Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Opowieść rodzinna, z 11 listopada w tle

Opowieść rodzinna, z 11 listopada w tle

07.11.2016
Czyta się kilka minut
„Tego dnia spotykaliśmy się z ojcem. Przychodził do nas na Pragę, choć było to dla wszystkich ryzyko. To było dla nas ważne: 11 listopada usiąść razem przy stole, jak dawniej” – opowiada Zbigniew Rylski, lat 93.
Zbigniew Rylski w latach 40. XX wieku Fot. Archiwum rodzinne Zbigniewa Rylskiego
Z

Zbigniew Wiesław Rylski, pseudonim z podziemia „Brzoza”, rocznik 1923. Powstaniec warszawski i postać niezwykła, podobnie jak jego brat Leszek, pseudonim „San”. Niezwykła jest zresztą cała rodzina Rylskich: jedna z tych, które życie całych kolejnych pokoleń podporządkowały jednemu – służbie Polsce. I robiły to bez myśli o sławie, o medalach, ale z takiego oczywistego dla nich poczucia obowiązku i przyzwoitości, które dziś coraz częściej jest niezrozumiałe. Brzmi to patetycznie? Być może. Ale tak to właśnie było.

Poprosiłam Zbigniewa Rylskiego, żeby opowiedział mi o tych 11 listopada w swoim życiu, które zapamiętał. Nie o całym życiu, tylko właśnie o tych szczególnych listopadowych fragmentach. Nie ma więc w tej opowieści ani historii walk przy Pałacyku Michla w czasie Powstania Warszawskiego. Ani tego, jak „Brzoza” został trzykrotnie ranny, ale nie złożył broni. „Jak pan strzelał, skoro pan miał rękę w gipsie?” – pytałam kiedyś. „No, rękę miałem w gipsie, ale palcami mogłem ruszać” – odpowiadał, zdziwiony pytaniem.

Zdziwiony, bo Rylscy to tacy ludzie, którzy się nie poddają nawet w sytuacjach, gdy inni straciliby ducha.

Nie będzie w tym miejscu mowy również o tym, jak bracia Rylscy angażowali się w konspiracyjne rozgrywki piłki nożnej w okupowanej Warszawie – trzeba podkreślić, że sport dla Polaków był wtedy przez Niemców zakazany. Zbigniew i Leszek w latach 1942-44 byli zawodnikami RKS „Marymont” i brali udział w rozgrywkach o mistrzostwo Warszawy; obaj grali na obronie. Miłość Leszka do piłki przetrwała wojnę i został powszechnie szanowanym członkiem – lub raczej legendą – PZPN. Był jedną z ośmiu osób, które podpisały akt założycielski UEFA w 1954 r., był członkiem Komitetu Wykonawczego UEFA.

Nie ma też teraz miejsca, by pisać szerzej o ojcu Zbigniewa, Zygmuncie Rylskim – zawodowym żołnierzu, uczestniku walk z bolszewikami już w 1918 r., który wstąpił do polskiego wojska, gdy tylko Polska wróciła na mapę. Z bolszewikami zmierzył się potem również w czasie wojny 1920 r. – brał udział w obronie Modlina. Do walki był gotowy zawsze, jak na żołnierza przystało. Nie dziwi więc, że od razu w 1939 r. włączył się w tworzącą się konspirację, jak wielu innych. W 1943 r. próbował przyjść z pomocą walczącemu gettu w Warszawie – to on przygotowywał akowską zbrojną akcję dywersyjną od strony muru getta na ul. Bonifraterskiej. Nie poddał się nawet później, gdy trafił do obozu koncentracyjnego, bo i tam współ- organizował konspirację.
Nie ma też tu miejsca, by szerzej opisać mamę, Janinę. Czwórka dzieci, wojna, wszystko na jej głowie. W 1942 r. aresztowanie.

„Dlaczego pana mamę aresztowali?” – pytam Zbigniewa Rylskiego i myślę, że pewnie była łapanka. „Przecież mama była w konspiracji, chyba w kontrwywiadzie!” – mówi i znów mam wrażenie, że pytam o rzeczy dla niego oczywiste, a dla nas niepojęte.
W historii Polski było wiele Dni Niepodległości. Kto miałby o nich opowiedzieć jak nie on? Zbigniew Rylski. To jego opowieść.

11 listopada: przed wojną

Zbigniew Rylski: – Od małego, jako członek rodziny zawodowego oficera, mieszkałem w koszarach. Byłem wychowywany w dyscyplinie i patriotyzmie. Rodzina nasza była katolicka i obowiązek uczestniczenia w mszy św. całej rodziny był przestrzegany. Bóg, honor, ojczyzna – to utrwalało się w naszej świadomości.

Mieszkaliśmy w różnych miastach: w Lidzie, gdzie się urodziłem, Suwałkach, Nisku, Pińczowie, Lubaczowie, Jarosławiu – wszędzie tam, gdzie służył ojciec. W 1939 r. został przeniesiony do Dubna na Wołyniu. Dopiero po 13 latach służby – bo nie był legionistą – został awansowany na majora. W Dubnie został dowódcą batalionu w 43. Pułku Piechoty.

We wszystkich tych miejscowościach uroczyście obchodzono święta państwowe, w szczególności Święto Wolności 11 listopada [Dzień Niepodległości został ustanowiony jako święto państwowe w 1937 r., wcześniej było to święto o charakterze wojskowym – red.]. Zawsze była wtedy defilada. Grała wojskowa orkiestra, były poczty sztandarowe organizacji młodzieżowych, harcerstwa, Sokoła. Nadal mam to w pamięci.

Pierwszy raz brałem udział w uroczystościach i defiladzie 11 listopada w 1934 r., mając 11 lat. Należałem do harcerstwa. Było to w Jarosławiu. Byłem taki dumny! Jednak jeszcze bardziej byłem dumny z ojca, wtedy w stopniu kapitana, który w defiladzie jechał na pięknym koniu, prowadził swoją kompanię ciężkich karabinów maszynowych 39. Pułku Piechoty. Patrząc przez te lata na ten cały sprzęt, żołnierzy, konie, na przechodzące formacje, byliśmy przekonani o naszej sile i potędze. Te chwile zapadły na zawsze w naszej świadomości i pamięci.

Każdego 11 listopada, już po oficjalnych uroczystościach, spotykaliśmy się w domu na uroczystym obiedzie i wtedy ojciec opowiadał nam o swoich wojennych przeżyciach.

11 listopada: wojna

Zbigniew Rylski: – Święta 11 listopada w roku 1939 już nie doczekaliśmy w Dubnie, bo 17 września weszły tam wojska sowieckie. Ojca z nami nie było – jeszcze przed 1 września wyszedł z Dubna wraz ze swoim batalionem i brał udział w walkach obronnych pod Tomaszowem Mazowieckim, a później w ramach zreorganizowanej 13. Dywizji jako dowódca pułku – w obronie Warszawy. My, czyli czwórka dzieci – Leszek, Krysia, Jurek i ja – wraz z mamą zostaliśmy w Dubnie. Uniknęliśmy jednak wywózki w głąb Sowietów, bo pod koniec października uciekliśmy do Brześcia nad Bugiem i przez rzekę przedostaliśmy się na drugi brzeg, a potem do Terespola. Stamtąd pociągiem towarowym dojechaliśmy do Warszawy, gdzie na ulicy Widok 1 mieszkała babcia. Były to pierwsze dni listopada.

Tuż przed 11 listopada do babci przyszedł mój ojciec, który był już zaangażowany w powstającą konspirację. Chciał zapytać, czy babcia miała o nas jakieś wieści, a zobaczył nas całych i zdrowych. Był bardzo szczęśliwy.

Wręczyłem mu wtedy płat sztandaru i ryngraf 43. Pułku Legionu Bajończyków, który w tajemnicy przeniosłem całą drogę z Dubna, przez okupacyjną granicę niemiecko-sowiecką. Kiedy do Dubna weszli Sowieci, wraz z kolegą w ramach tzw. „pogotowia harcerskiego” zabraliśmy klucze do bram, furtek i kancelarii pułkowej. Tam w gablocie były sztandary i ryngrafy. Zabraliśmy je i schowaliśmy. Potem dzień przed wyjazdem do Brześcia zakopaliśmy jeden sztandar. Drugi, nic nikomu nie mówiąc, zabrałem ze sobą razem z ryngrafem i dowiozłem aż do Warszawy – owinąłem się nim pod szkolnym mundurkiem.

Ojciec był dumny.

To był szczęśliwy 11 listopada, znów byliśmy razem, jak dawniej. Wierzyliśmy też, że wojna się szybko skończy.

Cała moja rodzina zaangażowała się konspirację i zapłaciła za to wysoką cenę. Ojciec najpierw, do 1942 r., był komendantem Rejonu AK na Pradze, później komendantem VI Obwodu. W lutym 1944 r. został aresztowany i uwięziony przez gestapo. Na przesłuchaniach nikogo nie wydał. Został przewieziony na Pawiak, a stamtąd w majowym transporcie do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Tam był komendantem obozowej konspiracji wojskowej. W marcu 1945 r. zginął we wsi Gęś podczas „marszu śmierci”.

Mama też działała w AK i została aresztowana w 1942 r . Ostatni raz widziałem ją w areszcie na Daniłowiczowskiej, w chusteczce z ogoloną głową. Ojciec jakoś załatwił swoimi drogami widzenie i mogła wyjść na chwilę do mnie i siostry Krysi. Została zamordowana w niemieckim obozie koncentracyjnym w Majdanku.

Dwóch braci ojca, stryjowie Czesław i Henryk, zginęli w Katyniu.

I ja, i mój starszy brat Leszek byliśmy w AK. Walczyliśmy w Powstaniu Warszawskim – wcześniej wskutek zagrożenia aresztowaniem musiałem przenieść się z Pragi na Wolę i tam zastało mnie Powstanie. Walczyłem w batalionie „Parasol” [Zbigniew Rylski przeszedł cały szlak bojowy „Parasola”: Wola, Stare Miasto, Śródmieście, Czerniaków – red]. Leszek został na drugim brzegu Wisły, na Pradze.

Wracając do wojennych rocznic 11 listopada. Już od 1940 r., będąc harcerzem w Szarych Szeregach na Pradze w grupie „Lwowicza” (Mieczysław Weitzkorn), brałem udział w akcjach tzw. małego sabotażu, szczególnie właśnie w Dniu Niepodległości. Wypisywaliśmy patriotyczne hasła na murach, niszczyliśmy niemieckie wystawy i tłukliśmy szyby w sklepach „tylko dla Niemców”, przestawialiśmy znaki drogowe, dezinformując niemieckie kolumny wojskowe.

I znów, jak przed wojną, zawsze na 11 listopada spotykaliśmy się z ojcem. Przychodził do naszego mieszkania na Pradze, na ulicy Targowej 15/47, choć był zakonspirowany i było to dla niego i dla nas ryzyko. Taką miał zasadę: że 11 listopada musimy być razem. To było dla nas ważne: usiąść w tym dniu razem przy stole jak dawniej. Tak było do jego aresztowania w 1944 r.

11 listopada: po wojnie

Zbigniew Rylski: – Pod koniec Powstania Warszawskiego przepłynąłem wpław Wisłę z Powiśla na Saską Kępę. Miałem rękę w gipsie i w pewnej chwili brakło mi już sił, ale wtedy okazało się, że byłem już na mieliźnie. Znalazłem się w szpitalu w Otwocku. Dowiedziałem się jednak, że Sowieci wywożą rannych w nieznanym kierunku, więc uciekłem. Wyjścia były dwa: albo las, albo polskie wojsko, to „ludowe”. Zgłosiłem się do II Armii WP. Był październik 1944 r.

Byłem kierowcą, więc dostałem skierowanie najpierw do V, a potem do VI Batalionu Samochodowego. Zostaliśmy ulokowani we wsi Niemce pod Lublinem, a w pierwszych dniach listopada 1944 r. przeniesieni pod Siedlce. 11 listopada zorganizowaliśmy zbiórkę kompanii, oddaliśmy trzykrotną salwę honorową i odśpiewaliśmy „Rotę”. W konsekwencji trzech z nas zostało aresztowanych – tak się skończyło nasze świętowanie Dnia Niepodległości. Następnego dnia zostaliśmy jednak zwolnieni.

Okazało się, że interweniował dowódca naszej kompanii – Rosjanin. Nazywał się Skaczkow. I tak Polacy komuniści nas wsadzili do aresztu, a Rosjanin uwolnił.

Ale po zakończeniu wojny znów zostałem aresztowany – przez Informację Wojskową [wojskowy odpowiednik Urzędu Bezpieczeństwa – red.]. Uciekłem, ale jesienią 1945 r. postanowiłem się ujawnić [była wtedy pierwsza tzw. amnestia dla członków podziemia – red.]. Z odpowiednimi dokumentami wróciłem do jednostki. Dostałem nawet awans. Ale znów aresztowała mnie Informacja Wojskowa.

Zarzucono mi przynależność do organizacji podziemnej „Biały Orzeł”, „mającej za zadanie obalenie ustroju siłą”, i w pokazowym procesie skazano mnie na karę śmierci. Oficjalnie, bo potem okazało się, że to było 6 lat więzienia. Ja jednak byłem przekonany, że czekam na wykonanie wyroku. Po procesie w styczniu 1946 r. zabrano mnie do więzienia na ulicy 11 Listopada w Warszawie... Znaczący zbieg okoliczności. Tam jednak Dnia Niepodległości nie obchodziłem, bo trafiłem do kolejnych więzień: w Rawiczu, Wronkach i Sieradzu, gdzie byłem do kwietnia 1947 r. W czasie apeli porannych śpiewaliśmy pieśni religijne. Staraliśmy się też obchodzić 11 listopada i wtedy śpiewaliśmy „Rotę”. Warto podkreślić, że odbywało się to za zgodą sierżanta służby więziennej. Nazywał się Cyl.

11 listopada: dziś

Zbigniew Rylski: – W rodzinie naszej ojciec, brat Leszek i brat Jurek byli oficerami Wojska Polskiego. Dotyczy to również braci ojca – Zbyszka, Henryka i Józefa. A także stryjecznych braci ojca – Tadeusza, Czesława i Józefa. W różnych okresach wszyscy brali udział w obronie ojczyzny, a dowodem tego jest wiele otrzymanych wysokich odznaczeń wojskowych i państwowych.

Trzech z nas otrzymało Ordery Wojenne Virtuti Militari – ojciec, stryj Tadeusz i ja.

Wszyscy oni już umarli. Tylko ja zostałem.

11 listopada dalej jest dla mnie ważny, choć nie jestem zapraszany na oficjalne uroczystości. Jednak po 1990 r. uczestniczyłem w uroczystościach organizowanych przez środowisko batalionu „Parasol”.

Dla mnie to bardzo ważny dzień. Dlaczego? Bo tak zostałem wychowany. Jeśli nie będziemy szanować przeszłości, to nie będziemy mieli przyszłości. ©℗

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]