Podwyżki składek emerytalnych nigdy nie wzbudzają entuzjazmu podatników, ale ta od początku miała wyjątkowo złą prasę – mowa o noweli znoszącej limit 30-krotności przeciętnego wynagrodzenia (127 890 zł rocznie), powyżej którego podatnik nie musiał już płacić składek na ZUS. Pod naciskiem ekonomistów i przedsiębiorców rząd przedłużył vacatio legis, dając firmom i pracownikom czas do końca 2018 r. na dostosowanie się do zmian; początkowo nowela miała wejść w życie od przyszłego miesiąca.
7,4 mld zł rocznie – tyle zyskałby na zmianach ZUS, a właściwie Skarb Państwa, który co roku musi dorzucić ok. 50 mld zł do deficytowej emerytalnej kasy. Straciliby na tym pracodawcy, ale również pracownicy – ci najlepiej opłacani i o najwyższych kwalifikacjach. Dotkliwie odczułyby zmianę zwłaszcza firmy z najbardziej innowacyjnych sektorów gospodarki i zdaje się, że właśnie ten argument przeważył w rządowym rachunku strat i zysków. O dziwo, do rządzących trafiła nawet argumentacja, że zmiana zasad opodatkowania pracy pod koniec roku – w chwili, gdy większość firm właśnie domyka budżety na kolejny rok – wprowadzi zamieszanie na rynku pracy. ©℗
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















