Miejsce dobrano nieprzypadkowo. Hangar zakładów lotniczych imienia Antonowa w Kijowie okazał się dość pojemny, by zmieścić nie tylko dziesiątki dziennikarzy – w prawie przepisowych odstępach – ale też największy produkowany seryjnie transportowy samolot świata. An-124 Rusłan, gigant o masie własnej 175 ton, imponuje w każdych okolicznościach. Teraz, pomalowany w państwowe barwy żółtą i niebieską, tworzył tło dla Wołodymyra Zełenskiego, gdy ten podsumowywał dwa lata na stanowisku prezydenta.
Bohater tego dnia emanował pewnością siebie. Chwalił się osiągnięciami i obiecywał nowe. Wśród nich cel numer jeden: zbudujemy kraj bez oligarchów, mówił Zełenski, dla 40 mln Ukraińców, a nie dla garstki oligarchów z listy „Forbesa”. Więcej: zniszczymy ich wpływ na media, politykę i urzędników.
Tak zwana deoligarchizacja to nowy konik prezydenta. A tak naprawdę koń, na którym jego poprzednik się przejechał. On chce na nim dojechać daleko.
Jak zdefiniować oligarchę
Grzmiąc na oligarchów, Zełenski anonsował ustawę, której projekt wkrótce potem trafił do parlamentu. Przewiduje, że o tym, kto będzie uznany za oligarchę (albo z kogo taka łatka zostanie zdjęta), ma decydować Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony (RNBiO) – gremium, w skład którego wchodzi 23 najwyższych urzędników państwowych. Przewodniczącym Rady jest prezydent, on też powołuje i odwołuje jej członków.
Zapis ten od razu wzbudził wątpliwości. Tym większe, że kryteria określające, kto ma być oligarchą, nie grzeszą precyzją. Są cztery: udział w życiu politycznym, znaczny wpływ na media, bycie monopolistą w pewnym segmencie gospodarki i majątek powyżej 83 mln dolarów (to ukraińskie minimum socjalne pomnożone przez milion). Spełnienie trzech ma decydować o przyznaniu statusu oligarchy. Projekt stanowi, że będą oni ujęci w specjalnym rejestrze, będą musieli składać jawne deklaracje majątkowe (jak dziś urzędnicy), nie będą mogli brać udziału w prywatyzacji wielkich zakładów ani finansować partii. Urzędnicy i politycy, którzy się z nimi spotkają, będą musieli o tym publicznie informować.
Obóz rządzący uważa, że ustawa to pierwszy krok do demontażu oligarchicznego systemu i tym samym do zwiększenia bezpieczeństwa kraju. Jej sens ma polegać na tym, aby wielkiego biznesu nie zabijać, lecz przeciąć jego patologiczny wpływ na media i politykę.
Marzenie o normalnym kraju
To fakt, z którym na Ukrainie nikt nie polemizuje: system oligarchiczny, wraz z immanentną dlań korupcją i nepotyzmem, to stały element niepodległej Ukrainy. Przetrwał trzech prezydentów (w tym jego twórcę Leonida Kuczmę) i dwie rewolucje, nie nadwyrężyła go też wojna z Rosją. Niektórzy oligarchowie trzymają w garści całe sektory gospodarki. Rinat Achmetow – produkcję energii i sporą część produkcji stali. Ihor Kołomojski – produkcję paliw. Dmytro Firtasz – wewnątrzkrajową dystrybucję gazu. Swoją pozycję budowali cierpliwie, dała im bogactwo i wpływy. Zatrudniają dziesiątki tysięcy ludzi. Utrzymują nierentowne, lecz kształtujące polityczne gusta stacje telewizyjne.
Wiadomo też, że gdyby nie mieli wpływu na polityków, urzędników i sądy, część ich biznesu nie byłaby rentowna. Skoro więc tylko powyższa trójka kontroluje w sumie grubo ponad setkę deputowanych do Rady Najwyższej (w tym z rządzącej partii Sługa Narodu), to czy zechcą sami skręcić sznur na własną szyję, pozwalając na uchwalenie takiej ustawy?
Ołeksij Daniłow, sekretarz RNBiO, uważa, że pod przepisy ustawy podpadnie trzynastu biznesmenów. Nie podał nazwisk, ale na dziennikarskiej giełdzie łatwo zidentyfikowano pierwszą dziesiątkę. Niektórzy reagowali sucho, stroniący od mediów Achmetow nazwał się skromnie inwestorem. Inni z czarnym humorem: Kołomojski zapowiedział, że uszyje sobie specjalny garnitur, który odróżni go od nieoligarchów, czyli frajerów, i przyczepi do niego gwiazdkę „oligarcha”. Jeszcze inni śmiertelnie poważnie: były prezydent Petro Poroszenko (lider w biznesie spożywczym, „król czekolady”) uznał to za osobistą zemstę Zełenskiego.
Dla nich sam pomysł ustawowego uregulowania ich działalności to zamach na wszystkie świętości. Szykują się więc do batalii w parlamencie. Podobnie jak prezydent, który grozi, że w razie nieuchwalenia projektu ogłosi w tej sprawie referendum. W ten sposób wraca do korzeni, do swego wyborczego hasła z 2019 r. Brzmiało: „Zrobimy ich razem”, w podtekście: zrobimy w konia. Zełenski dawał tak do zrozumienia Ukraińcom, że jego wybór oznacza ogranie establishmentu, że jest receptą na normalność.
Oligarcha, ale dobry
Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Dodajmy, że ustawa – w przypadku jej uchwalenia – dotknie też pewnego nowego, „dobrego” oligarchę. Ten biały kruk to Tomáš Fiala, szef największej na Ukrainie firmy inwestycyjnej Dragon Capital, której portfel szacowany jest na miliard dolarów.
Fiala zaczął działalność na Ukrainie jeszcze w tzw. bandyckich latach 90. XX w., ale głośno o nim zrobiło się dopiero po majdanowej rewolucji godności, gdy zaczął budować imperium medialne. Dziś kontroluje m.in. „Nowe Wremia” (tygodnik i portal internetowy), do których dokupił największą ogólnokrajową sieć stacji radiowych (obecnie pod nazwą Radio NW), a ostatnio także opiniotwórczy portal Ukraińska Prawda. Media te mają profil prorynkowy, prozachodni i prodemokratyczny. Podobnie proreformatorska – choć obecnie pogrążona w kryzysie – jest partia Hołos (Głos), do finansowania której, przez wspólników, Fiala się przyznaje.
O co tutaj chodzi?
Na Ukrainie istnieją dziś wszelkie możliwe instytucje niezbędne do walki nie tylko z oligarchami, ale też z patologiami w biznesie, jak korupcja i rejderstwo (siłowe przejmowanie firm). Co więcej, na czele kluczowych, jak Prokuratura Generalna i Służba Bezpieczeństwa Ukrainy, stoją ludzie Zełenskiego. Czy więc do rozmontowania systemu oligarchicznego potrzebna jest nowa ustawa czy raczej wola polityczna? Pytanie tym bardziej zasadne, że kluczowe reformy antykorupcyjne – wybór specjalnego prokuratora antykorupcyjnego, przywrócenie odpowiedzialności karnej za błędy w deklaracji majątkowej i sanacja sądów – wciąż buksują, a obóz władzy nie jest tu bez winy.
Nie sposób nie zgodzić się z opinią, że sensowniej byłoby przyjąć inne ustawy, zawierające np. przepisy antykoncentracyjne i zasady przejrzystego lobbingu. Choć zapowiadane, wciąż się nie pojawiają. Ponadto prawnicy twierdzą, że projekt Zełenskiego jest na tyle nieprecyzyjny, iż z jednej strony może otwierać furtkę do użycia go w charakterze politycznej pałki, a z drugiej może oznaczać, że ludzie, których dotknie, uzyskają pozytywny wyrok europejskich sądów i odszkodowanie z ukraińskiego budżetu. Jak to mówią na Ukrainie: surowość regulacji często rekompensowana jest brakiem nieuchronności ich wykonania.
O co więc chodzi? Zełenskiemu można przypisywać trzy motywacje: odzyskanie inicjatywy politycznej i społecznej miłości (wszak uderzenie w bogaczy nie może nie dodać popularności), zdobycie narzędzia wzmacniającego pozycję głowy państwa wobec oligarchów (ale nie po to, by ich zniszczyć, lecz podporządkować), wreszcie uzyskanie większego wpływu na media. Część komentatorów uważa, że aby nie trafić do rejestru, właściciele mediów mogą je sprzedać, a kupującymi będą osoby związane z władzą.
Zełenski odzyskuje inicjatywę
Od początku urzędowania prezydent chciał, aby było szybko, efektownie i skutecznie. Rychło zmienił rząd, prokuratora generalnego i szefa swojej administracji (nie bacząc, że zdymisjonowany to jego druh i najbliższy doradca, który wprowadzał go w arkana polityki). Dziś władza wykonawcza jest mu w pełni podporządkowana.
Jednak od wiosny 2020 r. zaczęła mu się wymykać władza ustawodawcza: potężna, bo 254-osobowa (w 450-osobowej izbie) i rządząca bez koalicjanta frakcja Sługa Narodu przestała – wskutek emancypacji deputowanych i coraz hojniejszych propozycji oligarchów – przegłosowywać bez zająknięcia prezydenckie ustawy. Z kolei władza sądownicza dokonała jesienią 2020 r. potężnej wolty: Sąd Konstytucyjny podważył kluczową reformę antykorupcyjną i planował zablokowanie innych, kierując się przesłankami bardziej politycznymi niż prawnymi. Zełenski potraktował to jak osobistą zniewagę i zaczął szukać instrumentu, który pozwoliłby przełamać opór systemu i knowania opozycji.
Znalazł go w lutym – w postaci wspomnianej już Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony. Sankcje wobec osób fizycznych i prawnych, które w ostatnich miesiącach Rada nakładała szerokim strumieniem na polityków, propagandzistów i kontrabandzistów (w tym na obóz prorosyjski), a także inne jej decyzje mające wpływ na sprawy bieżące, pozwoliły Zełenskiemu odzyskać inicjatywę i szacunek wyborców. Dziś cieszy się w sondażach prawie dwukrotnie większym poparciem niż jego poprzednik Poroszenko (nie porzucił on ambicji, by wrócić na urząd) i dystansuje też Jurija Bojkę, czołowego kandydata obozu prorosyjskiego.
Także ostatnia inicjatywa Zełenskiego, pod hasłem deoligarchizacji, dowodzi jego wyczucia społecznych nastrojów. Oraz sprytu właściwego politykom, którzy wyszli już z fazy początkującej: sam nie może na niej przegrać, a jeśli mu się uda – wygra też państwo.
Prezydent przez duże „P”
Do hangaru zakładów imienia Antonowa Zełenski wszedł szparkim krokiem, z podniesioną głową. Jak rasowy polityk, jakże inny od tego ze swojej pierwszej konferencji prasowej jesienią 2019 r. – czternastogodzinnego maratonu w Kyiv Food Market, gdy z uśmiechem na coraz bardziej zmęczonej twarzy odpowiedział na pięćset pytań trzystu dziennikarzy.
Dziś dowcip stężał, stopniała kurtuazja i serdeczność, z jaką wtedy czarował rozmówców. Pojawiły się za to chmurne miny, ostre sądy i pokrętne odpowiedzi – zwłaszcza na pytania o skandale korupcyjne w jego otoczeniu. Przez dwa lata Zełenski nauczył się polityki. Połknął bakcyla władzy i bezlitośnie korzysta z dostępnych mu narzędzi, by ją utrzymać. ©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















