Susze i powodzie to także konsekwencja tego, jak zarządzamy wodą

Prof. Mateusz Grygoruk, hydrolog: Jeśli przez 20-30 lat kombinujemy przy glebach czy rzekach, to one ulegną takiemu przekształceniu, że nie będzie się dało z nich korzystać, przestaną nas chronić i spełniać swoje funkcje.
Czyta się kilka minut
Niski stan wody w Wiśle, widok z wysokości rezerwatu przyrody Wyspy Zawadowskie. Warszawa, 28 lipca 2022 r. // Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl
Niski stan wody w Wiśle, widok z wysokości rezerwatu przyrody Wyspy Zawadowskie. Warszawa, 28 lipca 2022 r. // Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl

Martyna Słowik: „Sytuacja hydrologiczna staje się coraz trudniejsza. Udział wody wysokiej to tylko 1 proc., a strefa niska to aż 58 proc. Rośnie liczba stacji z niskim przepływem”. To komunikat Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej z lutego. Dlaczego z wodą jest tak źle?

Dr hab. Mateusz Grygoruk, prof. SGGW: Odpowiedź można by zakończyć na słowach: bo w ostatnich miesiącach nie padał ani śnieg, ani deszcz. Jednak w rzeczywistości mówimy tutaj o rzeczach, które są dużo bardziej złożone i łączą się ze sobą. Musimy pamiętać chociażby o tym, że stan wody to nie to samo, co przepływ. Średni przepływ Biebrzy w posterunku wodowskazowym Burzyn to około 35 metrów sześciennych na sekundę, natomiast obecnie wynosi on tylko 16 metrów sześciennych na sekundę. Można więc powiedzieć, że już teraz brakuje połowy rzeki. Przez dłuższy czas nasze zasoby wodne nie były uzupełniane. Możemy to porównać do planowania budżetu: na koniec roku mamy tyle pieniędzy, ile mamy, co jest wynikiem naszych zarobków i wydatków oraz ewentualnie oszczędności. Nie zawsze jest tak, że mamy mało pieniędzy, ponieważ zbyt mało zarabiamy. Czasami to nasze wydatki są za duże. I podobnie jest z zasobami wodnymi w naszym kraju: dużo wydajemy, a mało zarabiamy.

Zbliżamy się do bankructwa?

W ciągu ostatnich kilku, a nawet kilkunastu lat deszcz padał bardzo nieregularnie. Rozkład i charakter opadów też był inny niż wcześniej: wraz z pogłębiającą się zmianą klimatu pada rzadziej, ale często te deszcze są nawalne, czyli np. w trzy godziny spada tyle wody, ile dawniej w ciągu miesiąca. Co więcej, z powodu wyższych temperatur powietrza zdecydowanie więcej wody paruje. To wszystko wpływa na nasz bilans wodny, który w wielu miejscach w Polsce staje się ujemny.

Jeżeli chodzi zaś o poziom wód i przepływ w rzekach, to pamiętajmy, że za to, ile wody jest w rzece w okresach niżówek, odpowiadają wody podziemne. A one powstają poprzez infiltrację, czyli przesiąkanie wody z opadów czy roztopów przez kolejne warstwy ziemi. Problem polega na tym, że jak już pada, to wodę z deszczu staramy się jak najszybciej usunąć z krajobrazu, nie zatrzymujemy jej. Uszczelniliśmy bardzo dużo powierzchni w kraju. I zamiast pozwolić wodzie wsiąkać, zasilać wody podziemne, to odprowadzamy ją do kanalizacji deszczowej i od razu do rzeki.

Trzymając się finansowej metafory: jeżeli spada dużo deszczu, to my nie mamy zwyczaju ani możliwości „odlewania” jej na oszczędności, tylko od razu konsumujemy albo marnotrawimy. W wyniku takiego działania wody podziemne nie ulegają odtworzeniu. I zaraz będzie bieda.

Zatem problem coraz częstszych susz wynika zarówno ze zmiany klimatu, jak i ze złego gospodarowania wodą przez całe lata – betonowania miast, uszczelniania zlewni, prostowania rzek?

Tak. I co ważne: do suszy się przyzwyczajamy, a często długo jej nie zauważamy, czego nie można powiedzieć o powodzi. Jest marzec, wody jest zatrważająco mało, a mimo tego nie widać rolników, którzy wychodziliby na ulicę i krzyczeli, że jest susza, że za chwilę przyjdzie okres wegetacyjny i będą mieć problem z uprawami.

Winne są zarządzające publicznymi wodami Wody Polskie?

Moim zdaniem nie. W wielu sprawach Wodom Polskim nie sposób odmówić profesjonalizmu. Pracuje tam wielu kompetentnych ludzi. Trzeba jednak pamiętać, że jest to instytucja zarządzana centralnie. W wojsku o tym, kto dostaje awans, decyduje dowództwo. W Wodach Polskich i o polityce wodnej decydują rządzący, a więc i my, którzy zwykle co 4 lub 8 lat zmieniamy wizję gospodarki wodnej. Bardziej jest to kwestia ścierania się dwóch grup interesów.

W gospodarce wodnej cały czas jest grupa ludzi, która mówi, że aby zapobiegać suszy, ale i powodzi, to trzeba budować zbiorniki retencyjne. Łączy się z tym szerokie lobby wykonawców. Ale jest też druga grupa, która chce renaturyzować rzeki, bo też ma w tym swój interes – lubi, gdy w rzekach są stabilne populacje ryb. I każdy próbuje zrealizować swój plan. I jednej, i drugiej grupie trudno odmówić racji. Moim zdaniem należy położyć nacisk na to, że tak jak renaturyzacja rzek nie rozwiąże całkowicie problemów suszy, tak i budowa kolejnych zbiorników nie zapobiegnie powodzi, choćby takiej, jaką mieliśmy we wrześniu 2024 r.

Nota bene, ta powódź wystąpiła w miejscach, gdzie wszystkie rzeki są uregulowane i jest to najbardziej hydrotechniczne przekształcony obszar naszego kraju. Renaturyzacja rzek i budowa zbiorników mogą i muszą się wzajemnie uzupełniać. Wspólnie mogą pomóc ograniczyć ryzyko powodzi i suszy.

Chce mi Pan powiedzieć, że interesy obu tych grup zawsze są równoważne? Przecież hydrologia jako nauka jest obiektywna, a jej prawidła nie podlegają chyba negocjacji?

Oczywiście, jednak kwestie społeczno-percepcyjne są bardzo ważne. Gdy 5 lat temu były konsultowane PUW-y – Plany Utrzymania Wód – to pojawiło się kilkadziesiąt głosów w dyskusji. W tym roku w ramach konsultacji do Wód Polskich trafiło ponad 3 tys. komentarzy. To świadczy, z jednej strony, o coraz większej świadomości społecznej i wrażliwości na kwestie środowiskowe, z drugiej o tym, że przestaliśmy ślepo wierzyć w pewne stare dogmaty związane z wodą, bo widzimy, że one już nie działają.

Przykład?

Znalazłem ostatnio podręcznik z 1962 r. pt. „Przewodnik do ćwiczeń z melioracji wodnych”. Nie ma w nim mowy o żadnej naturze, środowisku. Wszystko jest kwestią inżynierii, techniki stosowanej na polach uprawnych. Ta książka powstała zapewne w reakcji na jakiś problem, który trzeba było rozwiązać, by ludziom żyło się lepiej, by rolnicy mogli efektywniej wykonać pracę. Proszę sobie wyobrazić, że w rozdziale o „regulacji rzeki” jest instrukcja, że trzeba wziąć pod uwagę dosłownie wszystko – przepływy ekstremalne, zabudowę koryta, przekroje, a nie ma słowa o środowisku rzeki.

Kłopot w tym, że wielu interesariuszy wciąż traktuje meliorację i regulację rzek dogmatycznie – jako działanie dla działania, a nie jako remedium na nowe problemy. Teraz już wiemy, że jeśli przez 20-30 lat kombinujemy przy glebach czy rzekach, to one ulegną takiemu przekształceniu, że nie będzie się dało z nich korzystać, przestaną nas chronić i spełniać swoje funkcje. Uregulowane, wyprostowane rzeki i zabudowane tereny zalewowe nie dają szans na ochronę przed powodzią i nasilają suszę, gdy długo nie pada. Zniszczyliśmy torfowiska i rzeki i tego nie da się łatwo przywrócić.

Co w polskich realiach najbardziej wpływa na pogarszającą się sytuację z wodą?

Moim zdaniem – bałagan w ustawie Prawo wodne. W obecnym kształcie jest ona zlepkiem wcześniejszych dokumentów prawnych dotyczących wody, które były wiele razy modyfikowane i nowelizowane, niekoniecznie racjonalnie i całościowo, oraz w dopasowaniu do zmieniających się realiów.

Na przykład artykuł 227. ustawy Prawo wodne definiuje prace utrzymaniowe. Mówi on o tym, że utrzymywanie wód powierzchniowych „polega także na zachowaniu stanu dna lub brzegów oraz na remoncie lub konserwacji istniejących budowli regulacyjnych”. Dalej, w punkcie 3. artykuł ten wymienia zamknięty zakres ośmiu czynności, poprzez które to utrzymanie wód jest realizowane.

Jakie to czynności?

Wykaszanie roślin z dna i brzegów, usuwanie roślin pływających i korzeniących się w dnie, usuwanie drzew i krzewów, usuwanie przeszkód, zasypywanie wyrw, usuwanie namułów i rumoszu, remont urządzeń wodnych, rozbiórka tam bobrowych.

Podsumowałabym ten katalog słowami: „wielkie usuwanie”.

I coś w tym jest. Nie można posadzić drzew przy rzece w ramach prac utrzymaniowych, ale można je w ramach „utrzymania wód” usunąć. Nie może pani wrzucić kamienia do rzeki bez pozwolenia na budowę, ale można go z niej wyjąć. Przy tak zdefiniowanych pracach utrzymaniowych każdy urzędnik i wykonawca podchodzi do tego literalnie: ja mam tutaj zamknięty katalog i będę się go trzymał. Nie da się prowadzić prac utrzymaniowych tak, aby podjąć próbę odtworzenia pewnych procesów.

Ten zamknięty katalog prac wygląda jak „klapki na oczach” – nie uwzględnia tego, co wydarzyło się na danej rzece, ile w niej jest wody i co się dzieje w jej ekosystemie. Nie dziwi, że na początku tego roku wśród przyrodników, działaczy ekologicznych i osób zainteresowanych rzekami w swojej okolicy konsultacje Planu Utrzymania Wód ogłoszone przez Wody Polskie wywołały tyle kontrowersji.

Głównym czynnikiem determinującym wykonanie lub nie tego planu są niestety pieniądze. PUW-y są na tyle ogólne i tak szeroko zakrojone, że zapewne większość wskazanych w nich prac nie zostanie wykonana. Nie zmienia to faktu, że jak coś będzie w planie, to jedynym czynnikiem regulującym wykonanie tych prac będzie czynnik finansowy.

Jeżeli jest rzeka, która zalała komuś podwórko piąty raz w ciągu ostatnich trzech lat, to może warto sobie zadać pytanie, czy nie przenieść tego podwórka i ludzi, zamiast co roku pisać się na tę samą tragedię? Może to będzie tańsze, lepsze dla środowiska i ludzi, niż np. regulowanie rzeki? Wymaga to jednak redakcji Prawa wodnego oraz edukacji społeczeństwa, by ludzie zrozumieli, że pogłębienie rzeki nic nie zmieni.

Co ciekawe, to pogłębianie rzeki jest zwane eufemistycznie „odmuleniem”, choć rzadko kiedy przy planowaniu „odmulenia” ktoś w ogóle posiłkuje się pomiarami geodezyjnymi w celu ustalenia, co tak naprawdę rzece dolega, ile tego mułu jest i jak wygląda stan dna w porównaniu do danych sprzed kilkunastu, kilkudziesięciu lat. Z prowadzonych przez nas badań wynika, że dna rzek w Polsce ulegają ciągłemu obniżaniu.

Od kilku lat w wakacje, a czasami nawet wiosną, możemy zobaczyć mapę Polski z zaznaczonymi miejscami, w których wprowadzono ograniczenia w poborze wody. Czy to możliwe, że już tego lata zabraknie wody w kranach?

Myślę, że woda w kranach w naszych domach będzie, ale może jej brakować dla przemysłu czy rolnictwa. Rolnicy sobie z tym poradzą, bo wykopią studnie i będą pobierali wody podziemne. Konsekwencje tego będą widoczne dopiero za kilka lat – na szybko niczego złego nie zaobserwujemy. No, może w międzyczasie wyschnie nam kilka małych rzek. Prywatnym użytkownikom grożą również ograniczenia w poborze, które i tak często nie są respektowane.

Zaczęła pani naszą rozmowę od ostrzeżenia Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej o niskich stanach i przepływach w rzekach. Jednak również Państwowy Instytut Geologiczny wydał ostrzeżenie o niżówce hydrogeologicznej, a to już coś znacznie poważniejszego. To oznacza, że wody podziemne są w złym stanie i jest ich za mało, a są przecież podstawą zaopatrzenia nas w wodę. Źródła podziemne są bardzo stabilne, ale też odnawiają się bardzo powoli i tylko wtedy, gdy dajemy im na to szansę, czyli nie uszczelniamy powierzchni, pozwalamy wodzie przesiąkać, zbieramy ją i zatrzymujemy w krajobrazie. Obecnie niestety bierzemy spod ziemi wodę jak z oszczędności, ale ona się kończy. Nawet jeżeli zaczniemy działania odtwarzające, co na razie idzie nam słabo, to efekty zobaczymy za wiele lat.

Wspomniał Pan, że aby poprawić sytuację wodną w kraju i zmniejszyć chaos, trzeba zacząć od ustawy Prawo wodne. Co Pan proponuje?

W 2022 r. wraz z grupą ekspertów pracowałem nad Krajowym Programem Renaturyzacji Wód Powierzchniowych, który – moim zdaniem – wyszedł nam całkiem dobrze. Wtedy też Państwowa Rada Ochrony Środowiska zaproponowała zmiany w ustawie Prawo wodne. M.in. rozszerzenie dotychczasowego katalogu prac utrzymaniowych o nasadzenia drzew i krzewów w nadbrzeżnych strefach buforowych, wprowadzanie i kształtowanie tych stref, wprowadzenie działań, które pozwolą na ukształtowanie siedlisk zwierząt nad wodami, usuwanie gatunków inwazyjnych roślin i zwierząt, ale też usuwanie odpadów oraz – co bardzo istotne – założenie urządzeń monitoringu jakości wód, stanów wód i ich przepływów.

Zaryzykuję twierdzenie, że nawet gdybyśmy mieli bardzo źle napisane aktualizacje planów gospodarowania wodami, gdybyśmy mieli bardzo źle napisane dokumenty dotyczące ochrony przed powodzią czy zapobiegające suszy, to po proponowanych zmianach na tych wszystkich malutkich rzeczkach, które mamy w krajobrazie, mądrzy ludzie mogliby podejmować działania, które są w naszym wspólnym interesie: spowolnić odpływ, zachować wodę w krajobrazie.

Co się stało z tą propozycją?

3 lata temu położyliśmy ją na biurku minister klimatu Anny Moskwy. Do dzisiaj zapewne tam leży.

Obecna ministra czy wiceministra klimatu i środowiska też nie odpowiedziały?

Nic nie wiem o działaniach Ministerstwa Klimatu i Środowiska w tym zakresie. Może tegoroczna wiosenna susza to dobry moment, by o tym przypomnieć.

Z czym jeszcze w związku z pogarszającym się stanem wód musimy się liczyć w najbliższym czasie?

Zacznijmy od produkcji energii elektrycznej. Większość dużych elektrowni w Polsce to są elektrownie zlokalizowane blisko rzeki, żeby było je czym chłodzić. Planowana odbudowa elektrowni w Koninie zakłada pobranie wody z rzeki Kiełbaski i następnie odparowanie tej wody po wytworzeniu energii. Niżówki w Wiśle, podobne do tych z zeszłego lata, mogą spowodować takie ograniczenia w dostępie do wody, że trzeba będzie wyłączyć bloki elektrowni Kozienice.

Czyli mogą wystąpić lokalne blackouty?

To prawdopodobne. Kolejna kwestia to ścieki. Wpuszczamy je do rzeki przy teoretycznym założeniu – bo na takich opierają się pozwolenia wodnoprawne – że jest w niej pewna ilość wody, która je rozcieńczy. A przecież przy permanentnej suszy i niskich przepływach wcale tak być nie musi. Może wydarzyć się kolejna tragedia podobna do tej na Odrze z 2022 roku. Rzeka po prostu nie da rady.

Co jeszcze – poza zmianami legislacyjnymi – musimy zrobić, żeby szybko zacząć poprawiać stan wód w Polsce?

Hydrologia jest do bólu banalna. Woda płynie zawsze z góry do dołu. Gdy będziemy pobierać ją z wód podziemnych, to w okresach niżówek w rzekach będzie jej mniej. Gdy wyprostujemy rzekę, to będzie płynęła szybciej, a jak spadnie w krótkim czasie dużo deszczu, to ten szybki prąd spowoduje podtopienie obszarów, które są poniżej. W tym nie ma większej filozofii.

Zmiany legislacyjne często trwają długo nie tylko dlatego, że procesy prawne są czasochłonne, ale również dlatego, że to kwestia ego. Walka, żeby dany zapis prawny przeszedł w naszym kształcie, a nie w tym zaproponowanym przez oponentów.

A czas ucieka.

W 2020 r. panowała straszna susza. Wtedy rzeki i rowy melioracyjne tak wysychały, że rolnicy zaczęli do nich wrzucać siano, aby wodę zatrzymać, spowolnić odpływ. Później – na wniosek szeroko rozumianego lobby rolniczego – zmieniono artykuł 395. ustawy Prawo wodne, który mówi, że nie wymaga pozwolenia wodnoprawnego spowalnianie zatrzymywania odpływu systemów melioracyjnych. Gdy mamy swój rów melioracyjny, możemy go zamknąć, jeżeli widzimy taką potrzebę i nie wpływa to negatywnie na obszary sąsiednie.

Żeby sytuacja w Polsce się poprawiła, konieczne są, po pierwsze, działania systemowe – na poziomie legislacyjnym i władzy centralnej. Po drugie, powinniśmy wprowadzić elementy hydrologii do szkół podstawowych jako przedmiot o znaczeniu strategicznym, bo gospodarowanie wodą w Polsce przestaje być kwestią hobby, a zaczyna być kwestią racji stanu. Po trzecie, może warto byłoby zostawić trochę zniszczeń popowodziowych. Nie odbudowywać, niech stoi, gnije, niech rząd zapłaci ludziom z naszych podatków za wybudowanie się w innym miejscu.

To pozwoliłoby zakorzenić się myśli, że skoro powódź była w 1997, 2010 i 2024 roku, to przyjdzie też w 2028 czy 2035. Odbudowywanie na terenach szczególnie zagrożonych powodzią, na które ona regularnie przychodzi, jest dobre tylko w krótkoterminowej perspektywie – w dalszej to są zmarnowane pieniądze i wiele powtarzających się ludzkich tragedii. Po czwarte wreszcie, bycie świadomym konsumentem – jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi – jest czymś, co pozwala w pewnym skromnym stopniu wpływać na oszczędzanie zasobów wodnych.

Wybieranie sezonowej i lokalnej żywności, dieta wegańska czy chociaż wegetariańska, która ma niższy ślad wodny, lub chociażby – jeżeli chcemy jeść mięso – wprowadzanie naszej polskiej dziczyzny do naszego menu w miejsce mięsa hodowlanego – takie „głosowanie portfelem” może nam pomóc przygotować się na cięższe czasy.

Dr hab. Mateusz Grygoruk, prof. SGG // Archiwum Prywatne

Dr hab. Mateusz Grygoruk, prof. SGGW – jest hydrologiem, dyrektorem Centrum Badań Klimatu Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Współautor Krajowego Programu Renaturyzacji Wód Powierzchniowych, wiceprzewodniczący Państwowej Rady Gospodarki Wodnej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Wysychamy