Wiadomo, w epoce mediów elektronicznych i wojen tożsamościowych zanika zdolność do rzetelnej dyskusji i tolerowania nawet niewielkich różnic. Inwektywy, manipulacje, szyderstwo i krzykliwy dogmatyzm dominują dziś nie na marginesach, lecz w głównym nurcie (zwłaszcza politycznej) debaty. Gdzieniegdzie pojawiają się wprawdzie jakieś symptomy poprawy, gdzieniegdzie daje się już zauważyć potrzebę normalności – dobrym przykładem jest opisywana tu przeze mnie niedawno dysputa pomiędzy Flintem Dibble'em a Grahamem Hancockiem – ale na razie, nie oszukujmy się, sytuacja systematycznie się pogarsza.
W tej sprawie od dawna już nie mam złudzeń, jak zresztą świetnie wiedzą czytelnicy tych felietonów. Mimo to, przyznaję, wiele sobie obiecywałem po popularnym podkaście „If Books Could Kill”. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałem, został mi któregoś dnia podsunięty przez usłużne algorytmy. Zanim jeszcze posłuchałem kilku odcinków, znalazłem w sieci peany na jego cześć. Że jest to rozrywka na najwyższym poziomie (ucząc bawi, bawiąc uczy), że dwaj prowadzący – dziennikarz Michael Hobbes i prawnik Peter Shamshiri – to błyskotliwi a bezkompromisowi intelektualiści, którzy krytycznie, ale merytorycznie przyglądają się różnym sławnym oraz kultowym książkom i z gracją strącają je z piedestału. I że robią to z ogromnym poczuciem humoru oraz inteligencją. A przecież tego właśnie najbardziej nam dziś brakuje: rzeczowej krytyki, pogłębionej dyskusji, a przy tym dowcipu, lekkości i swady.
Cóż, powiem szczerze, nic podobnego w „If Books Could Kill” nie znalazłem. Mamy tu raczej zestaw ścisłych przeciwieństw wspomnianych wyżej jakości. Nie jest to ani śmieszne, ani błyskotliwe, ani odważne, ani tym bardziej merytoryczne, nie uświadczysz też swady czy intelektualnej głębi. Rozmowy Hobbesa i Shamshiriego, owszem, inkrustowane starannie wyselekcjonowanymi (żeby potwierdzać to, co z góry założone) danymi oraz urywkami z tekstów czy wypowiedzi, mają, jak się zdaje, jeden zasadniczy cel. Wyśmiać i zdeprecjonować wszystko, co nie mieści się w doskonale przewidywalnym zestawie wysoce słusznych, lewicowych poglądów prowadzących.
Każdy, kto wyłamuje się – mniej lub bardziej – z tego ściśle zdefiniowanego kanonu poprawności, każdy, kto, jak choćby politolog Yasha Mounk, autor świetnej, krytycznej książki o politykach tożsamościowych „The Identity Trap” albo psycholog Jonathan Haidt, autor m.in. „Prawego umysłu” oraz „The Anxious Generation” – sceptycznie patrzy na najmodniejsze dziś w progresywnych kręgach (i na kampusach) teorie i dogmaty, ten może liczyć, że zostanie przez Hobbesa i Shamshiriego wzięty na celownik. A następnie wyśmiany, obrzucony epitetami, zredukowany do kilku wyjętych z kontekstu cytatów, przedstawiony w krzywym zwierciadle, nie w ramach merytorycznej krytyki, lecz w celu demonstracji tezy implicite zawartej w każdym odcinku. Brzmi ona: wszyscy, którzy myślą inaczej od nas, są ignorantami, prowokatorami albo idiotami, którzy wygadują jakieś bzdury i kurioza. Istotnym środkiem służącym tej demonstracji jest charakterystyczny śmiech, którym kilkanaście razy na godzinę wybucha Hobbes, niekiedy, wydaje się, zupełnie bez powodu.
Mniej więcej tak to wygląda zawsze, ale postać czystą do analizy osiąga w odcinku poświęconym książce Sama Harrisa „Koniec wiary”. Przez ponad godzinę Hobbes i Shamshiri opowiadają o tym, jak złym człowiekiem jest jej autor. Wyśmiewają się z niego i jego rodziny, bawi ich zwłaszcza fakt, że jego matka była twórczynią popularnego na przełomie lat 80. i 90. sitcomu „The Golden Girls”. Przedrzeźniają go, wielokrotnie nazywają rasistą (cytuję: „Sam Harris, you are a weird, racist b***h!”), zarzucają mu różne mroczne polityczne inklinacje, śmiejąc się przy tym nieustannie i potakując sobie nawzajem.
Choć nominalnie odcinek dotyczyć ma wydanej w 2004 r. książki, która zapoczątkowała ruch nowego ateizmu, tak naprawdę niewiele się na jej temat dowiadujemy. W chaotycznym potoku chamskich przytyków, rechotów, przekręcanych wypowiedzi i przypisywanych złych intencji nie ma w zasadzie żadnej sensownej krytyki, do tego bowiem potrzebna jest najpierw uczciwa rekonstrukcja przekonań, z którymi zamierza się podjąć spór. Doprawdy, słuchając „If Books Could Kill” – nie tylko odcinka o Harrisie, ale także wielu innych – odnosiłem co i rusz wrażenie, że są to przepełnione samozadowoleniem rozmówki dwóch szkolnych bullies, którzy za każdym razem wybierają sobie inną ofiarę, a następnie metodycznie ją wykpiwają.
Nie wiem już, szczerze mówiąc, co bardziej niepokojące – popularność tego programu, czy może komentarze, z których wynika, że ludzie uważają go za merytoryczny i dowcipny. Owszem, nie ma w tym poniekąd nic dziwnego, jak wspomniałem na początku, także w ideowym środowisku Hobbesa i Shamshiriego kultura debaty jest w zaniku, a zastępują ją szyderstwo, szantaż emocjonalny i erystyka. Nie o to chodzi, żeby innego zrozumieć i podjąć z nim dialog, ale o to, żeby uczynić zeń karykaturę, a następnie rytualnie obwieścić swoje nad nim zwycięstwo.
Ostatecznie jednak warto tego posłuchać. Summa summarum, może to być naprawdę doskonały instruktaż, jak pod żadnym pozorem nie rozmawiać o książkach, które nam się z jakichś powodów nie podobają. I nie tylko o książkach, rzecz jasna.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















