Niewiele jest dziś ważniejszych tematów w miastach niż beton, samochody i zieleń

Spory o to, jak sprawić, by miasto nadawało się do życia, potrafią dzielić mocno, bo dotyczą codziennych nawyków i zgody na drobną niewygodę.
Czyta się kilka minut
Zuzanna Radzik // Fot. Grażyna Makara
Zuzanna Radzik // Fot. Grażyna Makara

Dziesięć lat temu mogło się wydawać, że odruch chodzenia zacienioną stroną ulicy jest dziwnym nabytkiem paru lat spędzonych na Bliskim Wschodzie. W dodatku zdawał się zupełnie nieprzydatny w Europie, gdzie wciąż tęsknie wyglądano słońca. Jednak tego lata, czy przechodziłam przez duże warszawskie skrzyżowania, czy tłoczyłam się z innymi turystami w cieniu budynku po jednej stronie ulicy, unikając tej rozpalonej słońcem, pulsowała mi w głowie myśl: to, że nasze miasta są z kamienia i betonu, jest coraz większym problemem. Zwłaszcza gdy nastało u nas to obce, prażące słońce. Nie stąd wzięte. Jak z tym betonem iść w rozgrzaną katastrofą klimatyczną przyszłość? Jak poradzić sobie z potężnymi opadami, również nietutejszymi, tylko z tego nowego katastroficznego świata, w którym zwykła lipcowa burza zmienia się w rwące potoki, a one, płynąc asfaltem, nabierają mocy porywania aut i zalewania tramwajów?

Miasto z betonu i kamienia, niby eleganckie i pomagające w utrzymaniu czystości w takie lato, jak ostatnio, staje się naszym wrogiem. Drzewa okazują się być na wagę złota i robią różnicę. Przypominam sobie o tym zawsze, wychodząc w upalne dni z kościoła położonego obok głównego śródmiejskiego deptaku Brukseli. Ten był do niedawna zwykłą, ruchliwą ulicą, ale kilka lat temu w ramach nowej polityki miejskiej wypierania ruchu samochodowego z centrum zamknięto go dla aut, zostawiając pieszym, rowerom i (niestety) hulajnogom. Zasadzono też krzewy, kwiaty i drzewa, które, gdy się tu przeprowadzałam trzy lata temu, wciąż rosły nieśmiało osłaniane płotkami. Wyglądało to nędznie.

Dziś, chroniąc się pod tymi drzewami, próbuję sobie przypomnieć, czy wtedy już dawały tyle oddechu i cienia. Odcinek, na którym po obu stronach rosną gęstym, choć wciąż niskim szpalerem, daje zaskakującą ulgę, a ta część deptaka, którą otulają krzaki i kwiaty wśród drzew, jest wręcz oazą. Niby to wiem, a za każdym razem cieszę się zaskoczeniem, że zieleń aż taką przynosi ulgę.

Ostatecznie gra idzie nie o estetykę, ale o to, by miasta nadawały się do życia. Stąd sympatię budzą takie działania, jak sąsiedzkie zrywanie płyt chodnikowych, by zasadzić w ich miejsce kwiaty, które pamiętam z Pragi Północ. Albo organizacja Depave działająca w amerykańskim Portland, która likwiduje bruki i rozbija beton (jak sama jej nazwa wskazuje) na parkingach czy szkolnych boiskach, a lokalizacji dla swoich akcji szuka zwłaszcza w biednych dzielnicach, gdzie betonu jest nieproporcjonalnie dużo. 

W Szkocji z kolei podobny ruch odbywa się nie tyle z powodu gorąca, co z potrzeby zatrzymywania wody przez miasto, by nie gromadziła się z niszczycielską siłą w czasie gwałtownych opadów, tylko wsiąkała jak w gąbkę w małe zieleńce, deszczowe ogrody i przemyślaną zieloną architekturę miasta. Zresztą, jest to temat, o którym rozmawia się i w polskich miastach, nękanych nawałnicami i podtopieniami, czy teraz, przy powodzi, zwracając uwagę na retencję lasów i nieregulowanych rzek. Wszystko razem każe myśleć, że czeka nas rewolucyjne przekształcanie krajobrazu z powrotem w bardziej dziki, by stał się dla nas bezpieczniejszy.

Spory o to, jak sprawić, by miasto nadawało się do życia, potrafią dzielić mocno, bo dotyczą tego, co bliskie. Ale też codziennego komfortu, nawyków i zgody na drobną niewygodę. I tak po wiosennych wyborach Bruksela wciąż nie ma ukonstytuowanych nowych władz, bo nastąpił paraliż między zwycięskimi partiami. Spór w wyborach ogniskował się wokół tematu samochodów. Frankofońscy konserwatyści zbudowali całą kampanię na sprzeciwie wobec miejskiej polityki Good Move, która wypycha samochody z centrum i poszerza zasięg strefy niskiej emisji, ulice zamienia w deptaki, a dawne parkingi w zielone place. Ich lider nawet nie mieszka w Brukseli, ale zdanie na temat miasta i samochodów ma wyrobione (a w wolnym czasie jeździ ponoć autami rajdowymi). Sprzeciw wobec nowej zielonej polityki przyniósł im wygraną w wyborach, radykalnie osłabił frankofońskich zielonych i tylko ich flamandzcy odpowiednicy wypadli nieźle i bronią obranego kursu.

Brukselski koalicyjny paraliż to skromny przykład, ale przypominający, jak kluczowe są miejskie rozwiązania. W nieodległej Gandawie polityka radykalnego wypychania samochodów z centrum sprawiła, że odpowiedzialny za nią wiceburmistrz otrzymywał groźby śmierci i przez jakiś czas był objęty ochroną.

Być może niewiele jest dziś ważniejszych tematów w miastach niż beton, samochody i zieleń. Pytanie o to, co z nimi zrobimy, czas traktować śmiertelnie poważnie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2024

W druku ukazał się pod tytułem: W miastach z betonu