Bóbr polityczny: w przyrodzie doszukujemy się zagrożenia, a zagrożenie lepiej na wszelki wypadek zlikwidować

Poczucie bezpieczeństwa wydaje się dobrem tak cennym, że jesteśmy skłonni poświęcić dla jego iluzji wszystko, włącznie z własnym rozsądkiem.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Podczas gdy Polska mobilizowała się, by wspierać zniszczone przez powódź miejscowości, internet zajmował się jak zwykle internetowaniem. Nie, nie zamierzam tutaj zżymać się na „hipokryzję sytych społeczeństw” ani nic podobnego. Tego rodzaju akty świeckiego kaznodziejstwa uważam za uwłaczające rozumowi i przyzwoitości – każdy człowiek jest bowiem zdolny do myślenia o kilku niezwiązanych ze sobą rzeczach jednocześnie i nie ma to nic wspólnego z żadnym sądem moralnym. Jestem pewna, że również doświadczając wielkiego nieszczęścia, ludzie przeglądają czasami memy i zupełnie nic z tego nie wynika ani o niczym nie musi to świadczyć.

Dlatego z pewnym opóźnieniem, ale mimo wszystko dotarło i do nas globalne szaleństwo na punkcie pewnego małego zwierzaka o ekspresyjnej mimice. Moo Deng to jeszcze niepełnoletni hipopotamek karłowaty (a właściwie hipopotamka), mieszkający w zoo w Tajlandii. Swoją popularność zawdzięcza charakterystycznym minom, spośród których najbardziej dobitna i chyba najczęściej powielana to ta znamionująca niewysłowioną grozę, gdy opiekun stara się podnieść zwierzątko. Niezapomniana, godna Oscara ekspresja sprawiła, że niejeden młody internauta odnalazł w niej ilustrację własnych uczuć towarzyszących np. wyjściu do szkoły. Nie trzeba szczególnie daleko szukać, żeby znaleźć te memy – hipciowa japa prędzej czy później dopadnie każdego (w sposób zupełnie niegroźny).

Najciekawsze jest bowiem to, że Moo Deng to miniaturowa wersja najbardziej niebezpiecznego ssaka na naszej planecie. Mimo swojej sympatycznej, okrąglutkiej powierzchowności – pamiętacie być może Mordkopotama z „Tytusa, Romka i A’Tomka” – to właśnie hipopotam (ten duży, nie karłowaty) odpowiada za najwięcej zakończonych śmiercią ataków na człowieka. Ale w pociesznej wersji mini, nie mówiąc już o obcowaniu wirtualnym, można się z tym groźnym stworzeniem, utożsamianym czasami z biblijnym Behemotem, zapoznać w wersji bezpiecznej, laboratoryjnej, przytulić i pośmieszkować. Najwyżej ugryzie kogoś w kolano, lecz go nie pozbawi.

To trochę przypadek znany z historii pluszowego misia. Niedźwiedź budził w dawnych Europejczykach tak wielki popłoch, że bali się wymawiać jego imię (słowo „niedźwiedź” to już nabożny eufemizm). Obłaskawił go w oczach ludzi Theodore Roosevelt, darując zwierzowi życie na polowaniu. Na pamiątkę jego wspaniałomyślności powstał ukochany pluszak świata, Teddy Bear.

Można chcieć tulić bezpieczną miniaturkę i jednocześnie respektować siłę dzikiego stworzenia. Kiedy jakiś czas temu po internecie zaczęły krążyć memy o treści „skoro niedźwiedzie są takie groźne, to dlaczego mają takie słodkie uszka?”, pojawili się pod nimi przedziwni dydaktycy spieszący z wyjaśnieniami, jak śmiercionośna jest przeciętna niedźwiedzia łapa. Nie rozumieli (albo świadomie udawali, że nie rozumieją – jestem skłonna wierzyć raczej w tę wersję), że ktoś może wyrażać się niezupełnie serio i chciałby przytulić takie niebezpieczne uszko właśnie dlatego, że jest ono wirtualne.

Ale próba restytucji tabu sama w sobie jest ciekawym zjawiskiem – tak jakby przy pomocy mema można było niechcący przywołać groźnego *HRKTOSA we własnej osobie. Ciekawe, czy przekłada się to na gotowość do zabezpieczenia pełnych łakoci śmietników, które – jak wielokrotnie udowodniono – sprawiają, że dzika fauna chętnie wyprawia się do miast.

Może jednak chodzi o coś innego: o wyolbrzymienie zagrożenia. Tak często dzieje się w odniesieniu do przyrody: nawet gdy jest daleko i nikt specjalnie nie wchodzi z nią w interakcję, zdarzają się ludzie nadmiernie zapobiegliwi, doszukujący się w niej potencjalnego zagrożenia, a zagrożenie lepiej na wszelki wypadek zlikwidować. Trawę, bo mogą w niej być kleszcze; drzewo, bo może usiąść na nim ptak, a ptaki roznoszą zarazki; nie mówiąc już o bardzo świeżym i groteskowym wręcz przypadku „bobra politycznego”. To oczywiście przykłady na współczesne zarządzanie poczuciem bezpieczeństwa, które obecnie wydaje się dobrem tak cennym, że wielu jest skłonnych poświęcić dla jego iluzji wszystko inne, włącznie z własnym, już posiadanym uprzednio rozsądkiem. Opłaca się więc ten mechanizm pompować i wyolbrzymiać. A rozsądek zakłada umiejętność radzenia sobie z ambiwalencją i więcej niż jednym odczuciem na jakiś temat. Niestety, jest wysoce nieopłacalny i nieklikalny.

Wyglada groźnie? Może troszeczkę // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Proszę państwa, oto miś