Bezdzietni

Łatwo znaleźć się wewnątrz Kościoła, ale odejść z niego to już sprawa wielce skomplikowana.
Czyta się kilka minut

Przeprowadzenie aktu apostazji wymaga sporego zachodu i kosztuje sporo nerwów. Jakby to chcący całkowicie ponosił winę za to, że się znalazł tam, gdzie, jak podpowiada mu sumienie, dalej być nie powinien.

Można go zapytać: czy ktokolwiek obiecywał, że w Kościele będzie się mu żyło jak w raju? Poza tym, Kościół nie jest po to, by ludziom dogadzać. Przeciwnie – ma być, wzorem Jana Chrzciciela, znakiem sprzeciwu. Może to i prawda, ale trzeba też zauważyć, że aby żyć tam, gdzie się żyć nie chce, trzeba widzieć w takim trwaniu na posterunku jakąś wartość i sens. Odchodzący z Kościoła takiego sensu nie widzą – to zaś już nie tylko ich, ale i nasza – czyli Kościoła – sprawa. Przyczyn odchodzenia trzeba zatem szukać również wewnątrz wspólnoty. Historia chrześcijaństwa uczy nas, że naszym ojcom w wierze bywało znacznie gorzej niźli nam, a Kościół i tak się rozwijał. Prześladowania, zamiast odstraszać ludzi od Kościoła, przyciągały nowych wyznawców. Dlaczego tak się działo?

Ewangelia na uroczystość Chrztu Pańskiego zdaje się podsuwać odpowiedź na powyższą kwestię, ale żeby ją uchwycić, najpierw trzeba pokonać pewną trudność językową. Słyszymy, że Jan udzielał chrztu, czy też chrzcił. Tymczasem to, co robił Jan, w dosłownym tłumaczeniu z greki oznacza „zanurzanie w wodzie”. Zatem Jan zanurzał ludzi w wodzie. Podobnie „chrzcił” Jezus – zanurzał ludzi w Duchu Świętym. Czy więc nie jest z naszym chrztem tak, że, owszem, dziecko ma styczność z wodą, ale z Duchem Świętym już niekoniecznie? Nie dlatego, że Ducha przy chrzcie zabrakło, ale dlatego że zabrakło Kościoła – środowiska, w którym dziecko mogłoby wzrastać w wierze. Sakramenty to przecież nie magia. Nie działają poza umysłem, wolą czy uczuciami. Nie są wyłącznie obrzędami, dającymi łaskę, kanałami, przez które owa łaska – tajemna, magiczna moc – przepływa. Są jednym ze sposobów życia Jezusa Chrystusa w dzisiejszym świecie. A jeśli tak, to działają tylko wtedy, gdy obrzęd doprowadza do spotkania twarzą w twarz z Bogiem.

Z powyższą kwestią łączy się następna. Narzekamy nie tylko na odchodzących z Kościoła, ale i na to, że cały Kościół chyli się ku upadkowi, i to w zastraszającym tempie. Kardynał Carlo Martini mawiał, że mamy wielkie katedry, ale puste seminaria i rozbudowaną administrację; nic z tego dobrego nie wynika. Dlaczego?

Według Biblii wyrazem Bożego błogosławieństwa jest potomstwo. Podobnie jest z chrztem. Czy ten sakrament „działa”, poznajemy po żywotności wspólnot, które ów sakrament tworzą. Tymczasem Kościół nam się starzeje. Stajemy się bezdzietni, czyżby Bóg „opuścił swój lud”?

Przerażeni kryzysem walczymy z wrogami Kościoła, organizujemy wyprawy krzyżowo-różańcowe, procesje wokół siedzib różnych instytucji, nabożeństwa ekspiacyjno-przebłagalne. A tymczasem od dawien dawna wiadomo, że aby mieć potomstwo, należy częściej i dłużej bywać w domu niż na polu – najczęściej wydumanej – walki.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 02/2013