Miejsce: gmina na południu Polski, 13 tys. mieszkańców. W mieście urokliwy ryneczek, duży kościół parafialny i wyremontowany deptak. W sołectwach: wymierające rolnictwo, gdzieniegdzie brak kanalizacji, dróg i chodników. Mieszkańcy: nieliczni na roli, z gruntem klasy trzeciej, inni z drobną działalnością gospodarczą, jeszcze inni dojeżdżają do miasta. Na uboczu chluba gminy: strefa przemysłowa z kilkunastoma fabrykami i firmami. Bezrobocie ok. 10 proc. Bywało gorzej.
Czas: kampania przed wyborami samorządowymi, z licznymi przeskokami wstecz, aż do roku 1990.
Postaci: długowieczny burmistrz, który ściągnął do gminy przemysł, a na siebie kłopoty; jego kontrkandydat, który chce przywrócić władzę ludu, stłamszoną jakoby przez burmistrza; proboszcz, który w politykę się zasadniczo nie wtrąca, a jedynie przed wyborami mówi, jakie cechy winna posiadać prawa władza; kilkuosobowa opozycja, która twierdzi, że jest zastraszana. Są też media: gazeta, w której rolę naczelnej pełni kandydatka na radną z komitetu burmistrza.
Spór w tej małej gminie toczy się o sprawy zasadnicze: samorządność i demokrację. Jest też, co tu kryć, walka o władzę, do której zaangażowano m.in. newralgiczną kwestię pobliskiego jeziora, fabrykę prezerwatyw w strefie przemysłowej, cmentarz oraz Matkę Boską Kalwaryjską.
Kandydat wytyka błędy
Przestronna sala na piętrze budynku straży pożarnej w jednym z sołectw. Drewniane ławki, na świeżo wymalowanych ścianach fotograficzna historia budowy budynku: od fundamentów, przez czerwone cegły, aż po scenę z księdzem i kropielnicą. Z tyłu ołtarzyk - co jakiś czas odbywają się tu nabożeństwa. Obecnych niecałe czterdzieści osób. Głos kandydata tylko co jakiś czas przerywa dyskotekowy hit z telefonu komórkowego.
Kandydat miał do czynienia z zarządzaniem zasobami ludzkimi, administracją rządową oraz finansami publicznymi. Syn rolnika, wnuk galicyjskiego chłopa, prawnuk włościanina, od trzech lat na wojskowej emeryturze. Poważny, wyprostowany, konkretny, przed sześćdziesiątką. Dlaczego kandyduje?
Powód pierwszy: przywrócenie zaufania do organów władzy, nie może być bowiem tak, że obywatele pukają, proszą, a ich sprawy leżą odłogiem.
Powód drugi: drogi i chodniki w sołectwach.
Trzeci: rada gminna podejmuje szereg uchwał ("proszę, tu jest gruba niebieska teczka"), tylko nikt później nie patrzy, czy są wprowadzane.
- To tak, proszę państwa, jakby jechać pługiem z pełną szybkością, i na nic nie patrzeć, nawet czy się skiba równo układa, a potem się dziwić, że pole nie tak zaorane, jak u Kazia - kandydat spogląda na jednego z mieszkańców; na sali nieśmiałe śmiechy.
Rzecz czwarta to zadłużenie gminy, piąta - brak koniecznych inwestycji, takich jak gimnazjum czy centrum oświatowo-sportowe. I niech się burmistrz nie chwali strefą przemysłową, bo ona daje miejsca pracy, ale niekoniecznie swoim: inwestycja idzie na Niemca, Japończyka czy innego Austriaka. Tymczasem rolnictwo pada, bo nie ma jasnej strategii rozwoju. - Plan na lata 2005-13 nie jest realizowany. To dziura, której nie da się załatać ciężarówką żwiru albo innego asfaltu - grzmi kandydat, a po sali przechodzi szmer aprobaty.
Wreszcie: deficyt demokracji. - Dlaczego nie ma w gminie odważnych, by wydzielić fundusze dla dzielnic i sołectw? - pyta kandydat. - No, choćby po 10 tys., żeby sołtys mógł szybko reagować, jak rzeczka wyleje? Rada opanowana przez burmistrza nie ma obowiązku tego zrobić, to prawda, ale mogłaby. Dla dobra demokracji.
A z demokracją w gminie jest według kandydata tak, że jej nie ma. Sołtysi milczą, bo się boją, a opozycja się nawet nie narodziła, bo burmistrz zbudował w gminie sieć układów.
Burmistrz się chwali
Burmistrz - kiedyś w Solidarności, później w AWS i PO, od kilku lat bezpartyjny; w 2002 i 2006 r. wybrany głosami ok. 80 proc. mieszkańców - podejmuje w przestronnym gabinecie z oknem na rynek. Środek kampanii, do tego interesanci - w urzędzie ruch.
- Tym, co mówią, że nie ma u nas demokracji, mogę powiedzieć jedno - mówi burmistrz, co rusz witając i żegnając gości. - Kiedy na cztery lata władzę przejęła opozycja, a mnie wyeliminowano, urzędujący burmistrz mógł zbudować zaufanie do siebie mieszkańców. I co? Dostałem 80 proc. głosów, a on 11.
Recepta na długie rządzenie to według burmistrza ludzka twarz władzy. Nie każdemu by się chciało podczas powodzi o północy wychodzić do mieszkańców. Być na pogorzelisku, w zalanych domach.
Punkt drugi: należy tak przygotować administrację, by człowiek w urzędzie był człowiekiem, a nie petentem. - Drobny przykład - ilustruje burmistrz - nie ma windy dla niepełnosprawnych, ale jest zasada, że każdy pracownik ma obowiązek zejść na dół, by obsłużyć interesanta.
- W latach 90. jeździłem starym mercedesem "beczką" - kontynuuje. - Wszyscy wiedzieli, że można mnie na środku gminy zatrzymać, pogadać, wyżalić się.
I najważniejsze: rozwiązywanie problemów. - Mieliśmy w latach 90. wielkie bezrobocie - opowiada. - Ludzie przychodzili i mówili: proszę nam dać szansę! Zatrudnialiśmy 200 osób, i to nie przy błahych sprawach, takich jak zamiatanie ulic. W 1993 r. zdaliśmy sobie sprawę, że tak na dłuższą metę się nie da, i podjęliśmy decyzję o przygotowaniu terenu pod przemysł - burmistrz wskazuje na dużą mapę, na której fioletową kreską ktoś wydzielił strefę przemysłową. - Zaczęliśmy kupować grunty. Dzisiaj jest 12 zakładów pracy, teren uzbrojony i wyposażony w media. W strefie znajdują pracę ludzie z kilku powiatów.
Burmistrz od sukcesów przechodzi do kłopotów. Pierwszy to ciągnąca się od ośmiu lat sprawa łapówki, jakiej miał zażądać od miejscowego biznesmena. Drugi - nieustający od prawie dwu dekad konflikt z proboszczem.
- W pierwszej instancji zobaczyli faceta, i go od razu skazali - mówi o rozprawie burmistrz. - Sąd drugiej instancji nakazał ponowne przekazanie do pierwszej. Ta sprawa musi mieć swojego mecenasa, ale więcej już nic nie powiem.
Skąd się wzięły zarzuty? Według burmistrza z walki z układem - sprzedawcami narkotyków, sklepami wydającymi alkohol nieletnim oraz hałasem.
- A ja układów nie szukam. Nigdzie, nawet tam - mówi burmistrz, wyglądając przez okno na drugą stronę ulicy, gdzie ponad budowle rynku wystaje kościół parafialny.
Ksiądz nie agituje
Jak to było z konfliktem burmistrz-ksiądz, do końca nie wiadomo. Jedno jest pewne. W 1990 r. burmistrz obejmuje po pierwszych wyborach urząd, a ksiądz proboszcz - w parafii od lat 80. - przyjmuje go przychylnie. Spory zaczynają się kilka lat później. Chodzi m.in. o sprowadzenie do gminy fabryki prezerwatyw, która - jak podkreśla burmistrz - daje miejsca pracy, ale nie podoba się proboszczowi, a ostatnio o zniszczony przez powódź cmentarz, którym - według proboszcza - burmistrz nie opiekował się należycie.
Prawda burmistrza to krótka opowieść o konflikcie władzy świeckiej z duchowną. Oto proboszcz, który jest u siebie "od zawsze", zaczyna się wtrącać. Chce obsadzać gminne stanowiska, dzielić i rządzić. W głowie się burmistrzowi nie mieści, co się w gminie działo: nagonka księdza, który przed każdymi wyborami agituje przeciw władzy.
Prawda proboszcza? Opowieść o burmistrzu-satrapie, człowieku z gruntu mściwym, który chce mieć wszystko pod kontrolą. - Zaczęło się od tej korupcji - opowiada duchowny. - Biznesmen oskarżył burmistrza o żądanie łapówki, a burmistrz mnie, że całą sprawę inspirowałem. Agitacje na Mszy to bajka. Jedyne, co przed wyborami robię, to opisuję przymioty idealnego burmistrza. Podkreślam: w politykę się nie mieszam. Przed tymi wyborami zachowam się tak, jakby ich w ogóle nie było.
Jak zaznacza burmistrz, proboszcz to jedno, a wiara katolicka to drugie. - Dla mnie to sytuacja trudna, bo z domu wyniosłem szacunek dla kapłaństwa. Chodzę więc na Msze gdzie indziej, bo dla mnie kościół to miejsce skupienia i modlitwy.
Proboszcz potwierdza: pan burmistrz, owszem, do kościoła uczęszcza, gdyż nieobce mu jest granie na "katolickiej nucie". Do tego stopnia nieobce, że w poprzednich wyborach miała mu się ukazać Matka Boska Kalwaryjska, stanowczo żądając podjęcia wysiłków o reelekcję, o czym burmistrz (to nadal wersja proboszcza) nie omieszkał zawiadomić wyborców.
Burmistrz potwierdza tylko jedno: był w Kalwarii, ale objawienia to fantazje proboszcza. Oszczerstwa, które zmierzają do zrobienia z niego wariata.
Wszyscy dostają telefony
W gminnej walce o władzę od lat żywy jest wątek pogróżek. Jeśli wierzyć we wszystkie wypowiedzi - grożą wszyscy wszystkim.
Były działacz lokalnego oddziału nieistniejącej dziś partii, w opozycji do burmistrza: - Druga, trzecia w nocy. "Uspokój się", "nie podskakuj", "zatłuczemy". Otruto mi też dwa owczarki niemieckie. To było po tym, jak napisałem do gazety regionalnej list o zaniedbaniach władzy w sprawie naszego jeziora. Sprawca dostał grzywnę i więzienie w zawieszeniu.
Kontrkandydat burmistrza: - Ach tak, był niedawno telefon. Właściwie to do żony. Że mam się wycofać. Potraktowałem to jak żart.
Proboszcz: - Rzucili potężnym kamieniem w szybę. Były też telefony w nocy. Czasami co pół godziny, że spać nie szło. Tak było przed każdą rozprawą o korupcję. Pytają mnie potem w sądzie, czy ja przypuszczam, kto to. Nie, powiedziałem, nie przypuszczam, a wiem: burmistrz.
Burmistrz: - Dostawałem telefony, tylko się na lewo i prawo nie żalę.
Oponenci burmistrza mówią krótko: w gminie nie ma, poza nielicznymi wyjątkami, opozycji, a więc nie ma też demokracji. Bo burmistrz to największy tutejszy pracodawca; bo są pogróżki, które zniechęcają do startu w wyborach oraz do krytyki, w efekcie czego w szranki stają kandydaci albo słabi, albo niepoważni (jak choćby ten sprzed czterech lat, który obiecywał lotnisko); bo nie ma w gminie i powiecie niezależnych mediów.
Społeczeństwo, zdaniem krytyków, zdaje się nie przejmować. Kiedy wybucha afera z łapówką, organizuje komitet poparcia. Burmistrza bronią radni, przedstawiciele miejscowej izby gospodarczej, znani i szanowani mieszkańcy gminy.
Redaktorka kandyduje
Ci, którzy mówią o nim źle, jego popularność tłumaczą socjotechniką i podporządkowaniem lokalnych mediów.
I choć media, owszem, od czasu do czasu burmistrza krytykują - to ogólnopolski tabloid zasugeruje, że bezdusznie lekceważy niepełnosprawnego chłopca; to ktoś inny wypomni brak gimnazjum - od lokalnych, wydawanych przez gminę i powiat, gazet krzywda burmistrzowi nie grozi. Choćby dlatego, że naczelną gminnego miesięcznika, popularnej, rozdawanej za darmo gazety, jest kandydatka na radną z jego komitetu.
Gazeta informuje: że stok na cmentarzu zostanie wkrótce ustabilizowany; że lekarze w skrzydle pediatrycznym ośrodka zdrowia będą mieli nowe gabinety; że wzmocnione zostaną zabezpieczenia przeciwpowodziowe; że ocieplone będą szkoły.
Dziennikarz z pobliskiego miasta (kiedyś opisujący gminę) widzi sprawę tak: - Ta gazeta, i wiele podobnych w Polsce, kontrolowanych przez samorządy, to coś, co powinno wisieć na ścianie w urzędzie. Podobnie powiatowa, która nigdy nie krytykuje burmistrza. W obydwu nasza gmina to kraina mlekiem i miodem płynąca. A ludzie czytają właśnie te gazety.
I dodaje: - Problemem Polski lokalnej są zarówno media uzależnione od władzy samorządowej, jak i przez nią wydawane. Mieszają się dwa światy: urzędnicy, po napisaniu kilku tekstów, stają się "dziennikarzami", a dziennikarze - urzędnikami.
Burmistrz postrzega kwestię mediów inaczej: to nie gmina jest wydawcą pisma, a Miejsko-
-Gminny Ośrodek Kultury. Owszem, to urząd daje na gazetę pieniądze, ale burmistrz widzi ją już po wydrukowaniu. Co się tyczy braku bezstronnej informacji, sprawa jest jego zdaniem wydumana, bo skoro w gazecie nie ma agitacji wyborczej, to i opozycji być w niej nie musi.
Wybory za kilka dni.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















