Bywa smutno

Słucham nieraz telefonów do programów w radiu lub telewizji. Ostatnio coraz częściej odbiorcy proszą: "przestańcie serwować nam te awantury z komisji, te pyskówki poselskie. Tego już nie da się słuchać". A gospodarze programów są niewzruszeni. Nie ma takiego popisu agresywnej retoryki, który by - po obowiązkowej transmisji na żywo - nie został potem powtórzony wiele razy, ba, włączony do najbliższego serwisu informacyjnego. Jeśli właśnie w Sejmie przemawia minister kultury, dowiemy się o tym z przypadkowej migawki. Gościom w studio (jeśli nie są z pierwszej linii bijatyk partyjnych), dziennikarka potrafi przerwać każdą odpowiedź, ale transmisje na żywo z kilkunastogodzinnych obrad komisji do spraw afery hazardowej (dawno już zaprzestano dodawania przed nazwą afery należnego zwrotu "tzw.") stały się żelaznym obowiązkiem i reakcje odbiorców nie mają tu żadnego znaczenia. Chętnie zresztą wierzę, że oglądalność jest duża: śledzenie awantur i bijatyk słownych nie wymaga przecież niczego. I na nic nikomu jasny jak Boży dzień wniosek, że gdyby nie było transmisji na żywo, praca w komisji albo byłaby serio, albo skończyłaby się błyskawicznie.
Czyta się kilka minut

A to nie jest tylko marnowanie czasu, którego dla spraw społecznych i publicznych nigdy nie ma w nadmiarze. To przecież antylekcja tego, co służbą publiczną zwykło się nazywać. Chyba że ktoś wierzy, iż nieustanny konflikt to jest to, czego nam teraz potrzeba najbardziej. Konflikt polityczny, już prawie wojna.

W "Rzeczpospolitej" dopiero co na trzeciej stronie artykuł pt. "Złoty cielec". Tytuł i mało sympatyczne zdjęcie Lecha Wałęsy mówią wszystko. O trzydziestolecie Solidarności będziemy ze sobą walczyć. O gospodarza uroczystości, o bohaterów i antybohaterów, o nagrody i zaszczyty, a także o niesławę. Aż chciałoby się zawołać: to może lepiej nie świętować? Bo dla kogo, jeśli to będą nie wszyscy, solidarnie?

I jeszcze jedna sprawa z tych smutnych. Nie zgadzam się z autorem komentarza w "Tygodniku" sprzed tygodnia, w którym stosunek nasz do PRL ujęty został w konfrontacyjne i wykluczające się przeciwieństwo: akceptacja prawowitości państwa, z której wynikałaby nawet akceptacja SB i jej roli - albo uznanie nieprawowitości PRL, państwa o charakterze totalitarnym i niepolskim, z czego wynikać ma także spodziewany werdykt Trybunału Konstytucyjnego uznający ustawę dezubekizacyjną.

Trybunał operować będzie kryteriami z innej półki: zagadnieniem ewentualnej nietykalności zasady praw nabytych, prawnej słuszności lub niesłuszności zasady odpowiedzialności zbiorowej, wreszcie konsekwencji tzw. weryfikacji funkcjonariuszy SB w 1990 r. To, co autor komentarza nazywa "sympatiami politycznymi lub ideowymi", miałoby nam być potrzebne do kwestii rozliczeń z przeszłością. Także tych najdalej idących, co do których może już być spór: czy to jeszcze rozliczenia, czy już odwet.

Tylko co zrobić, gdy o wiele bliższe prawdy wydaje się przekonanie, że PRL był i jednym, i drugim zarazem? Państwem, które wtedy inne być nie mogło (a to zwłaszcza po Październiku stanęło jako oczywista oczywistość), a zarazem państwem i totalitarnym, i opresyjnym. W niejednej dziedzinie nie był państwem własnym, ale równocześnie tym, o którym w podróżach zagranicznych Prymas Wyszyński z zasady nie mówił źle, i do którego zdecydował się aż trzykrotnie, za każdym razem w innej sytuacji, pielgrzymować Jan Paweł II, dziękując za udzieloną gościnę nie tylko narodowi i Kościołowi, lecz także oficjalnym gospodarzom i ich służbom (przeczytajmy raz jeszcze przemówienie w Balicach z 1983 r.).

Rozliczenia to ciężka sprawa. Nie można wtedy mieć zamkniętych oczu. A już na pewno nie godzi się deptać smutnych mogił, którym należy się pokój i milczenie cmentarza, a nie pośmiertna poniewierka. Czytelnicy "Rzeczpospolitej" (z piątku, 22 bm.) będą wiedzieli, co mam na myśli.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 05/2010