Asasyni i templariusze w Japonii. Gramy w „Assassin’s Creed: Shadows”

Oficjalne ostrzeżenie rządu Japonii do twórców najnowszej odsłony „Assassin’s Creed” nie było żartem: w grze nie można ani niszczyć świątyń, ani przelewać krwi w miejscach kultu. Nowa część serii rozgrywa się w burzliwej epoce Sengoku. Jak to wyszło?
Czyta się kilka minut
Kadr z gry "Assassin’s Creed: Shadows" // Materiały prasowe Ubisoft
Kadr z gry "Assassin’s Creed: Shadows" // Materiały prasowe Ubisoft

Daimyō – tak nazywano feudalnych panów, którzy w przełomowym dla Japonii wieku XVI stanowili jedną ze stron konfliktu Sengoku-jidai, trwających ponad sto lat wojen domowych. W tamtym czasie żeglarzom z Europy udało się wreszcie dotrzeć na wyspy zachodniego Pacyfiku. Zapoczątkowano też kontakty handlowe z Nagasaki, przemycając z czasem na ląd chrześcijańskich misjonarzy. I choć z początku kultura Starego Kontynentu Japończykom się spodobała, o wiele bardziej interesował ich wynalazek prochu strzelniczego. Wkrótce w niemal każdej wiosce był ktoś, kto miał strzelbę.

Kiedy zatem dzisiejszy rząd Japonii przestrzega twórców gry „Assassin’s Creed: Shadows”, której akcja rozgrywa się właśnie w tamtych czasach, by nie pozwalali graczom niszczyć świątyń sintoistycznych, wiadomo, że nie są to czcze pogróżki. Tuż po epoce Sengoku-jidai uznano bowiem europejską kulturę za toksyczną: kościoły zostały spalone, a chrześcijanie wymordowani.

Napięcia tożsamościowe wprawdzie dawno zgasły i dzisiejsza Japonia dysponuje nawet małym odsetkiem wyznawców Chrystusa, lecz oficjalne stanowisko władz podporządkowane jest wielowiekowej tradycji. I, jak dowodzi gra, nikt nie zamierza z nim dyskutować. Grę ostatecznie poprawiono tak, by nie można było niszczyć elementów sakralnych, w świątyniach nie można też doprowadzić do rozlewu krwi.

„Assassin’s Creed: Shadows”: jest zaskoczenie

Nie da się ukryć, że po 18 latach wzlotów i upadków historie zmagań templariuszy i asasynów postrzegane są jako siermiężne tasiemce, w których klonowane są mapy i scenariusze zadań, a zmienia się jedynie kosmetyka. Rzeczywiście, najciekawsze były czasy trzeciego PlayStation, kiedy skakanie po średniowiecznych budowlach, ataki z ukrycia i „kontry” gromadziły przed ekranami całe rodziny. Z każdą nową odsłoną gracze tęsknili także za Ezio – charyzmatycznym protagonistą najbardziej udanych odsłon gry.

Od pewnego czasu zresztą nikt nie życzył dobrze ani serii „Assassin’s Creed”, ani jej twórcom. Krytykowano odtwórcze wobec siebie gry, mnożące się w nich mikropłatności, afery ze zwolnieniami pracowników, plotki o ich nieuczciwym traktowaniu, a przede wszystkim bycie cieniem branżowych gigantów, którzy niegdyś wyznaczali pozytywne trendy w wirtualnym świecie. „Assassin’s Creed: Shadows” miało być postawieniem ostatnich pieniędzy na jedną kartę i... wygląda na to, że gramy dalej.

Najnowsza produkcja francuskiego studia Ubisoft trafiła na trudne czasy. Niektórzy gracze narzekali na poprawność polityczną, która nakazuje, by w grze o samurajach tworzyć czarnoskórego bohatera, a do pary dać mu kobietę ninja. I choć zarówno etniczność, jak i płeć w dotychczasowych tytułach serii były różnorakie, już rok przed premierą we wszystkich możliwych formach internetowej komunikacji rozpętała się nagonka na „Assassin’s Creed: Shadows”. Co ciekawe, hejt stał się tak potężny, że w zasadzie wypalił się przed wejściem gry do sprzedaży, a nowa odsłona walk templariuszy z asasynami świetnie się sprzedaje.

Ale do rzeczy: jako że pracowałem przy dwóch częściach „Assassin’s”, myślałem, że ta seria nigdy już niczym mnie nie zaskoczy, ani tym bardziej ucieszy. Płytę do konsoli wkładałem z rezygnacją. Ostatnie części nudziły zwykle już po pierwszych trzydziestu minutach, bo wszystko zaczynało się, rozwijało i kończyło tak samo: oglądaliśmy śmieszne i straszne wspomnienia z Animusa: maszyny odtwarzającej z DNA życie jednego z naszych dalekich przodków, który był stroną w odwiecznym konflikcie asasynów i templariuszy. Gdzieś po drodze bohater dowiadywał się o swoim przeznaczeniu, znajdywał potężny artefakt, natrafiał na spisek, a w ogniu historii nagle wszystko skupiało się na nim. 

Kadr z gry "Assassin’s Creed: Shadows" // Materiały prasowe Ubisoft

Asasyni, sympatyczne psy i honor Ubisoftu

Tymczasem „Shadows” to najlepsza odsłona serii od czasów „Brotherhood” (2010), potężna dawka wiedzy o XVI-wiecznej Japonii, a do tego dobrze zbalansowana rozrywka w malowniczej scenerii. Jak już wiemy, głównymi bohaterami są tu czarnoskóry kandydat na samuraja Yasuke oraz kobieta-ninja Naoe, których losy wielokrotnie się splatają.

Przemierzając pięknie odwzorowane górskie i leśne tereny, poznajemy mnogość kontekstów ważnych dla Japończyków w okresie Sengoku-jidai. Pełno tu animozji gospodarczych, wątków religijnych, genderowych i politycznych. I choć rzeczywistość „Assassin’s Creed” jest quasi-historyczna, bo zawsze w pewnym momencie pojawiają się tajne stowarzyszenia o kosmicznym rodowodzie, trudno oprzeć się wrażeniu, że nikt dotąd w branży gamingowej nie pokazał Japonii z taką pieczołowitością i realizmem.

Mamy tu sympatyczne psy rasy akita i malownicze miejsca do medytacji, a gongi w hipnotycznym transie ewokują wspomnienia będące kolejnymi wyzwaniami w grze. Poza walką doskonale rozwinięto mechanikę rozbudowy bazy, w której możemy sadzić lasy, pielęgnować ogrody, tworząc tym samym małą społeczność. Polecam, by ustawić sobie podczas rozgrywki język japoński, zdecydowanie pogłębia doświadczenie.

Jeśli Ubisoft podtrzyma obecne podejście do produkcji gier i relacji z klientami, nie tylko uratuje swój byt, ale i honor (będący skądinąd japońską obsesją). To co, do zobaczenia na zamku Azuchi!


Dla gier, których akcja toczy się w Japonii, nie ma dziś innej drogi jak stanąć w szranki z legendarnymi tytułami, np. „Ninja Gaiden” (1988-2009) czy „Ghost Of Tsushima” (2020). Zapowiedziana na jesień tego roku „Ghost Of Yōtei” jest uznawana za największego rywala najnowszej produkcji francuskiego studia Ubisoft.

Zapraszamy na spotkanie „Asasyni i algorytmy, czyli w co naprawdę gramy” z KONRADEM JANCZURĄ. Prowadzenie Michał Sowiński. 15 maja o 19.00, Klub Piękny Pies, plac Wolnica 9 w Krakowie

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Asasyni i templariusze