Staroniemieckie przysłowie, datujące się z czasów, gdy Austriacy wraz z innymi krainami germańskimi tworzyli jedno Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, głosi: „Dem Sieger gehört die Beute”. Do zwycięzcy należy łup jego.
W tym jednak przypadku zwycięzca będzie musiał obejść się smakiem. Nawet jeśli zwycięstwo, które odniósł Herbert Kickl, przewodniczący Wolnościowej Partii Austrii (FPÖ), jest niekwestionowane, czy wręcz, jak konstatują komentatorzy nad Dunajem, historyczne.
Herbert Kickl: „Austria powinna stać się twierdzą”
W komentarzach tych często pojawiają się superlatywy. Ponad 29 proc. głosów oddanych na FPÖ w niedzielnych wyborach parlamentarnych (plus aż 13 proc. w stosunku do wyborów z 2019 r.) to zatem największy sukces, jaki w swojej historii odniosła ta prawicowo-narodowa partia. Kickl, który od trzech lat jest jej przewodniczącym, sformułował zaś najbardziej radykalny program, który nie tylko przewiduje zredukowanie do zera nielegalnej imigracji, ale też reemigrację – deportowanie z Austrii „tych, których tu nikt nie zapraszał”.
„Potrzebujemy dziś »Festung Österreich«. Austria powinna stać się twierdzą. Austriacy dość się już nacierpieli na skutek negatywnych skutków niekontrolowanej i masowej imigracji. Unia Europejska zawodzi pod tym względem na całej linii, dlatego, aby chronić naszą własną ludność, potrzebujemy »Festung Österreich«” – mówił Kickl w kampanii.
Gratulacje od Marine Le Pen oraz AfD
W istocie to imigracja i jej skutki była tematem numer jeden. Nie znaczy to, by rywale Kickla nie doceniali tej kwestii: kryzysowi migracyjnemu, który na wielką skalę zaczął się w 2015 r., przeciwdziałały już wcześniejsze rządy w Wiedniu. Ale to Kickl sformułował hasła idące najdalej – takie, których głośno wolą nie wypowiadać nawet politycy niemieckiej AfD. Ci zresztą gratulują dziś Kicklowi. Gratulacje złożyła też Marine Le Pen, konstatując, że jego sukces potwierdza europejski trend, który „niesie ze sobą obronę narodowych interesów, ochronę tożsamości i renesans suwerenności”, czyli „triumf narodów”.
Superlatywy, tylko inne, widzimy też w ocenach rywali Kickla. I tak: rządząca przez ostatnie pięć lat centrowo-konserwatywna Partia Ludowa (ÖVP) i współrządzący wraz z nią Zieloni odniosły największe spadki, tracąc jedną trzecią poparcia (ÖVP dostała prawie 27 proc., Zieloni 8 proc.). Najgorszy zaś wynik w swej historii odnotowali socjaliści (SPÖ, 21 proc.), którzy kiedyś byli polityczną potęgą (bywało, że sami tworzyli rząd). Jedynymi, którzy poprawili notowania, są Neos (Nowa Austria, 9 proc.) – to istniejąca od 12 lat formacja liberalno-mieszczańska, proeuropejska, postulująca reformy gospodarczo-społeczne.
Kto utworzy rząd w Austrii?
To zwycięstwo nie oznacza jednak, iż Kickl obejmie teraz władzę. Podczas wieczoru wyborczego w austriackiej telewizji liderzy pozostałych czterech partii jasno zadeklarowali, że nie wejdą z nim w koalicję. Wygląda więc na to, że rząd w Wiedniu stworzy, jak to ktoś ujął, „koalicja przegranych”: albo Partia Ludowa i socjaliści (mający razem większość, choć tylko jednym głosem), albo koalicja trojga (z udziałem dodatkowo Neos lub Zielonych). Pytanie, czy taka koalicja wyciągnie wnioski z niedzielnego „sygnału alarmowego” (tak wybory podsumowała szefowa resortu obrony, z ÖVP).
Bo „wolnościowcom”, którzy będę wtedy jedyną opozycją, pozostanie tylko czekać kolejne pięć lat. 55-letni Kickl, całe życie związany z FPÖ, jest długodystansowcem. Będzie jeszcze bardziej przekonywać, że walczy z „systemem”, który – jak to ujął w niedzielny wieczór – atakuje jego, który jest tylko „ambasadorem zwykłych ludzi”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















