Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Chłopcy z biednych domów

Chłopcy z biednych domów

24.12.2018
Czyta się kilka minut
B

Było zimno i po godzinie zapadł zmrok. Wypiłem kawę na stacji Gazpromu i wjechałem w las. Gdzieś z tyłu dogasała zorza, ale z przodu nadciągała chmurna ciemność. I ten las. Ciągnął się nieprzerwanie przez dziesiątki kilometrów. Bez żadnego światełka, bez żadnego skrzyżowania. Pierwszy raz wjeżdżałem do tego kraju, chociaż wiele lat błąkałem się wzdłuż jego granic. Czasami, jadąc od siebie do Warszawy, potrafiłem dołożyć 300 kilometrów, żeby przez kilka godzin niespiesznie jechać drogą 816 z graniczną rzeką po prawej. Stawać w klasztorze św. Onufrego, w Kodniu, w Okczynie, stawać nad samą wodą i patrzeć na ciemny nurt, w którym odbijają się stare topole i wierzby. Traciłem mnóstwo czasu, ale nie mogłem się oprzeć. Zimą, latem, wiosną. Jakby tam, po tamtej stronie, było jakieś pole magnetyczne. Dopiero w Siemiatyczach skręcałem na zachód, nie porzucając jednak rzeki.

Albo na...

12802

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Stasiuk

Byłem w Mińsku jakieś 20 lat temu, już za Łukaszenki. Początek maja, mieszkaliśmy kilka dni w jednym z tych szarych blokowisk o których pisze AS. Ogrzewanie już centralnie wyłączyli, pogoda pod psem, śnieg z deszczem, w mieszkaniu było zimno jak sukinsyn, dogrzewaliśmy w kuchni elektryką. Pamiętam jeden wieczorny spacer po centrum, gdzieś koło 23 było, Dien' Pobiedy czyli święto, w centrum w barze McDonalds raczej pusto, tylko my i białoruska rodzinka - młoda mama z malutkim dzieckiem i z pijanym w sztok chyba-mężem. Znajoma Białorusinka wytłumaczyła mi na czym fenomen Łukaszenki polega: "tu ludzie chcą tylko żeby wódka i ziemniaki były tanie i żeby wojny nie było - a Bat'ko im to wszystko daje". Szczytem marzeń dla pragnących czegoś więcej była wtedy amerykańska wiza. Niedawno mój znajomy wrócił z krótkiej wycieczki na Białoruś. Do Mińska nie dojechali, ale zachwalał "jak tam czysto i bezpiecznie" gdzie byli, Grodno, Brześć itepe. No cóż, coś za coś. Dobrze, póki można wybierać.

Mikołaj położył mi pod choinkę właśnie wydanych przez Agorę „Władców Polski”, których przeczytałem od razu i oczywiście od deski do deski. Bardzo dobry tekst, a właściwie zbiór tekstów – książka składa się z wywiadów z historykami, z których każdy poświęcony jest kolejnemu władcy, z drugiej strony ta sama historia opowiedziana jest przez często przez kolegę/koleżankę po fachu w ramach snucia opowieści o odpowiednio innym władcy, przez co narracje znakomicie się zazębiają i koniec końców tworzą całość. Można i pewnie nawet należy starać się znaleźć odpowiedź na pytanie który z władców był najlepszym a który władcą najgorszym. I co to w ogóle znaczy być dobrym władcą albo też co to znaczy dobrze rządzić Polską i pewnie też z myślą o tym ta książka właściwie powstała. Sam na starałem się przede wszystkim znaleźć odpowiedź na pytanie do której z „Polsk” mam się właściwie poczuwać – do tej która zajęła Moskwę, zhołdowała Zakon i pobiła Turczyna pod Wiedniem, a jeśli nie mierzyć bycia w czymś dobrym sukcesami militarnymi to tej, wobec której lojalnym poddanym był choćby Kopernik i w której zaczął studiować, bo Niemczech nie miał jeszcze na dobrą sprawę gdzie i tej z rycin Dahlberga, gdzie każde pomniejsze nawet miasto zdaje się „błyszczeć koniunkturą” czy tej dotkniętej paraliżem, biednej i miast pozbawionej, za to usiłującej rozwiązywać swoje nierozwiązywalne problemy na barkach chłopów ?

Jak zwykle w takich przypadkach okazało się że pytanie było źle postawione. Obie „Polski” okazały się bowiem najzwyczajniej jedną i tą samą „Polską”. Rzecz polega na tym, że - używając aktualnej komputerowej nowomowy albo jak kto woli pidgin – w polskim systemie politycznym zagnieździł się bug czyli błąd. Jedna linijka programu, która paraliżuje działanie całego algorytmu i której trzeba się w pocie czoła doszukiwać. No i chyyyyba ją właśnie znalazłem. Rzecz bowiem w tym że w Europie, albo jak kto woli w krajach chrześcijańskich władzą wykonawczą był król bądź cesarz. Ten król bądź cesarz był jednocześnie reprezentantem kościoła na ziemi, przez co z jego pozycją nie do końca się można było kłócić czy też kontestować jego poczynania. Na tej podstawie, jako namaszczony mógł też zakładać dynastie. Bóg tak chciał i tyle. No właśnie nie do końca i nie zawsze, bo mniej lub bardziej poddani starali się wpływać na decyzje władcy. Istniała jakaś forma wyborów, jak choćby niemieccy Kuerfuersten czyli książęta elekcyjni wybierający cesarza. No i stany czyli organizujące grupy społeczne wymuszające na władcy przyznanie im tych czy innych przywilejów, które z czasem albo potworzyły parlamenty albo dopchały się jednak do rządzenia. Pewnie najgorzej było z tym współrządzeniem w Rosji (przez co mrożkowski Edek czyli Łukaszenka jest dziś tym kim jest – komuniści weszli po przejęciu władzy w tę samą carską strukturę i niewolnik mógł stać się co najwyżej nadzorcą, choć pewnie trzeba myśleć i o tym, że po obaleniu (tak właśnie, sam sobie przecież nie poszedł) cara i w Rosji zebrał się – choć na mrugnięcie oka – było nie było parlament, a Rosjanie czy Białorusini nie są może zanadto obywatelscy ale rozpolitykowani już tak. Kiedy byłem ze znajomym na Łotwie zza ławki przystankowej wychynął ni stąd ni zowąd nie do końca trzeźwy rosyjskojęzyczny obywatel i zaczął dyskusję o Łukaszence właśnie, twierdząc jakkolwiek że Łukaszenka to „chazjajn” czyli równiacha i nie byle kto w jednym.

A Polska poszła jeszcze inną drogą. Na – piastowskim – początku szliśmy właściwie z Niemcami (albo Germanami jak kto woli). Razem podbiliśmy na przykład plemiona słowiańskie na dzisiejszym Pomorzu a i z Krzyżakami było nam po drodze (jeden z piastowskich książąt ma nawet wspólny nagrobek z jakimś tam mistrzem zakonu). Stosunki zaczęły się psuć właściwie dopiero później, albo dużo później, kiedy zachodni świat przestał stopniowo przejmować się chrześcijaństwem w jego średniowiecznym wydaniu i zajął się podbojem. Jednocześnie już wcześniej uważano, żeby władza królewska nie stała się zanadto absolutna. I jak najbardziej rozumiem przodków w tym miejscu, jako że sam miałem okazję doświadczyć co to znaczy być poddanym cesarza. Austria jest dziś co prawda republiką, lecz duch Habsburgów ciągle się nad nią unosi, albo też organy państwa działają nie zawsze po republikańsku. Ot choćby pisma urzędowe przychodzą pisane szyfrem i nie pomaga dziesięciokrotne ich przeczytanie, a tłumaczeń dokonuje dopiero urzędnik, jednak nie od razu, tylko po odstaniu swojego w upokarzającej kolejce – interesanci załatwiani się wyjątkowo ślamazarnie. Na końcu okazuje się że chodzi choćby o zaświadczenie o zameldowaniu. No albo wsparcie jakiego wiedeńska policja raz w czas udziela kontrolerom biletów. Raz to wyjścia ze stacji metra obstawi w towarzystwie owczarków niemieckich, innym razem w sobotnią noc kontrola dokonana zostanie po uprzednim załadowaniu pasażerów do policyjnych furgonów. Nie jest to nagminne co prawda, ale ledwo jest spokój, już władza postanawia przypomnieć że jest władzą. Dlatego też rozumiem, dlaczego w czasach jagiellońskich szlachta przepchnęła, a władca się zgodził na to, aby mogła wypowiedzieć mu posłuszeństwo. Rzecz jednak w tym, że najpóźniej w tym momencie stał się właściwie prezydentem. A jednocześnie takim, którego nie można odwołać. I od tego momentu egzekutywa i legislatywa zaczęły się w Polsce rozmijać. Wola władcy mogła być zakwestionowana, a wola obywateli nie do końca wyrażona. Co ciekawe warchoły i zdrajcy co prawda się zdarzali, ale generalnie myślano o dobru publicznym. Tyle że co raz to miej możliwym stawało się jego wyrażenie. O systemie prezydenckim myśleli już co prawda niektórzy autorzy konstytucji 3 maja, ale uznali że nie jesteśmy w Ameryce i że za wcześnie na to. Zapisali więc że Wettynowie będą nam miłościwie panowali. Co nie rozwiązało oczywiście głównego problemu, bo przecież można równie dobrze zapisać co innego i kółko się zamyka. I uważam że nie ma co już nad tym zanadto dumać. Stoimy dziś wszak przed tymi samymi pytaniami co oni wówczas i wobec nowych które doszły po drodze, a czy mamy lepsze pomysły ? Mamy za to system parlamentarny (w roku 1918 nie było zbyt wielkiej skłonności ku instalowaniu monarchy), więc i „bug” został usunięty z sytemu. I to jest akurat dobra nowina.

Nie mam czasu czytać dłuższych tekstów przed snem, jak kiedyś. Dzięki autorowi nie poczułam się sfrustrowana tym faktem. Można jeszcze w zalewie internetowych śmieci znaleźć coś wartościowego. Dzięki

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]