Znałem kiedyś człowieka, który niezwykle szczegółowo wyobrażał sobie każde swoje potencjalne działanie. Nie zanim je jeszcze podjął, lecz… zamiast. Wystarczyło cokolwiek mu zaproponować – spacer, wyjście do kina, wspólny wyjazd – a od razu zaczynał tworzyć scenariusze, w których rekonstruował domniemane warianty zdarzeń.
Mówiło się doń, dajmy na to: „Słuchaj, kolega urządza dziś imprezę, może się wybierzemy?”, on zaś deklamował cały przebieg wieczoru, z kilkoma alternatywnymi zakończeniami. Podobnie z relacjami. Zanim się jeszcze jakaś znajomość zdążyła rozwinąć, znał w detalach jej dynamikę.
W efekcie (a jest to zjawisko w psychologii znane) człowiek ów z takim zaangażowaniem antycypował w wyobraźni niezaistniałe sytuacje, że doświadczał ich tak, jakby faktycznie następowały. Co naturalnie sprawiało, że natychmiast tracił nimi zainteresowanie i przenosił uwagę gdzie indziej. Na imprezę, której przebieg odtwarzał, nie szedł, bo w zasadzie wracał z niej, zanim się zaczęła.
Obiecujących relacji nie rozwijał, czuł się bowiem tak, jakby naprawdę mu się przydarzyły, choć przecież nie przydarzyły się wcale. Swoją drogą, rzeczywistość okazywała się za każdym razem znacznie bardziej zaskakująca, a jego scenariusze nigdy się nie sprawdzały. Nie wytrącało go to jednak z kontenansu. Mówiąc szczerze, wcale się tym nie przejmował, bo zajęty był analizowaniem kolejnych możliwych opcji, które zresztą nie realizowały się w takim samym stopniu, jak poprzednie.
Nietrudno się domyślić, że skutkiem tego była niemal całkowita bezczynność, a zarazem wielkie bogactwo towarzyszących jej afektów. Oraz zupełnie nieuzasadnionych przekonań dotyczących nie realiów, lecz tego, jak realia mogłyby oraz powinny wyglądać.
Czytać cały tekst czy wystarczy klikbajt?
Przypadek ów – intrygujący, ale wcale nie tak odosobniony – przypomina mi się nieodmiennie, kiedy widzę, co dzieje się z artykułami i tekstami anonsowanymi w mediach społecznościowych. Wiadomo, bezlitosna dyktatura klikalności rządzi się swoimi prawami. Osoby odpowiedzialne w danej redakcji za media społecznościowe muszą konstruować posty w sposób maksymalnie skrótowy i dosadny. W praktyce oznacza to często – zbyt często – wyjmowanie pojedynczych zdań z większej całości i umieszczanie ich w postach w roli specyficznego pars pro toto.
Tekst, zwłaszcza publicystyczny (także felieton), tym się jednak między innymi różni od jedno- albo dwuzdaniowego posta-anonsu, że zawiera wielokrotnie więcej zdań. Zdania te układają się w akapity, akapity zaś w wywód mający swój porządek i logikę. I dlatego dopiero zapoznanie się z całością, linearnie, od początku do końca, umożliwia adekwatne zrozumienie nie tylko treści artykułu, ale również intencji autora. Pojedynczy klikbajt nie daje takiej możliwości, a nierzadko wprost przeciwnie – wytwarza zupełnie niereprezentatywny sens, który z tym, do czego teoretycznie odsyła, nie ma nic wspólnego.
Słowem, jakkolwiek ekscentrycznie i obrazoburczo dzisiaj to brzmi: żeby wiedzieć, co jest napisane w tekście, trzeba ten tekst przeczytać. Wydawałoby się, że to oczywiste, i że właśnie po to pisze się tekst, nie zaś dwa zdania, żeby powiedzieć to, co mówi się w tekście, nie zaś to, co by się mogło powiedzieć w dwóch zdaniach.
Cóż, skoro użytkownicy mediów społecznościowych coraz częściej przypominają tego mojego znajomego. Doświadczają ekstremalnie intensywnych emocji zupełnie bez kontaktu z domniemanym ich przedmiotem. Zachowują się tak, jakby przeczytali to, co komentują, mimo że nic takiego nie zaszło. Oburzają się, fukają, plują jadem, śmieją się do rozpuku, jak również euforycznie potakują wyłącznie na podstawie jednego czy dwóch zdań, jakby znali całość, gdy tymczasem nie mają o niej pojęcia.
Czy warto zapowiadać teksty w mediach społecznościowych?
Doprawdy, nie przestaje mnie zadziwiać absolutna, niezachwiana pewność siebie, z jaką masa ludzi potrafi formułować radykalne oceny tekstów (oraz ich autorów), z których zna w najlepszym razie drobniutki wyimek. Na dodatek wybrany specjalnie tak, żeby te dzikie afekty stymulować. Przy czym poziomy tej, by tak rzec, niereferencyjności rosną w miarę pojawiania się kolejnych komentarzy. O ile początkowo ludzie komentują post nie przeczytawszy tekstu, o tyle na dalszych etapach komentarze odnoszą się już wyłącznie do wcześniejszych komentarzy.
Nikt nie czyta więc nic poza tymi postami i komentarzami, bo po intensywnej erupcji złości, oburzenia lub szyderstwa nie ma już potrzeby ani motywacji, żeby sięgać do źródła. Czy ono w ogóle ma jeszcze znaczenie? Standardowy wirtualny nienawistnik ani myśli się nim przejmować, czuje się już bowiem głęboko emocjonalnie usatysfakcjonowany, jeśli kogoś wyszydził, wyśmiał albo obrzucił inwektywami. Wiadomo, nic tak nie uspokaja i nie poprawia samooceny, jak dewaluacja innych i sygnalizacja własnej nieskalanej cnoty.
Opis przyczyn takiego stanu rzeczy to temat na inny tekst, tu warto tylko zauważyć, że – w zasadzie – publikowanie zapowiedzi tekstów w mediach społecznościowych wydaje się dziś przeciwskuteczne. Jeśli, oczywiście, celem ma być skłonienie kogoś do lektury czy też wywołanie merytorycznej dyskusji. Jeśli natomiast chodzi o wzbudzanie absurdalnych wirów, stymulowanie konfliktów i nagonek, generowanie pustych afektów i zwiększanie ruchu na tej czy innej platformie – a, to co innego. W takim przypadku wszystko, można by rzec, idzie zgodnie z planem.
Pytanie tylko – czyim?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















