Tak próbowali w 1947 r. oświecić swoich sowieckich gospodarzy John Steinbeck i wielki fotograf Robert Capa. Oczywiście nie udało się im. Po paru miesiącach wyjechali jak niepyszni, a Związek Sowiecki przetrwał jeszcze czterdzieści parę lat.
Wcześniej pojechali do Moskwy, na Ukrainę i do Gruzji, by unikając Kremla, polityki, tematów militarnych, a nade wszystko uprzedzeń, opisać życie zwykłych ludzi. Zimna wojna zimną wojną, perspektywa atomowej zagłady perspektywą, ale dziennikarska rzetelność nakazywała naszym amerykańskim autorom znaleźć odpowiedzi na następujące pytania: „Jak ubierają się Rosjanie? Co jadają na kolację? Czy urządzają przyjęcia? Jaka jest tamtejsza kuchnia? Czy tańczą, śpiewają, oddają się rozrywkom?”.
Tak też się stało. „Dziennik podróży do Rosji” w dużej części jest opisem niekończących się przyjęć, gruzińskich toastów, zastawionych stołów, potraw, smaków i dokuczliwej chwilami obfitości, która w końcu zamienia się w przewlekłą niestrawność. Biedny Steinbeck początkowo pije do śniadania wódkę szklankami, by sprostać obyczajom i etykiecie, ale wkrótce nabiera alkoholowstrętu i z rozpaczliwą ulgą chwali gruzińskie wino: „Było pyszne, lekkie i doskonałe w smaku, prawdopodobnie uratowało nam życie”. A śmierć musiała być blisko, bo wcześniej nasi amerykańscy goście spożyli na przystawkę „połowę smażonego kurczaka. Następnie podano zimne kawałki kurczaka polane pysznym zielonym sosem z przyprawami i kwaśną śmietaną. Były także pałeczki serowe, sałatki z pomidorami i gruzińskie pikle. Następnie doskonały gulasz z baraniny w gęstym sosie. Smażony wiejski ser. Płaskie bochny żytniego chleba ułożone jedne na drugim jak żetony do gry w pokera. Środek stołu zajmowała góra owoców, winogron, gruszek i jabłek. Najstraszniejsze było to, że wszystko smakowało wyśmienicie. Chcieliśmy spróbować każdej z tych nowych dla nas potraw”. Jak na porządnych reporterów przystało, chciałoby się dodać.
Podobne cierpienia spotykają naszych bohaterów niemal w każdym miejscu ich odkrywczej wyprawy. Bodajże tylko raz gospodarze sprzeniewierzają się świętemu prawu gościnności – nie pozwalają sfotografować wnętrza stalingradzkiej fabryki czołgów, co Capa odbiera jako prywatną klęskę i przypłaca ciężką depresją.
W gruncie rzeczy i pisarz, i fotograf cierpią od ciężkiego jadła, od długich przemówień powitalnych, cierpią od pytań na temat literatury amerykańskiej, słabo resorowanych pojazdów, zamkniętych okien w pociągach, niezrozumiałego języka i fikuśnego alfabetu. Właściwie jedynymi jaśniejszymi momentami są wizyty u amerykańskich dyplomatów i korespondentów rezydujących w Moskwie. Tam wreszcie mogą się po ludzku napić koktajlu i posłuchać swingu. Cierpią, ale heroicznie wykonują swoją misję, by w końcu dojść do humanistycznego wniosku, że „Rosjanie okazali się po prostu ludźmi i jak większość ludzi są bardzo mili. Ci, z którymi rozmawialiśmy, nienawidzą wojny, pragną tego samego, co wszyscy – dobrego, wygodnego życia, bezpieczeństwa i pokoju”.
I nie wiadomo, co bardziej podziwiać: legendarną amerykańską naiwność czy legendarną rosyjską zręczność? Steinbeck już na samym początku podróży stwierdza: „Rosjanie zupełnie nie znają się na public relations, są bodajże najgorszymi propagandystami na świecie”.
Piszę to wszystko 9 listopada, tuż po światowym armagedonie, gdy naród amerykański w demokratycznych wyborach przekazał władzę prezydencką Donaldowi Trumpowi. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu miniona noc była bezsenna, a poranek niezbyt wesoły. Trump rzeczywiście nie wygląda najlepiej. Ani gdy się go ogląda, ani gdy się go słucha. Ale do tego jesteśmy przecież przyzwyczajeni, chociażby przez naszych ojczystych. Niektórych z nich nawet Trump nie przebije. Boję się jednak, że jego megalomania oraz dudniąca pustota przegrają z jego naiwnością.©
JOHN STEINBECK, DZIENNIK Z PODRÓŻY DO ROSJI. Ze zdjęciami Roberta Capy, przeł. Magdalena Rychlik, Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















