warszawie, Piłsudski osobiście go mianował. (...) To częściowo dzięki niemu wszedłem w stosunki z ludźmi z MSZ. Dyrektorem biura personalnego był tam Tomir Drymmer – poznałem go w 1932 albo 1933 roku – który się mną zainteresował. I oto w 1933 roku, w czasie wakacji, Drymmer wysyła mnie na praktykę konsularną do Czerniowiec w Rumunii, a w 1934 roku także na praktykę wakacyjną na trzy, cztery miesiące do Opola, do Niemiec. W 1935 roku, już na własny koszt, jadę do Francji na wakacje. Uniwersytet opuszczam w 1935 roku i od razu czeka na mnie służba wojskowa. Wstępuję do Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim i zostaję prymusem. Dostaję szablę honorową prezydenta.

Kończę wojsko w 1936 roku i (...) jadę do Warszawy, do Drymmera. Pyta mnie, czy znam francuski, mówię, że nie, bo w szkole „brałem” język niemiecki, on na to: „Musisz pan się nauczyć francuskiego, mamy w międzynarodowym biurze pracy jedno stypendium każdego roku, oni płacą, wyślę tam pana”. I od razu po dwóch, trzech tygodniach, jadę do Genewy. Osiem miesięcy w Genewie! – byłem tam doskonale opłacany, tylko się uczyć francuskiego!

W 1937 roku wracam do Warszawy, lecę do Drymmera... Ja byłem takie – jak mówili moi koledzy i przyjaciele – dziecko sanacyjne. Drymmer: „Nauczył się pan francuskiego? A angielski pan zna?” – „Nie”. – „Pojedzie pan do Anglii, trzeba się nauczyć angielskiego”.

Natychmiast – mija dziesięć, może piętnaście dni – jadę do Londynu na praktykę do konsulatu i ambasady. Konsulem był wtedy Karol Poznański, ambasadorem Raczyński. Wszyscy o mnie już wiedzieli z listu Drymmera. Opiekowali się mną, nie miałem żadnych obowiązków, a Raczyński mówi: „Niech pan się uczy Anglii, niech się pan uczy demokracji, niech się pan uczy, jak się elitę tworzy. Niech pan chodzi do sądów, niech pan chodzi do Izby Gmin, niech pan chodzi do Hyde Parku, niech pan słucha tych wariatów, co oni tam wygadują”. Siedziałem tam do początku 1938 roku.

Luty, 1938 rok, wzywa mnie Poznański: „Dostałem depeszę od dyrektora Drymmera i mam pana wysyłać natychmiast do Warszawy”. Jadę do Warszawy. Na takich praktykach zagranicznych w MSZ człowiek mógł siedzieć i kilka lat – to się nazywało urzędnik kontraktowy – zanim przeszedł na tak zwaną wielką praktykę roczną w centrali. A mnie po dziewięciu miesiącach Drymmer ściągnął. I mówi: „No i spóźniony jest pan tutaj (bo to był już luty), kurs się rozpoczął 1 stycznia, ale ja pana wcisnę, niech się pan uczy, chcę, żeby pan dobrze się wykazał (...)”.

No to wstępuję na ten kurs i znowu zostaję prymusem, razem ze Stanisławem Nachlikiem, który po wojnie został profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, umarł kilka lat temu. (...). Kończy się przydział i już jako referendarz, permanentny stan w MSZ, idę do wydziału polityki emigracyjnej. Szefem był tam dr Apoloniusz Zarychta, taki trochę wariat, fantasta, romantyk, przyjaźń jakaś się między nami od razu wyłoniła. Mija jakieś pięć, sześć miesięcy, wzywa mnie Drymmer: „Wysłałem mojego sekretarza na placówkę, chciałbym, żeby pan był moim sekretarzem. Odpowiada to panu?”. – „Tak, panie dyrektorze”. – „Tylko niech pan uważa, ja nie potrzebuję przyjaciela, potrzebuję sekretarza”. I tak mniej więcej cztery miesiące przed wybuchem wojny zostaję sekretarzem dyrektora biura personalnego. Wiedziałem, że cały świat stoi przede mną otworem. Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat.

KAMPANIA WRZEŚNIOWA

Czy pracując już jako sekretarz Drymmera, zdawał Pan sobie sprawę z sytuacji politycznej Polski? Że za chwilę będzie wojna?

Nie, wtedy w MSZ – teraz, oczywiście, ci moi ówcześni przyjaciele pewnie by się wypierali – była atmosfera optymizmu. Hitler blefuje. To prawda, że urządza różne parady, że zaprasza tych idiotów Francuzów i Anglików, i pokazuje im te swoje czołgi, ale one są z dykty, my to wiemy, bo my mamy wywiad w Niemczech. Hitler blefuje.

Zmobilizowali mnie 23 sierpnia w nocy, jak Ribbentrop jechał do Moskwy. No to lecę najpierw do Drymmera, bo muszę mu zdać klucze, ale już w mundurze i z tą szablą honorową. Mówię mu: „Tu są klucze, tu są akta”. A on na to: „Niech pan to wszystko włoży do jednej szuflady, niech pan zam¬knie, da mi klucz. Nie będzie tu pana góra dwa tygodnie. My chcemy pokazać Hitlerowi, że nie jesteśmy Czechami, to wszystko blef. Niech pan jeździ konno, bo wygląda pan jak wymoczek, niech się pan opali, za dwa tygodnie będzie pan tutaj z powrotem”. W takiej atmosferze jechałem do miejsca postoju mojego V Dywizjonu Artylerii Konnej, do Oświęcimia. (...)

1 września, dokładnie jakieś pięć minut po piątej rano... Skąd pamiętam tak dokładnie? Bo byliśmy w łazience, siusiu robiliśmy i goliliśmy się, a pobudka była o piątej. A więc po piątej jakiś huk, Niemcy z samolotów ostrzelali obóz i zrzucili zdaje się jakąś bombę. Konie głupie wyrwały się ze stajni, nie można było ich zaprząc do armat. Po dwóch, trzech godzinach pierwsza bateria, do której należałem, wychodzi z obozu – bez koni, bez armaty. Wycofujemy się w ordynku na wschód. Ale już po dwóch, trzech dniach zepchnęły nas te tłumy – setki tysięcy uciekinierów, rowery, samochody, wozy, chłopi. Rozpacz. Szliśmy polami, straciliśmy kontakt ze sobą. Proszę pana, ja całą wojnę przeżyłem i nie tylko, że nie walczyłem, ale nigdy Niemca w mundurze nie widziałem! Czytam pamiętniki tych różnych pułkowników: zadaliśmy im ciężkie straty, walczyliśmy itd. – ja tego nie widziałem. Żadnych planów, bałagan śmierdzący, nigdy w życiu tak nie nienawidziłem ludzi, jak wtedy nienawidziłem polskiego rządu. Kłamali, uciekli, krążyły pogłoski, że złoto zabrali, teraz pewnie z Niemcami kombinują, a nas, naród, zostawili tutaj samych.

I tak siedemnaście dni szliśmy na wschód. Gdziekolwiek weszliśmy – stacja kolejowa zbombardowana i każdy działa na swoją rękę. Najpierw sprzedałem leicę, na żarcie. Worek jakiś kupiłem i tam sucha kiełbasa. A lato było bardzo gorące, idę z tą szablą głupią, ciężar coraz większy. Wchodzę więc do jakiegoś sklepu i mówię sklepikarzowi: „Panie, to jest honorowa szabla, tu jest podpis prezydenta, po wojnie to będzie miało znaczenie, zresztą, przyjdę po wojnie i ją odkupię. Co mi pan da za to? Jedzenie jest mi potrzebne”. Ale chłop mądrzejszy ode mnie, pamiętam słowo w słowo, co powiedział: „Rzuć pan to świństwo do cholery, jeszcze mi pan nieszczęście sprowadzisz”. Wyszedłem z tego sklepu, odciąłem szablę i rzuciłem w pole. Tak się skończyło moje prymusostwo w artylerii konnej.

W wielkim skrócie opisał Pan przejście od dumy z wielkości Polski, wiary w jej potęgę, mocarstwowość, do skrajnego krytycyzmu wobec rządu i kompletnego zwątpienia. Ale ta przemiana dokonywała się zapewne stopniowo.

Nie, to nagle przyszło. Jechałem do Oświęcimia jako do miejsca postoju potężnej armii polskiej, która obali mit niemieckich czołgów, niemieckiej potęgi – „my nie jesteśmy Czechami”. I to wszystko zmieniło się w ciągu piętnastu minut, 1 września, jak ostrzelali obóz. To wszystko stało się nagle, a po dwóch, trzech dniach już nie byłem żołnierzem. Śmierdzący, przepocony mundur, bo stawałem po różnych stajniach u chłopów, niektórzy nie dawali mi noclegu, bo już nie miałem pieniędzy, no to na polu spałem. I te tłumy, nienawidzące tłumy. Pamiętam, że czasami jakieś dziewczyny czy chłopaki chcieli mnie obrazić: – Co tak uciekasz, w drugą stronę jedź, broń nas, bo widzieli, że jestem w mundurze, wstyd, hańba. To wszystko stało się nagle, nie byłem na to przygotowany, cały naród był na to nieprzygotowany.

Jak się dla Pana skończyła kampania wrześniowa?

Późnym wieczorem 17 września doszliśmy do Tarnopola. (...) Pamiętam jak dziś ten tłum rozbitków, bezwładny, z naprzeciwka zbliżają się jakieś oddziały, im są bliżej, tym lepiej widać, że to czołgi, jakieś wojsko. My stoimy, tysiące ludzi, oni się zbliżają, stanęli i słyszymy, jak przez megafon uliczny po polsku, ale nie bardzo dobrą polszczyzną ktoś mówi: „Żołnierze polscy, nie ma rządu, bohaterska armia radziecka na pomoc przychodzi, razem pójdziemy, będziemy razem walczyli, rządu nie ma, wyślijcie oficera do rozmów”. Jakiś oficer, który znał widocznie rosyjski, poszedł. Mijają dwie godziny, my stoimy, nie wiemy, co będzie, tamci też stoją, te czołgi, żołnierze. Po dwóch godzinach wychodzi z białą chustką, idzie w naszą stronę. I przez megafon mówi: „Ustaliliśmy, razem będziemy prowadzili wojnę przeciwko Trzeciej Rzeszy, jesteśmy pod rozkazami pułkownika” i wymienia nazwisko. „Panowie oficerowie, musimy złożyć broń, która zostanie nam zwrócona, oficerowie na prawo, żołnierze na lewo, proszę rzucać broń, nie chcemy żadnych nieporozumień, razem będziemy walczyli” i tak dalej. I my jak barany rzuciliśmy broń, a oni prowadzą nas dalej. Moją grupę zaprowadzili na stację kolejową, na tej stacji siedzieliśmy do końca dnia, całą noc i jeszcze jeden dzień, spaliśmy na podłodze. A potem do pociągu, pociągi bydlęce, nie wiemy, dokąd jedziemy.

A kiedy zdaliście sobie sprawę, że nie będziecie sojusznikami, tylko po prostu jesteście jeńcami?

Nikt z nami nie rozmawiał. Na tej stacji dawali nam jakieś jedzenie, ale nie było żadnych rozmów. Po stronie rosyjskiej też był bałagan, oni też nie byli na to przygotowani, nie wiedzieli, co mówić. Muszę przyznać, że nikt nas nie bił, nie kopał, ja potem pod Niemców się podpadłem, to tam kopali, „polnisze szwain” wołali, tutaj nie. „Leżcie, czekajcie”. No to czekamy na rozkazy i na te bydlęce wagony. Jedziemy. Wyglądam przez okienko i mówię: „Panowie – w tym wagonie byli oficerowie i żołnierze – panowie, jedziemy na wschód, pociąg jedzie na wschód, już jesteśmy w Rosji”.

Obóz nazywał się Kozielszczyna, byłem tam pięć, sześć tygodni. Jedynym moim marzeniem było wydostać się z niego. Wtedy, jak każdy młody człowiek, czułem pogardę dla Rosjan, niechęć. Brudasy, dzicz, Niemcy to cywilizowany naród.

Wydostać się z obozu i co dalej? Przyłączyć się do armii polskiej?

Wtedy jeszcze nie wiedziałem – ani co się dzieje na zachodzie, ani czy cała Polska już upadła, czy jeszcze się biją. Nie mieliśmy żadnych informacji. (...)

Jak się wydostałem? Po trzech, czterech tygodniach ogłosili, że jest porozumienie między sztabem niemieckim i sowieckim, i że żołnierze polscy, tylko szeregowi, którzy są jeńcami sowieckimi, a są pochodzenia ukraińskiego, białoruskiego albo rosyjskiego, mogą, jeśli chcą, iść na stronę sowiecką. Jak się zgłoszą, zostaną odesłani. Porozumienie mówi także, że więźniowie sowieccy pochodzenia niemieckiego albo urodzeni na terenach już inkorporowanych do Trzeciej Rzeszy mogą się zgłaszać i taka sama liczba przejdzie na stronę niemiecką.

Idę więc do komandira i mówię, że jestem z Łodzi. Że urodziłem się w Łodzi-Litzmannstadt, i mam kwalifikacje. „Dlaczego? – pyta. – Nie podoba ci się tutaj?” – „Bardzo mi się podoba, chciałbym tutaj być, tylko ożeniłem się tuż przed wojną, moja żona jest w ciąży. Co się z nią stanie? – rozpaczam – muszę do germańców, choć boję się”. On wiedział, że kłamię, spojrzał na mnie: „A ja tebia odpuskat' (Ja cię puszczę)”. No i pojechałem na stronę niemiecką. Wymiana była na jakimś moście w Przemyślu. Na prawo idziemy od strony rosyjskiej na Niemców, na lewo przychodzą żołnierze na stronę sowiecką. Łeb za łeb. To prawie że zabawne, bo po naszej stronie te chłopaki krzyczą: „Siedźta tam, gdzie jesteśta, gdzie idiota do tych bolszewików idzieta, bolszewiki jesteśta, przejdźta tam!”. A z tej drugiej strony krzyczą na nas: „Wariaty, wy faszysty jesteście, wy nie znacie Niemców!”.

Dlaczego uznał Pan, że lepiej iść na stronę niemiecką?

Powtarzam, nie wiedziałem wtedy, co się tam dzieje. Ale wojna czy nie wojna, widziałem różnicę między Niemcami i Rosją. Niemcy to kraj zachodniej cywilizacji, kraj Schillera, Goethego. Więc nie miałem żadnej wątpliwości: Jasiu, uciekaj od tej bandy bolszewickiej.

PIERWSZA PODRÓŻ KURIERSKA

Jak doszło do Pana pierwszej wyprawy kurierskiej z Generalnego Gubernatorstwa do Francji?

Po przejściu na stronę niemiecką w Przemyślu szedłem do Warszawy. W Warszawie dowiaduję się, że mój brat siedzi na stanowisku i że policja polska działa. Oczywiście, byłem tym przerażony. Nawiązałem z nim kontakt przez siostrę. Wyjaśnił mi, że podczas kapitulacji Warszawy Niemcy zażądali, a strona polska się zgodziła, podpisał to Starzyński, że koleje, straż ogniowa, rady miejskie i policja zostaną na swoich stanowiskach (...).

To znaczy, że pełnił funkcję szefa policji pod kontrolą niemiecką.

Tak. Znowu minęło parę dni. „Mówiłem o tobie przedstawicielom rządu polskiego, chcieliby cię poznać” – powiedział. Dali ogłoszenie do prasy, że jest pokój do wynajęcia, o umówionej godzinie pukam do drzwi, otwierają mi i tam zastaję starszego pana, który zaraz mi się przedstawia: „Nazywam się Marian Borzęcki, przed wojną, przed zamachem majowym byłem ministrem spraw wewnętrznych, potem po zamachu majowym zostałem wyrzucony. Wszystko o panu wiem, jest pan porządny, jest pan sodalisem mariańskim, dobrym katolikiem, proszę siadać”.

I mówi: „My reprezentujemy tutaj rząd. Po tym, co się o panu dowiedziałem, chcielibyśmy pana wysłać do Francji z różnymi poleceniami. Dowie się pan, z jakimi. Spotkamy się jeszcze raz”.

Znowu minęło parę dni... Mam iść o takiej a takiej godzinie, do lokalu takiego a takiego. Idę. Zastałem tam pięciu nieznanych mi ludzi i Borzęcki szósty. Borzęcki przedstawia mnie. „Proszę pana, ma pan przed sobą przedstawicieli najpoważniejszych nurtów politycznych w podziemiu: nurt ludowy, socjalistyczny, narodowy, katolicki”. Zwraca się do nich: „Postanowiłem wysłać tego młodego człowieka do Paryża, z misją. Żeby nie było nieporozumień, powiem panom teraz, z jaką misją ten człowiek pojedzie. Jest zaprzysiężony, zna języki, zna Europę, nie zawiedzie nas. Przysiągł, że natychmiast po wykonaniu misji wróci, najszybciej jak tylko będzie możliwe”.

Misja jest następująca: dyktatura Piłsudskiego doprowadziła Polskę do zguby. Pierwsze obozy koncentracyjne tworzył nie Hitler, ale dyktator Piłsudski: Bereza Kartuska – rok 1934. On dał lekcję Hitlerowi. Po nim najgorsi ludzie wykonywali władzę, nie było demokracji, partie polityczne były gnębione. Obecnie Polska jest w upadku, wyłaniają się najprzeróżniejsze organizacje podziemne. Ci ludzie nie mają ani pieniędzy, ani doświadczenia, wszyscy zginą. Należy zorganizować ruch podziemny pod przewodnictwem generała i wodza naczelnego Sikorskiego. Jeżeli generał zaniedba tę sprawę, stanie się to, co się stało po I wojnie światowej – sanacja opanuje organizację podziemną. Jest już organizacja wojskowa, są oficerowie. Ale wszyscy ci oficerowie to piłsudczycy, sanatorzy, zrobią z generałem to, co Piłsudski zrobił z Dmowskim i Paderewskim: wykorzystał ich, ale do władzy nie dopuścił. Rządził sam. To samo zrobi sanacja z generałem. Otóż generał powinien wyznaczyć oficjalnie delegata rządu – to powinno być w prasie podziemnej ujawnione społeczeństwu – i ten człowiek musi mieć całkowite zaufanie generała. Otóż tym człowiekiem jest pan Ryszard. Ten oto młody człowiek pojedzie i wróci z nominacją pana Ryszarda – nie wymienia nazwiska. „Jakie jest zdanie panów?”. Wszyscy się zgadzali.

Ton tego wystąpienia był szalenie antypiłsudczykowski, antysanacyjny, a Pański brat był przecież zagorzałym piłsudczykiem.

Ale ja byłem już po przysiędze; zostałem zaprzysiężony na pierwszym spotkaniu – że nikt się nie dowie, co się będzie między nami działo, nawet na torturach. (...) Okropnie się czułem.

Wracam do domu, brat na mnie czeka, pyta: „Spotkałeś się?” – „Tak, spotkałem się”. – „Nie chcę wiedzieć, co się działo – uprzedza – lepiej nie wiedzieć za dużo, ale też ci dam polecenie”.

Po paru dniach zacząłem się przygotowywać do podróży. Miałem jechać przez Rumunię, to znaczy przejść nielegalnie na stronę sowiecką i jechać do Lwowa z przodownikiem policji, podkomendnym brata, Żydem, który pochodził ze Lwowa, znał ludzi, miał kontakty i miał mnie doprowadzić do granicy rumuńskiej. A w Rumunii władze polskiej placówki miały dać mi paszporty i przetransportować do Francji. Ale się nie udało. (...) Musiałem wrócić tą samą drogą do Warszawy.

Potem pojechałem przez Zakopane. Podróż znowu zorganizował mi brat. Bezpośrednio przed wyjazdem z Warszawy wzywa mnie do swojego gabinetu i mówi: „Podnieś rękę, biorę od ciebie przysięgę. Powtarzaj za mną: »To, co za chwilę usłyszę, wykonam i nikomu nie zdradzę, że jestem w służbie dla ojczyzny, na mękę Chrystusa przysięgam« i tak dalej”. – „Słuchaj, nie wiem, co się dzieje w Paryżu, przecież tam jest Sikorski, Kot, to agenci austriaccy, śmiertelni wrogowie komendanta, ale jest tam też Sosnkowski, Koc, Raczkiewicz, to jest porządny człowiek, były nasz wojewoda i światowiec. Ja nic nie rozumiem, co się tam dzieje. Nie wiem, jak to zrobisz, ale jesteś spryciarz, dotrzesz do Sosnkowskiego. Jeżeli on ma delikatną sytuację, zrób to tajnie, znajdziesz jakiś sposób i przekażesz mu moje polecenie”. – „Jakie polecenie?” – pytam. Zapamiętam do końca życia: „Urzędujący komendant policji państwowej miasta stołecznego Warszawy, Marian Kozielewski, uważa generała broni Kazimierza Sosnkowskiego za następcę Komendanta”. – „I co dalej?” – „Nic dalej, pętaku, my nie potrzebujemy memoriałów do siebie słać. W jednym zdaniu się rozumiemy, powiesz mu to i wystarczy”. I pojechałem z tym, proszę pana, do Paryża.

Nie myślał Pan, że te dwa polecenia są ze sobą sprzeczne?

Obie strony mnie zaprzysięgły. Znałem brata – był zaciekłym, fanatycznym piłsudczykiem z Pierwszej Brygady. Ale to nie była jakaś zdrada, on się im podporządkował, a oni przecież wiedzieli o jego przeszłości, Borzęcki i Świętochowski. A jednocześnie widocznie chciał być także w porządku wobec Sosnkowskiego, bo wtedy Sosnkowski już był przewodniczącym rady krajowej w Paryżu, szefem budującego się podziemia.

Kiedy dojechałem do Zakopanego, też przez kontakty brata, czekał już na mnie jakiś policjant, który dał mi przewodnika. Przewodnik kupił mi sprzęt, narty, buty narciarskie – przed wojną byłem narciarzem. Dwa czy trzy dni ćwiczyliśmy, żeby rozrobić te buty, i potem z tym przewodnikiem i jeszcze z jednym młodym człowiekiem, którego nazwiska już nie pamiętam, przejechałem na nartach przez Czechosłowację.

Przez Słowację.

Tak. Jak pan zobaczy na mapie, to między Zakopanem w kierunku Koszyc ówczesna Czechosłowacja jest wąska. Zabrało to nam trzy dni i dwie noce. Spaliśmy w szałasach pasterskich. Przewodnik robił to zawodowo, doskonale znał góry, szliśmy wysokimi szczytami, bo tam gestapo nie opłacało się codziennie robić inspekcji. To była przepiękna podróż, tylko było bardzo, bardzo zimno i na nieszczęście buty były nierozchodzone, poodparzałem nogi, nie mogłem ich zdejmować. (...)

Dotarłem do Koszyc. Kilka dni byłem w opatrunkach, maści mi jakieś dawali. W Koszycach mieliśmy adres oddziału pułkownika, zdaje mi się, że nazywał się Kowalewski, który wyekspediował mnie do Budapesztu. W Budapeszcie ambasada polska była już pod kontrolą niemiecką. I tam powiedziałem: „Proszę zatelefonować albo wysłać telegram – wysłannik pana Ryszarda jest tutaj i proszę się skomunikować albo z premierem Sikorskim, albo z profesorem Kotem”.

Siedziałem tam jakieś trzy, cztery dni i mówią mi: „Wszystko jest załatwione, musi pan czekać na dokumenty”. Dostałem tyle pieniędzy, ile chciałem – kupiłem nowe ubranie, nowe buty, bieliznę itd. Dostałem dokumenty: tłumacz na francuski w węgierskim biurze podróży. Z tym dokumentem wyjechałem z Budapesztu. Jechałem pierwszą klasą – elegancką walizkę też sobie kupiłem – przez północną Jugosławię, północne Włochy aż do Francji bez najmniejszych trudności. Na różnych stacjach widziałem, jak z trzeciej klasy wychodziły jakieś obdartusy, nieogoleni, uciekinierzy, ale oczywiście trzymałem się od nich z daleka. (...) We Francji wysiadłem w Modane, na pierwszej stacji za francusko-włoską granicą. Wyszedłem z pociągu, podszedłem do pierwszego francuskiego policjanta, jakiego zobaczyłem, i powiedziałem mu, że jestem polskim oficerem, tu jest gdzieś centrum dla oficerów polskich i proszę mnie do nich skierować.

Francuz bez najmniejszych trudności zaprowadził mnie na miejsce. (...) Żeby to skrócić: spędziłem noc w hotelu, kładłem opatrunki na te moje nogi zbolałe. Następnego późnego ranka zajeżdża elegancka limuzyna, w której siedzi Paweł Siudak, szef łączności z krajem przy profesorze Kocie, a profesor Kot był wtedy ministrem spraw wewnętrznych i odpowiadał za kontakty z krajem. I tą limuzyną przewiózł mnie z Modane do Angers. W Angers już czekał profesor Kot. Zgłosiłem się do niego od razu.

Czy minister Kot spodziewał się Pana, czy to było dla nich zaskoczenie?

Mnie się zdaje, że się nie spodziewali. Tylko hasło było umówione, „od pana Ryszarda”. (...)

Najpierw powiedziałem Kotowi, z czym przyjechałem. A on, że spadłem jak z księżyca: kim pan jest, proszę powiedzieć mi o swoim życiu. Zorientowałem się, że jest poinformowany albo szybko dojdzie do tego, kim jestem, więc szczerze i uczciwie przez pół godziny, może trzy kwadranse opowiadałem mu, że jestem piłsudczykiem, komendantem obwodu akademickiego Legionu Młodych we Lwowie, że w sercu noszę pamięć marszałka Piłsudskiego. Pamiętam, że przerwał mi w pewnym momencie: „To nie pamięć marszałka Piłsudskiego nosi pan w sercu, nosi pan w sercu mit Piłsudskiego”. Prawie od pierwszej chwili nawiązała się między nami sympatia.

Kot był niezwykle inteligentny, kulturalny. Najpierw nie bardzo mi ufał, ale potem więcej i on mnie... używał. Mianowicie przyprowadzał do mnie różnych ludzi, przeważnie dziennikarzy, niektórych z akcentem angielskim, niektórych z amerykańskim, także Francuzów, i mówił mi, jak z nimi trzeba rozmawiać. Na początku przychodził na te zebrania, ale potem już mi zaufał i samego mnie puszczał. Mówił: „Trzeba uważać, ten człowiek sądzi, że Polska była faszystowska, pan jest dzieckiem Becka, no to niech pan mu tłumaczy teraz... Wszyscy twierdzą, że Polska to antysemicki kraj, wszyscy Polacy są antysemitami. No niech pan to odkręca, on pisze artykuły, niech pan mu jakoś to tłumaczy”. Do takich rzeczy mnie używał... Ja robiłem propagandę, tylko propagandę. Nie wahałem się kłamać, przesadzać, była przecież wojna, rozumie pan. W czasie wojny obowiązuje inna moralność.

A po jakimś tam czasie wysłał mnie do Paryża, do Sikorskiego.

U SIKORSKIEGO W PARYŻU

Czy uczestnicząc w tych rozmowach z dziennikarzami, nie obawiał się Pan dekonspiracji, co utrudniłoby Panu działalność albo powrót do Generalnego Gubernatorstwa?

Od samego początku mówiłem Kotowi, że złożyłem przysięgę, iż wracam, że tam na mnie czekają. Poza tym od brata też miałem polecenie, a mianowicie: brat się pyta rządu, czy ma trwać na stanowisku, czy iść w podziemie. (...) Ja mówię, przysięgałem na to, a on mówi: „Zrobi pan to, co my tu postanowimy”. I do Sikorskiego mnie wysłał.

Sikorski napuszony, ale oczywiście grzeczny, podziękował mi za moje trudy, choć bez żadnej przyjaźni. Pewnie wiedział o bracie, o Legionie Młodych i tak dalej. Bez żadnych sentymentów zakończył rozmowę: „Przydzielam pana do ministra spraw wewnętrznych profesora Kota”. – „Panie generale, ja przysięgałem, mam natychmiast wrócić”. Obruszył się: „Jest wojna, pan jest zmobilizowanym oficerem, będzie pan robił to, co pańskie władze wojskowe postanowią. A ja pana przydzielam do profesora Kota”.

Byłem rozczarowany. Wróciłem do Kota. Potem minister znowu mnie wysłał do Paryża, dotarłem wtedy do Sosnkowskiego.

Sosnkowski umówił się ze mną w bistro w Paryżu. Przyszedł w cywilu. Przedstawiłem się jako Kanicki, i przekazałem mu przesłanie brata. Pamiętam, że najpierw był nieufny, bo przysłał mnie Kot. (...) Zrugał mnie, że telefonowałem jako Kanicki. I dlaczego przez telefon? Czy nie wiem, że w hotelu Regina są podsłuchy? Ten hotel to jest gniazdo wężów, tam są sami szpiedzy. W pewnym momencie powiedziałem: „Panie generale, mam pewne posłanie do pana” – no i wyrecytowałem. Wstał, podszedł do mnie, uścisnął, i tak do ucha szepnął konspiracyjnie: „No tak, to pan jest nasz”. – „Tak jest, panie generale. Zawsze będę piłsudczykiem”.

Dopiero wtedy się rozkrochmalił: „Pamiętam, chłopaczysko jeszcze nie miało piętnaście lat, matka mu chowała buty na noc, to ten chłopaczek wyskoczył oknem boso, przyszedł do nas w jakichś łapciach, które gdzieś tam zdobył, wszyscy się z niego śmiali. Pokazaliśmy go komendantowi, komendant pociągnął go za ucho i powiedział, że matki trzeba słuchać. Ale chłopaczysko nawet się nie rozpłakało, został z nami do końca. Pamiętam pana brata, pamiętam”.

Jak się już z nim żegnałem, pytam: „Panie generale, co mam powiedzieć bratu? Wracam do kraju, choć nie jestem pewny, czy mnie wyślą”. Po chwili milczenia odpowiada: „Powie pan, że generał Sosnkowski dziękuje i że żołnierze komendanta powinni być wszędzie. Proszę powtórzyć”. – „Żołnierze komendanta powinni być wszędzie”. – „Niedokładnie! Nie powiedział pan, że generał Sosnkowski dziękuje”.

Fragment pochodzi z rozmów Macieja Wierzyńskiego z Janem Karskim, książki przygotowywanej do wydania we wrześniu 2012 roku nakładem wydawnictwa PWN.

MUZEUM HISTORII POLSKI
Program „Jan Karski. Niedokończona misja”
Z okazji zbliżającej się setnej rocznicy urodzin Jana Karskiego w 2014 r. Muzeum Historii Polski prowadzi czteroletni program „Jan Karski. Niedokończona misja” pod honorowym patronatem prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Liczne projekty edukacyjne, reprezentacyjne i badawcze realizowane w ramach programu, jak tworzenie mediateki Karskiego i interaktywnego pakietu edukacyjnego oraz międzynarodowa konferencja w 2014 r., mają na celu przywrócenie pamięci o dziedzictwie Jana Karskiego, które zobowiązuje do promowania ducha tolerancji i odpowiedzialności obywatelskiej, sprzeciwu wobec szowinistycznych haseł i ideologii. Program realizowany jest we współpracy z amerykańską kampanią „Jan Karski US Centennial”, do której włączyli się byli studenci Karskiego z Uniwersytetu Georgetown oraz przywódcy organizacji polonijnych i żydowskich w USA. Więcej na www.jankarski.org.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]