Reklama

Andersen nie tylko dla dzieci

Andersen nie tylko dla dzieci

15.11.2006
Czyta się kilka minut
"Oto ta opowieść, a kto jej nie rozumie, może sobie kupić akcje garbarni Hans Christian Andersen, "Serdeczny żal.
Jedna z wycinanek Andersena
P

Pięćdziesiąt osiem złotych za kilo - tyle kosztuje Andersen w nowym przekładzie. W cenie duńskiego łososia, a o ileż dłuższy okres przydatności do spożycia! Towar wysokiej jakości, w trzech luksusowych tomach, każdy gruby jak książka telefoniczna.

Od kanonicznego tłumaczenia baśni i opowieści Andersena autorstwa Stefanii Beylin minęło już 75 lat. Literacka klasa tego przekładu onieśmielała translatorów - nie było śmiałków gotowych podjąć wyzwanie. Bogusława Sochańska do strachliwych nie należy, toteż za poduszczeniem dyrektora Biblioteki Narodowej i aprobatą wydawnictwa Media Rodzina dokonała pierwszego przekładu wprost z języka duńskiego - inaczej, niż to bywało dotąd, kiedy Andersena tłumaczono z wydań niemieckich. W ślad za ubiegłoroczną, jubileuszową edycją dwudziestu dziewięciu najsłynniejszych "Baśni", ukazały się trzy "cegły" Andersenowskie - sto sześćdziesiąt cztery utwory opatrzone obszernymi przypisami. Niektóre po raz pierwszy udostępniono czytelnikowi polskiemu.

Arcyciekawy esej tłumaczki, dodany do zbioru, odsłania dylematy translatorskie i żmudny trud wyciągania Andersena z "pokoju dziecinnego", do którego zagoniono go w minionym stuleciu. Pisarz, na przełomie wieku XIX i XX nonszalancko cenzurowany i przykrawany do ówczesnych standardów dydaktycznych, mógł uchodzić za grzecznego moralistę, sentymentalnego wujaszka piszącego piórem maczanym w mleku. Andersen otoczony czeladką pacholąt - oto jakim chcieli widzieć go tłumacze, "poprawiający" Duńczyka w poczuciu pedagogicznej misji. Ekscentrycznego i na wskroś oryginalnego Hansa Christiana poddawano czasem wręcz translatorskiej kastracji: biedak tracił poczucie humoru, gubił paradoksalne

puenty, wyzbywał się sarkazmu i ekspresji, czyli tego wszystkiego, co stanowi o jego literackiej klasie.

Nowy przekład dostarcza nam materiałów do porównań, a co za tym idzie - wielu dowodów nadużyć, które zafałszowały wizerunek Duńczyka. Andersen w istocie od moralizowania stronił, a do dzieci miał stosunek ambiwalentny i wzbraniał się przed etykietą pisarza dla najmłodszych. O ile lektura popularnego wyboru "Baśni" utrwala obraz Andersena - poczciwego gawędziarza, o tyle nowe, kompletne wydanie jego utworów ten wizerunek mąci i komplikuje. Znajdziemy tu teksty cierpkie lub okrutne, symboliczne, z erotycznym podtekstem. Oryginalna interpunkcja, przywrócona w nowym tłumaczeniu, jest nietypowa - Andersen pisze niepowstrzymanym strumieniem, bez kropek i akapitów, hojnie szermując średnikami. Język niezwykle prosty, dosadny i obrazowy - niewiele pustej ględźby, za to spiętrzenie rekwizytów i detali przemawiających do wyobraźni. Świetne dialogi, ironia i wyrafinowany dowcip. Obok baśni są tu fabuły ani trochę nie "dziecięce", od których ciarki chodzą po plecach.

Te z górą 1600 stron, czytanych ciurkiem, odsłania obsesje i natręctwa pisarza, stanowi zapis osobliwej autoterapii słowem. Parias dopuszczony do socjety ciągle od nowa leczy swoje kompleksy, przerabiając poczucie krzywdy na literaturę. Czytając - widzę neurotycznego spryciarza, który uwiódł możną publiczność, portretując jej przywary w maskaradowym kostiumie baśni. Bez feerycznego sztafażu nie uszłyby mu na sucho inteligentne szpile wbijane wysoko urodzonym chlebodawcom. On sam przybiera kilka ulubionych masek - bywa studentem lub ojcem chrzestnym (fantazja przeciwstawiona tępemu pragmatyzmowi), ale i stokrotką, słowikiem, różą - niezrozumianym geniuszem otoczonym przez filistrów.

O Andersenie pisano, że jego talent pisarski bierze się z empatii - umiejętności współodczuwania. Ja raczej widzę bystrego egocentryka, własną tożsamość budującego w opozycji do świata potężnych krzywdzicieli, do których żywi pokrętną miłość-nienawiść. Przygarnąwszy Andersena, jego możni protektorzy wpuścili poniekąd lisa do kurnika. Nikt boleśniej od pisarza-nadwrażliwca nie odczuł różnicy społecznego statusu pomiędzy wiejskim przybłędą a duńską arystokracją, nikt też nie zdołał lepiej zdemaskować wielkopańskiej obłudy i mieszczańskiego konwenansu. Pod postacią kaczki, piłki, porcelanowego imbryka - Andersen portretuje pychę i hipokryzję burżuazji duńskiej, o względy której skądinąd zabiegał. Pomimo sławy i niezwykłych talentów, nigdy nie osiągnął statusu równego swoim patronom, zawsze zależny, zawsze w roli maskotki i nadwornego błazna. Nie pierwszy raz w historii literatury poczucie krzywdy wysublimowało się i przybrało postać sztuki.

Lektura trzech "cegieł" Andersenowskich dostarcza nam niespodzianek - fabuła "Latającego kufra" ujawnia, że już 160 lat temu słowo "liberał" miało ciężar epitetu, a słuchanie cudzoziemskiego słowika uchodziło za nie dość patriotyczne w opinii Prawdziwych Duńczyków (nawet jeśli tym Duńczykiem był stary czajnik). W zbiorze znajdujemy teksty szczególne - jak choćby opowieść o kablu telegraficznym, przeciągniętym po dnie morskim pomiędzy Europą a Ameryką, który to kabel ryby biorą za gigantycznego węża morskiego. Z kolei baśń "Szmaty" nie pozostawia suchej nitki na stereotypach narodowych Duńczyków i Norwegów.

Entuzjaści "literatury cacanej" nie znajdą w Andersenie sprzymierzeńca - bez interwencji cenzora pisarz nie spełnia wszechpolskich standardów dydaktycznych. Niektóre bajeczki wręcz podniosą włos na głowie niejednego rodzica. Choć z drugiej strony - Duńczyk zadaje kłam ewolucji i edukacji seksualnej, uporczywie i konsekwentnie lansując model prokreacji z udziałem bociana...

Nowe wydanie "Baśni i opowieści" zilustrowano kapitalnymi wycinankami samego pisarza, którymi przed z górą 150 laty obdarzał przyjaciół. Ta niepoważna zabawa dowodzi kolejnego kunsztu Andersena - niewątpliwego talentu plastycznego. Wycinane naprędce figury mają siłę i wyraz niepospolity, przywodzący na myśl współczesne znaki graficzne. Nie wiem, czy Andersen doceniłby Matisse'a, ale Matisse z pewnością doceniłby Andersena, drapieżny, niepokojący wyraz jego arlekinów i tancerek. Pajace, wisielcy, złodzieje serc - ulubione figury pisarza - stanowią tajemniczy komentarz do jego baśni. Ten duński "wujaszek" był bardzo szczególny, zaiste.

Kolejna atrakcja tego wydania to obszerne przypisy, które rozszyfrowują obco brzmiące sformułowania i terminy w tekście. Dzięki nim poznajemy mnóstwo pasjonujących detali obyczajowych, niezbędnych dla zrozumienia biedermeierowskiej Danii, w której żył Andersen.

I zaleta ostatnia: czytelny, przyjazny layout książki. Twarda, płócienna oprawa, efektowne obwoluty i wyklejki, duża czcionka, niebielony, dobry papier. Partie tekstu podzielone reprodukcjami rękopisów pisarza. Wąska kolumna rozkłada się w pełny kwadrat - przy swojej niebagatelnej grubości tomy są poręczne, eleganckie. Piękny prezent dla dziecka... i równie atrakcyjny dla jego rodziców.

Hans Christian Andersen, "Baśnie i opowieści", tom I-III, z duńskiego przeł. Bogusława Sochańska, Poznań 2006, Wydawnictwo Media Rodzina.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]