Władysław Rodowicz (nienaganna granatowa muszka, ciemna marynarka) rozkłada zdjęcia, książki, maszynopisy: historię rodziny.
- Jesteśmy rodziną "kryminalistów" - żartuje. - W każdym pokoleniu ktoś siedział w więzieniu czy obozie.
Zawsze za to samo: za Polskę. Począwszy od dziadka, Teodora Rodowicza, skazanego za powstanie styczniowe, a skończywszy na kuzynie Janie Rodowiczu. Ten ostatni, pseudonim "Anoda", żołnierz AK i uczestnik akcji odbicia więźniów pod Arsenałem, zginął zamordowany podczas przesłuchania w Ministerstwie Bezpieczeństwa w 1949 r.
Życie Władysława to i II wojna światowa, i represje UB, i stan wojenny. Z każdego z tych wydarzeń wychodził nie tylko cało, ale i bez plamy na honorze.
Recepta? Prosta, aż banalna.
Ale po kolei.
Obowiązek
Wszyscy mamy obowiązki. Kojarzą się z czymś narzuconym, nieuchronnym. Od obowiązków można wziąć urlop - na jakiś czas.
Na pytanie, czym kierował się w swoim życiu, Władysław Rodowicz długo nie może znaleźć odpowiedzi. Patrzy trochę bezradnie. Zupełnie jak jego rówieśnicy, powstańcy warszawscy, zapytani, dlaczego poszli walczyć.
I odpowiedź pada w końcu podobna: - Spełniałem swoje obowiązki. To tylko poczucie obowiązku, nie żadna tam waleczność. Myślałem nie o strachu, ale o tym, co mam zrobić. To było najważniejsze.
Nie ma wielkich słów: o patriotyzmie, przodkach-bohaterach. Jest człowiek z mocnym życiorysem i prostą receptą.
W czasie kampanii wrześniowej 1939 r., jako młody podchorąży dowodził oddziałem żołnierzy podczas obrony twierdzy Modlin. Potem konspiracja, tajna radiostacja, aresztowanie przez gestapo. Więzienie na Pawiaku. Obóz na Majdanku, Auschwitz. Po 1945 r. szantaże i represje UB i SB. Później stan wojenny - i działalność w Prymasowskim Komitecie Pomocy Uwięzionym.
Decyzje czasem dramatyczne, które po latach okazywały się słuszne.
- To zostało mi zaszczepione w domu rodzinnym, przez wychowanie i atmosferę - wspomina.
A także przez Spartę, przedwojenną akademicką organizację starszoharcerską dla studentów, w której stawiano na doskonalenie charakteru.
- A w najbardziej trudnych chwilach wspomagała mnie też łaska boska - dodaje.
Dom
Urodził się w Kijowie, w 1916 r., jako trzeci i najmłodszy z synów Stanisława i Marii. W mieście żyła jeszcze duża społeczność polska (wkrótce zniknie, zniszczona podobnie jak polska kultura na tej części Kresów, które po 1921 r. znalazły się w ZSRR).
Wojna polsko-bolszewicka rozdzieliła rodziców: tata-major walczył w polskiej armii. Gdy dotarł z nią do Kijowa w 1920 r., żona już nie żyła: zmarła miesiąc wcześniej na gruźlicę. Zabrał więc synów i wywiózł do odradzającej się Polski. Najpierw do Kalisza, a w 1923 r. do Warszawy: na ulicę Forteczną, na oficerskim Żoliborzu.
Siedmioletni Władysław zapamiętał z tamtego okresu zwłaszcza dwie rzeczy: że w końcu mieszkali razem z ojcem, i że w domu była elektryczność. Dom prowadziła babcia, Stanisława z Rymkiewiczów Rodowiczowa.
Wybuch kolejnej wojny zastał Władysława - absolwenta Szkoły Głównej Handlowej i Szkoły Podchorążych Rezerwy Łączności w Zegrzu - w twierdzy Modlin. Zmobilizowani zostają też obaj bracia i ojciec, major rezerwy.
Gdy wszyscy czterej spotkali się w mieszkaniu na Fortecznej, aby się pożegnać, wydawało się, że niedługo spotkają się ponownie. Że rozstanie potrwa może kilka tygodni, może trochę dłużej.
Było to ostatnie spotkanie ojca i syna.
Jest październik 1939 r. Polska jest już zajęta przez Wehrmacht i Armię Czerwoną, gdy na Forteczną docierają Władysław i Stanisław, jeden z braci. Przed świtem, mimo godziny policyjnej, przekradają się do domu. W ustępujących ciemnościach dostrzegają zarys budynku. Gdy podchodzą bliżej, widzą, że brakuje mu jednej ściany. Na drzwiach napis: "Mieszkańcy tego domu są obok, pod nr. 6". U sąsiadów odnajdują babcię i żonę Stanisława z córeczką.
Ojciec i Kazimierz, trzeci z braci, już nie wrócą. Major Stanisław Rodowicz spocznie w Katyniu. Kazimierz, także oficer WP, trafi do obozu jenieckiego w Niemczech. Po wojnie zostanie na Zachodzie i tam umrze, w 1960 r.
Dom na Fortecznej udaje się odbudować po kilku latach. Ale już wcześniej jest wykorzystywany: pod piwnicą brat Władysława, Stanisław, zbuduje perfekcyjnie zakonspirowane pomieszczenie dla tajnej radiostacji. Konstrukcja pod schodami nigdy nie została przez Niemców odnaleziona, mimo wielotygodniowego polowania na dobiegający z Żoliborza radiowy sygnał. Pomieszczenie było przestronne i wygodne, a ze względu na wygląd i samowystarczalność nazwano je "łodzią podwodną". Radiostacja nadawała do 1941 r., gdy niemieckie najazdy na Forteczną i pobliskie ulice stały się zbyt częste.
Dom na Fortecznej udaje się wyremontować na tyle, że w 1943 r. Rodowiczowie ponownie się wprowadzają. "Łódź podwodna" już nie nadaje, ale prowadzony jest w niej nasłuch, a uzyskane z niego informacje trafiają codziennie do "Biuletynu Informacyjnego": głównego pisma AK. Aż do Powstania Warszawskiego w domu jest też magazyn broni.
W 1945 r. ktoś wskaże skrytkę sowieckim żołnierzom, którzy rozbiją betonowe zabezpieczenia. Na długie lata "łódź" zostanie zasypana. Dopiero pod koniec lat 90. odgruzuje ją Piotr Rodowicz, syn Władysława.
Bo rodzina Rodowiczów mieszka na Fortecznej do dziś. Na rodzinne uroczystości i na święta zjeżdża tłum: sam Władysław Rodowicz ma sześcioro dzieci, 23 wnuków i ośmioro prawnuków.
Wspomina: - Czasem, gdy jeszcze żona żyła, patrzyłem na ten tłum przy stole i mówiłem do niej: "Aleśmy narozrabiali".
Bezsilność
Dla żołnierza wywieszenie białej flagi zawsze jest trudne. W 1939 r. dla podkomendnych Rodowicza w Modlinie była to tragedia. Dwa dni wcześniej padła Warszawa, ale nie chcieli wierzyć, że walka się kończy. - Płakaliśmy - mówi Władysław. - To był jeden z najgorszych dni w moim życiu.
Miały nadejść gorsze.
W okupacyjnej Warszawie Rodowiczowie, Stanisław i Władysław, angażują się w konspirację. Rok 1942: Władysław zostaje aresztowany. Po przesłuchaniach na gestapo w alei Szucha i po pobycie w więzieniu na Pawiaku trafia do obozu na Majdanku.
Pamięta, że najtrudniejszy był tam widok śmierci, liczonej w tysiącach. O roku 1943 tak napisze później w swojej książce "Tryptyk rodzinny": "Któregoś dnia po obudzeniu rannym stwierdzamy, że obóz otoczono kordonem żandarmerii z licznymi karabinami maszynowymi wymierzonymi w naszym kierunku. Zabrano z naszego piątego pola Żydów i wyprowadzono. Nagle rozstaliśmy się z kolegami, z którymi razem pracowaliśmy i byliśmy zżyci. Wszystkich Żydów z Majdanka, z Lublina i pomniejszych obozów prowadzili żandarmi niemieccy do ostatniego baraku, stojącego najbliżej krematorium, wyprowadzano nagich i rozstrzeliwano w uprzednio wykopanych dołach. Towarzyszyła temu potworna muzyka zagłuszająca strzały. Żydzi szli całymi rodzinami - kobiety, dzieci, mężczyźni, starzy, młodzi. Staliśmy bezradni między drutami".
Takich chwil wymuszonej bierności było więcej: na Majdanku, a potem w Auschwitz, dokąd go przeniesiono.
Władysław Rodowicz, który sam siebie nazywa optymistą, pisze: "Optymizm nie jest biernym wyczekiwaniem, ale wewnętrzną mobilizacją: co ja mogę zrobić, jak się zachować w trudnej sytuacji, aby przyczynić się do rozwiązania problemu".
Chyba dlatego jako najtrudniejsze chwile w życiu określa te, gdy nie miał żadnego wpływu na wydarzenia, gdy mógł być tylko bezsilnym świadkiem.
Wspomnienia z obozów należą do tych, którymi niechętnie dzieli się nawet z najbliższymi. - Wolałbym nie pamiętać - mówi, choć przecież za drutami nie zrobił nic, co mógłby sobie zarzucić. Przeciwnie: na Majdanku, jako więźniowi-pracownikowi magazynu, przypadł mu obowiązek dzielenia zupy, na dostarczanie której do obozu uzyskali zgodę ludzie z Lublina: - To były ciężkie, 200 kilogramowe beczki z gęstą grochówką. Trzeba to było szybko i sprawiedliwie dzielić. Dlatego przygotowywałem się już wcześniej, sprawdzałem, ile będzie osób, na ilu blokach. Odkładałem też po jednej porcji dla siebie i kolegów w magazynie, żebyśmy mogli zjeść po pracy - opowiada.
Dodaje: - To była taka sama porcja jak inne. Potem, po wojnie, dowiedziałem się, że niektórzy patrzyli mi na ręce, czy nie odkładam dla siebie więcej. Wtedy nie przyszło mi to do głowy. Wiedziałem tylko, że zupę trzeba sprawnie rozdzielić.
Przypomina sobie jedno zdarzenie z obozu, gdy nad sobą nie zapanował.
Na Majdanku miał znajomego w baraku francuskim. Pewnego dnia Francuz zapytał go, czy przydział chleba się zmniejszył, bo oni dostali dziś mniej. Jak się okazało, za zmniejszenie porcji odpowiadał nowy blokowy, Niemiec, który rozdzielając chleb połowę zachował dla siebie, zapewne z zamiarem sprzedaży. Zmniejszenie i tak głodowych porcji oznaczało wyrok śmierci. Rodowicz znalazł schowany chleb w pryczy blokowego, a jego uderzył w twarz. O dziwo, nie został za to ukarany.
Decyzje
Tamara miała czerwony, skórzany płaszcz. Pewnie także dziś zwracałaby w nim uwagę na ulicy, a co dopiero w szarej, okupacyjnej rzeczywistości.
Tamara, czyli Anna Stulgińska, była łączniczką. Wpadła w Grójcu: bez meldunku, bez pieniędzy na jakiś udawany handel, w czerwonym płaszczu - przyciągała uwagę. Wcześniej jej dowódca miał odmówić pieniędzy na lepsze zakonspirowanie, tłumacząc się oszczędnościami. Trafiła na Pawiak.
Rodowicz współpracował z Tamarą od początku pracy w konspiracji. Wspomina, ile razy wspólnie udawało im się wyjść z łapanki czy kotła. Był od Tamary dużo młodszy, ale nie kwestionowała jego decyzji. Opanowana, uśmiechnięta - taką ją zapamiętał.
Tamarę codziennie przewożono z Pawiaka na przesłuchania na Szucha. Nie powiedziała nic nawet wtedy, gdy Niemcy połamali jej nogi. Każdy jednak kiedyś zaczyna mówić. Tamara o tym wiedziała. Poprosiła o truciznę. Wiadomość przekazano Władysławowi. - Po wpadce wszyscy się ukrywali, byłem sam i sam musiałem podjąć decyzję. Czasu było mało, kilka godzin - mówi.
Przesłać przyjaciółce truciznę, czyli zadecydować o jej śmierci. - To wtedy był najgorszy dzień w moim życiu. Nic nie było już straszniejsze. Nawet moje aresztowanie i przesłuchania rok później. Nawet obóz - wyznaje.
Zorganizował wysłanie trucizny. Okazała się niepotrzebna: Tamara się powiesiła. Nikogo nie wydała.
Drugi raz decyzję o czyimś życiu musiał podjąć już po wojnie.
Tym razem chodziło o brata Stanisława.
Wiosną 1953 r. - pamięta, że wszędzie kwitły kasztany - dostał wezwanie do Ministerstwa Bezpieczeństwa. Stanisław siedział w więzieniu, z wyrokiem śmierci - jak wielu akowców, skazany za "kolaborację z Niemcami".
Władysławowi, który wcześniej wielokrotnie odrzucał propozycję współpracy, tym razem ubecy postawili ultimatum: albo zgodzi się na bycie konfidentem, albo wyrok na bracie zostanie wykonany. Czas do namysłu: 15 minut.
Odmówił.
Dziś tłumaczy, że uznał, iż decyzje o ewentualnym złagodzeniu wyroku śmierci podejmowane są na wyższym szczeblu, nie przez zwykłych ubeków. A poza tym, że i tak żadna umowa z UB nie będzie przez nich honorowana.
To rozsądne argumenty. Ale w takich chwilach rozsądek nie przynosi ulgi. Pytanie: "A może jednak?" wracało.
Po kilkunastu dniach dowiedział się, że Stanisławowi zamieniono wyrok na dożywocie jeszcze przed rozmową w UB. - Ale tych piętnastu minut nigdy nie zapomnę - mówi.
Brat wyszedł na wolność w 1956 r. Gdy Władysław opowiedział mu o swojej rozmowie w ministerstwie, przyznał mu rację.
Wiara
Dziś Władysław Rodowicz ma 92 lata. Nie ma wątpliwości, że wszystkie szczęśliwe zbiegi okoliczności w życiu czy też trafne decyzje, które podejmował, nie mają nic wspólnego z przypadkiem. - To łaska Boża - uważa.
Zaraz po urodzeniu był dzieckiem słabym i chorowitym. Dwa lata wcześniej, zaraz po narodzinach zmarł jego brat. Mama, pełna złych przeczuć, oddała synka pod opiekę Matce Boskiej. Tak jak w "Panu Tadeuszu":
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem
(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę).
Wiara Władysława, jak przyznaje, była jednak powierzchowna. - Tyle że starałem się być dobrym katolikiem - mówi.
Potem przyszła wojna i obozy. Przyznaje, że podobnie jak u wielu więźniów dało to początek jego pretensjom do Pana Boga. Że do tego dopuścił. Że pozwala na zło. Potem był powrót do domu i kolejne wieści o bliskich, którzy zginęli. O ojcu dowiedział się jeszcze na Majdanku: kolega z pryczy dostał paczkę z domu zawiniętą w "Kurier Warszawski". Był rok 1943, a w gazecie lista katyńska. - Czy Stanisław Rodowicz to ktoś z twojej rodziny? - zapytał kolega.
Po wojnie okazało się, że nie wrócą też kuzyni: Maria Iwanicka, łączniczka AK, oraz Stanisław Iwanicki, powstaniec warszawski. W Powstaniu zginęli też kuzyn Zygmunt Rodowicz i bratowa Krystyna. W czasie nieobecności Władysława zmarła babcia, która go wychowywała. Wspomina: - To wszystko było trudne. Mało, że byłem świadkiem zabijania w obozach, to dowiadywałem się o śmierci najbliższych. Pytałem, dlaczego tylu musiało zginąć.
Przed rozmową na UB w 1953 r. przygotowywał się na najgorsze. Było to już po tajemniczej śmierci kuzyna, Janka Rodowicza, "Anody", który miał wypaść z okna podczas przesłuchania.
Władysław: - Pojechałem do Lasek, do ks. Tadeusza Fedorowicza. Długa rozmowa uspokoiła mnie. Wtedy też zrozumiałem, co znaczy miłość Boga. Od tamtej chwili modlitwa zawsze mi pomagała. Było to jakby moje nawrócenie.
Szczęście
Czy miał szczęśliwe życie?
Długie milczenie. - Starałem się przeżyć je tak, żebym samemu sobie mógł spojrzeć w oczy. Myślę, że to się udało.
A najszczęśliwsza chwila? Władysław Rodowicz nie ma wątpliwości: - To był moment, gdy po raz pierwszy zobaczyłem przyszłą żonę.
Było to w Krakowie, gdzie zatrzymał się w 1945 r., po styczniowej ucieczce
z Auschwitz. - Poszliśmy z kolegą odwiedzić matkę koleżanki, współuciekinierki z obozu, Władysławę Kamińską.
Pani Kamińska wynajmowała pokój na Szpitalnej. Pokój był przechodni, skromnie umeblowany i ciemny, jedyne okno wychodziło na podwórze. Tamtego dnia koło okna siedziała młoda kobieta. Władysław spojrzał i już wiedział, że spotkał swoją żonę. - Proszę mi wierzyć, do dziś pamiętam każdy krok, który w tamtym pokoju robiłem w jej kierunku - mówi. Kilka miesięcy później Władysław i Anna Dembowska wzięli ślub.
Kolejnymi szczęśliwymi chwilami były narodziny dzieci. - Najstarsza, Marysia, urodziła się w Krakowie, kiedy byłem poza miastem. Gdy przyjechałem, poczułem, że jestem przywiązany do tej ziemi, że jestem nie tylko z żoną, ale i z dzieckiem, że jesteśmy rodziną.
Anna Rodowicz zmarła w marcu tego roku. Razem przeżyli 62 lata.
Władysław: - Oboje mieliśmy temperament, więc powtarzaliśmy: żeby słońce nie zachodziło z naszym gniewem. Teraz brakuje mi Anulki, rozmów z nią. Jej obecności.
Władysław Rodowicz: - Moi dorośli wnukowie często mi teraz mówią: zostaw, nie rób już tego. A mnie ciągle się wydaje, że jakieś obowiązki jeszcze mam. Po coś mnie Pan Bóg jeszcze trzyma na tej ziemi. Czy wszystko zrobiłem, jak należało? Tylko coraz mniej już mogę.
- A co w życiu jest najważniejsze? - zastanawia się. - Na pewno nie samo życie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















