Będą patrzeć na Tego, którego przebili

Po tygodniowej przerwie wracamy do medytacji nad zdaniem wybranym przez Benedykta XVI na zasadniczy "temat naszej wielkopostnej refleksji ("Przesłanie na Wielki Post 2007). Refleksja samego Papieża idzie nieco obok tradycyjnych linii interpretacyjnych, do których nawiązywaliśmy poprzednio. Nie kłóci się z nimi, rzecz jasna; raczej otwiera nową perspektywę.
Czyta się kilka minut

Według Benedykta XVI zdanie "Będą patrzeć na Tego, którego przebili" winno kierować nasz wzrok nie tyle w kierunku Paruzji, co w stronę Golgoty - "na Chrystusa ukrzyżowanego". Mamy w Nim przy tym widzieć nie tyle Skazańca, rozciągniętego na krzyżu w wymyślnej torturze, co Syna Bożego, który - podniesiony nad ziemię - rozkłada szeroko ramiona, by nimi objąć każdego z nas. Klucza interpretacyjnego Papież szuka w Jezusowym zdaniu z Ewangelii według św. Jana: "Gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie" (J 12, 32). I komentuje: "Pan gorąco pragnie, abyśmy w odpowiedzi przede wszystkim przyjęli Jego miłość i pozwolili, by nas przyciągnął".

To scena przejmująca! Zobaczyć naraz przed sobą Boga z rozwartymi ramionami. Propozycja miłości. Wstrząsająca - bo złożona w całej wstrząsającej prawdzie Golgoty. Bóg chce mnie objąć. I... chce być objęty przeze mnie! Chce, abym wziął Go w ramiona. W ukrzyżowanym Chrystusie Papież widzi zakochanego "oblubieńca, który czeka na »tak« swojej oblubienicy". To nie tylko miłość agape - bezinteresowna, ofiarna, spalająca się w dawaniu; ale także Boży eros (Papież jest bardzo odważny!) - miłość "pełna żaru i namiętności", która chce otrzymywać, by nie ulec - jak ludzkość u początku dziejów (i jak każdy z nas wielokrotnie!) - pokusie samowystarczalności: "Tak naprawdę jedynie taka miłość, w której bezinteresowny dar z siebie łączy się z gorącym pragnieniem wzajemności, daje owo upojenie, które sprawia, że najcięższe ofiary stają się lekkie".

Nie po raz pierwszy Benedykt XVI pokazuje się nam jako "uczeń miłości" (por. "Deus caritas est") - jako ktoś, kto na miłości się rozumie, potrafi o niej pisać w głęboko humanistyczny (a zarazem religijny) sposób, z samego środka ludzkiego doświadczenia; ktoś, kto potrafi współ-czuć z Bogiem, gdyż wie, co znaczy wziąć kogoś w ramiona, lub pozostać z ramionami wyciągniętymi w... próżnię.

Czy w ukrzyżowanym Chrystusie łatwo przychodzi rozpoznać oblubieńca? Czy na Golgocie możliwa jest medytacja w kategoriach "Pieśni nad pieśniami"?

Tak.

W XII stuleciu benedyktyński opat Rupert (Rupertus Tutiensis) interpretując Ewangelię Janową, tekst "kiedy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już nie żyje, nie połamali Mu goleni, lecz jeden z żołnierzy przebił Mu bok włócznią", objaśniał właśnie przy pomocy piątego rozdziału "Pieśni nad pieśniami". W nie łamanych goleniach Jezusa dostrzegał nogi Oblubieńca opisywane zakochanymi słowami oblubienicy: "Uda Jego jak kolumny marmurowe [dlatego nie można ich złamać!], spoczywające na szczerozłotych podstawach" (Pnp 5, 15). Nic więc dziwnego, że kiedy komentował samą "Pieśń nad pieśniami", czynił to z perspektywy Golgoty. Wtedy zwłaszcza, gdy przytaczał słowa Oblubieńca do oblubienicy: "Pójdź! Gołębico moja, ukryta w skalnych szczelinach, w wydrążeniu skały" (Pnp 2, 14) - Rupert nie miał problemów z identyfikacją: skalne szczeliny, w których chroni się dusza, to rany Chrystusa ukrzyżowanego; wydrążenie skalnej ściany to rana boku - "A skałą był Chrystus..." (1 Kor 10, 4). Z kolei Ojcowie w starożytności mówili o chwili przebicia boku Chrystusa jako o momencie zaślubin nowego Adama z nową Ewą. Jak z boku Adama Bóg "uczynił" Ewę, tak z przebitego boku Chrystusa "wyprowadził" krew i wodę - zapowiedź chrztu i Eucharystii, a więc sakramentów, z których rodzi się Kościół. Więc krzyż był "łożem z zieleni" (por. Pnp 1, 16), na którym nas "zaślubił Pan".

Czy istnieje bardziej "szalony eros"? - pyta nas papież Benedykt XVI. Co zrobimy z takim obrazem Boga, który z całą siłą i z niepowstrzymaną potęgą miłości - nie zrażając się żadnym z naszych "nie" - "żebrze o miłość swojego stworzenia i jest spragniony miłości każdego z nas"? Co zrobimy z tym, że On nie tylko potrafi być niewyczerpalny w dawaniu, ale że także staje wobec nas w postawie potrzebującego? "Byłem głodny, byłem spragniony, byłem nagi, byłem chory i w więzieniu" (Mt 25, 36nn). Co zrobimy z Bogiem, który nie tylko chce zaspokoić naszą potrzebę "bycia kochanym", ale chce także wyzwolić z nas miłość - sprawić, że (to znów Benedykt XVI:) "otworzymy serca na innych i rozpoznamy rany zadane ludzkiej godności istoty ludzkiej" oraz że poczujemy się zobowiązani (i uzdolnieni), by "zwalczać wszelkie formy pogardy dla życia i wykorzystywania człowieka oraz wspierać tak liczne osoby, które przeżywają dramat samotności i opuszczenia".

Nie widać potrzeby, by tę refleksję zamykać jakimiś "konkretnymi" wnioskami czy moralnymi "zastosowaniami". Jest niesłychanie ważne, aby mieć właściwy obraz Boga. Bóg jest miłością - jest umiejętnością dawania (agape) i umiejętnością przyjmowania w poczuciu niewystarczalności (eros).

Jaki obraz Boga, taki obraz Kościoła.

A jeszcze bardziej - obraz każdego z nas, skoro na ten właśnie obraz i podobieństwo zostaliśmy stworzeni.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 11/2007