Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Bardzo śmieszne, trochę straszne

Bardzo śmieszne, trochę straszne

02.11.2011
Czyta się kilka minut
Trzy książki - dwie o chłopcach, jedna o dziewczynce - a wszystkie świetne. Bardzo obiecująca rozgrzewka w przededniu krakowskich targów.
N

Norweg Jo Nesbo zdobył międzynarodową sławę dzięki mrocznym kryminałom o psychopatycznych mordercach. Dużo tam koszmarnych rytuałów, obsesji i wyrafinowanego okrucieństwa. Toteż kiedy oficyna Czarna Owieczka (odgałęzienie Wydawnictwa Czarna Owca) wydała jego książkę dla dzieciaków, pierwszą z serii, przyszły mi do głowy różne niewybredne żarty. Stłumiłam chichot. Przeczytałam. I teraz cenię gościa w dwójnasób. To pisarz pomysłowy, przekorny, obdarzony inteligentnym poczuciem humoru.

Inaczej niż w Polsce, pisarze skandynawscy piszący dla dorosłych często i chętnie publikują także utwory dla młodych. Bardzo rozsądna strategia - dzieci szybko rosną i czytelnik zjednany za młodu pozostanie zapewne przy ulubionym autorze na lata. Spośród piszących dla młodzieży "kryminalistów" dość przypomnieć Szweda Henninga Mankella i jego kapitalną tetralogię o nastoletnim Joelu Gustafssonie ("Pies, który biegł ku gwieździe", "Cienie rosną o zmierzchu", "Chłopiec, który spał pod pierzyną ze śniegu", "Podróż na koniec świata"), o której już na tych łamach pisałam.

Pierwsza z serii książek Jo Nesb? jest pyszną opowieścią o chłopcu-odmieńcu, wyszczekanym bystrzaku lilipuciego wzrostu. Obdarzony dziwacznym imieniem Bulek malutki półsierota nie ma lekkiego życia. Jego piętnastoletnia siostra jest wyjątkowo wredna, a roztargniona mama ciągle rozpamiętuje stratę męża (którego drobne szczątki przechowuje w niedużym pudełeczku). Rodzina przeprowadza się ustawicznie, a to sprawia, że Bulek jako "nowy" jest poddawany szykanom w kolejnych szkołach. Mizerny wzrost, niewyparzona gęba i płomiennorude włosy ściągają na niego dziesiątki kłopotów.

Znajomość z szalonym wynalazcą, tytułowym Doktorem Proktorem, i grzeczną jak anioł dziewczynką z sąsiedztwa jeszcze te kłopoty pomnoży. Jednak maleńki Bulek o wielkim mózgu i jeszcze większej odwadze śmiało stawi czoło bliźniakom Thrane - dwóm szkolnym dręczycielom - i zyska przyjaźń Lisy. Brawurowa, sensacyjna akcja, okraszona nieoczekiwanymi efektami użycia wynalazków Doktora Proktora, zakończy się sukcesem.

Tych, których odstręczają żarty o puszczaniu gazów, namawiam, aby dali szansę norweskiemu pisarzowi. Nesb? zręcznie balansuje na granicy dobrego smaku i kpi sobie z naszych rodzicielskich wyobrażeń o lekturze pożytecznej dla dziecka. Prawdopodobieństwo jest dla niego kategorią bardzo rozciągliwą. Konsekwentnie opowiada się po stronie dziecięcego czytelnika, nie dopuszczając do głosu "automatycznego belfra" w głowie. Dzięki temu mamy książkę pełną niespodzianek, zabawną i zuchwałą. Jest w niej dowcip i odwaga w duchu Roalda Dahla, który, jak wiadomo, w nosie miał pedagogiczną poprawność. A przecież mamy poczucie, że autor jest wyposażony w nieomylną etyczną busolę. Jest rzecznikiem d o b r a, tyle że w fikuśnym, groteskowym przebraniu.

Koniecznie trzeba wspomnieć o ilustracjach do książki, autorstwa Pera Dybviga. Są tyleż szpetne, co zachwycające. Na pierwszy rzut oka - turpistyczne, chropawe, zgoła amatorskie. W trakcie lektury zauważamy, że do ducha tej historii pasują i d e a l n i e. Tak jak celne i komiczne są literackie portrety bohaterów, tak i czarno-białe "bazgroły" perfekcyjnie oddają temperaturę i osobowość postaci. To arcytrudne zadanie sprawić, aby obrazki zlały się z tekstem w jedno, w nierozłączny komplet. Tu mamy do czynienia z takim właśnie rzadkim przypadkiem.

***

Nie mniej niż "Doktor Proktor..." (a może i bardziej) zachwyciła mnie książka "Rico, Oskar i głębocienie", której autorem jest niemiecki pisarz Andreas Steinhöfel. I znowu - bohater jest cudakiem, samotnym outsiderem, tyle że z innych niż Bulek powodów. Tytułowy Rico to chłopiec "głęboko utalentowany", jak sam o sobie mawia. Słowo "utalentowany" brzmi lepiej od słowa "upośledzony", a tak nazywany jest w szkole specjalnej...

Rico przywykł do samodzielności, bo jego mama pracuje w nocnym klubie. Jest dociekliwy i spostrzegawczy. Nie radzi sobie z liczbami, myli kierunki i jest bezradny, ilekroć w życiu zawodzi prosta logika (czyli często). Poznajemy go letniego poranka, w przededniu wakacji, kiedy znajduje na chodniku przed domem samotną rurkę makaronu rigatoni i próbuje odgadnąć, skąd się tam wzięła. W tym celu odwiedza kolejno swoich sąsiadów, z których żaden nie przypomina stereotypowych dorosłych z wypisów szkolnych. Porzucona przez męża kobieta w depresji; wymuskany gej; zapuszczony, złośliwy zrzęda; nadużywający bimbru dozorca; młody wałkoń, wielodzietna, nieznośnie hałaśliwa rodzina... wszyscy oni sportretowani zostają przez Rico z dobroduszną skrupulatnością, pozbawioną jadu.

Zagadka makaronowej rurki pozostaje niewyjaśniona, ale detektywistyczne talenty Rico mają szansę przydać się w śledztwie w sprawie kidnapera, który terroryzuje Berlin, porywając dzieci dla okupu. W dniu, kiedy mama wyjeżdża nagle, wezwana do chorego brata, "głęboko utalentowany" Rico spotyka "wysoce uzdolnionego" Oskara - chłopca w motocyklowym kasku, o problematycznej urodzie i z obsesją na punkcie bezpieczeństwa. Bystrzak Oskar i nie-dość-rozgarnięty Rico zaprzyjaźniają się, przyciągani ku sobie przeciwieństwami. Ale znajomość nie trwa długo, bo Oskar znika. Wszystko wskazuje na to, że padł ofiarą porywacza.

Podczas lektury parokrotnie przyszła mi na myśl książka oparta na podobnym koncepcie, a mianowicie rewelacyjny (!!!) "Dziwny przypadek psa nocną porą" Marka Haddona - detektywistyczna powieść z autystycznym nastolatkiem w roli głównej. Podobnie jak Haddon, Andreas Steinhöfel potrafi pisać o dziecku z deficytami bez litościwej, czułostkowej pobłażliwości. Opisani przez nich "odmieńcy" budzą szczerą sympatię i podziw, obdarzeni są osobowością, sportretowani z poczuciem humoru i bez uszczerbku dla godności. Pomysł, aby "trudny" temat ożenić z sensacyjną fabułą, wydaje mi się znakomity - dzięki temu konceptowi łatwo obronić tezę, że "inność", jakkolwiek budzi nasz lęk, jest drugą, nieznaną stroną t a l e n t u i potrafi przynosić nieoczekiwane pożytki. Szkoda, że inna książka Steinhöfela, "Środek świata", nominowana do Deutscher Jugendliteraturpreis, a wydana u nas w 2005 roku przez oficynę Santorski i Ska, przeszła w Polsce niemal bez echa.

***

Do dwóch książek z chłopięcymi bohaterami doklejam trzecią. Prawem kaduka, bo inny gatunek, inny styl i narratorką jest całkiem zwyczajna dziewięciolatka. "Klara. Proszę tego nie czytać" to pyszny debiut naszego "Tygodnikowego" rysownika i blogera Marcina Wichy. Książka komiczna - śmiałam się przy lekturze w głos, aż zatrwożona rodzina przybiegła zapytać, czy aby wszystko w porządku.

Wydawca powołuje się w materiałach prasowych na podobieństwo do "Mikołajka", co stało się irytującą i nadużywaną mantrą marketingowców, ale muszę przyznać, że coś jest na rzeczy. Tytułowa Klara ma tę samą "mikołajkową" naiwność, która sprawia, że dziewczynka dostrzega groteskowe zachowania rodziców, nie pojmując kontekstu i nie wiążąc skutku z przyczyną, co daje efekt nieodparcie komiczny. Drobne domowe i szkolne epizody świetnie obnażają nasze (dorosłych) małości, ciche wojny rodzinne, udręki wychowawcze i kolektywny wysiłek klanu rodzinnego, aby sprostać wymaganiom nowoczesnej szkoły.

Marcin Wicha ma świetne "oko" do obserwacji - książka nafaszerowana jest jak keks sugestywnymi obrazkami z naszego otoczenia. Ojcowskie traumy i rodzicielskie fiaska Wicha utylizuje najlepiej jak umie - przerabiając na literaturę. Bardzo lubię, kiedy ojcowie (choćby podszywając się pod dziewięcioletnią dziewczynkę) piszą o rodzinnych doświadczeniach. Jest w tym dystans, poczucie humoru, alternatywa dla stereotypu groźnego ojca, co to go trzeba bardziej czcić, niż kochać. "Klara" to jedna z tych książek, z których cała rodzina będzie miała frajdę - dorośli odczytają zaszyfrowane żarty, dzieciaki bawić się będą anegdotą.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]