Zew trufli

Gawęda o ostatnich prawdziwych truflarzach staje się pochwałą witalności, śpiewu, wina, dobrego jedzenia i przyjaznej koegzystencji ludzi i zwierząt.
Czyta się kilka minut
Aurelio Conterno i pies Birba w filmie „Truflarze” / SONY PICTURES CLASSICS / MATERIAŁY PRASOWE
Aurelio Conterno i pies Birba w filmie „Truflarze” / SONY PICTURES CLASSICS / MATERIAŁY PRASOWE

Noszą się po myśliwsku – maskujące barwy, poobijane terenówki, wytresowane psy. W gęstwinę piemonckich lasów wyruszają bez względu na pogodę czy porę dnia, czasem wymykając się z domu przez okno. Niektórzy z nich są we wczesnej jesieni życia, inni już dobiegają dziewięćdziesiątki, lecz nadal z zapałem uprawiają swoje bezkrwawe łowy. Choć szron na głowie, choć nie to zdrowie, to w sercu ciągle jedno: trufle.

Mowa oczywiście o brzydkich, schowanych pod ziemią bulwiastych grzybach, a w tym przypadku o ich białej odmianie, której kilogram może kosztować nawet tysiące euro. Ale nostalgiczno-zawadiacki dokument „Truflarze” Michaela Dwecka i Gregory’ego Kershawa jedynie zahacza o sprawy rynkowe. Amerykańskich filmowców interesują przede wszystkim ostatni mohikanie dzikiego truflarstwa, bowiem jest ono dla nich czymś więcej niż pracą zarobkową czy ekstremalnym sportem. Stoi za tym tradycyjny, coraz częściej lekceważony etos, bezpośredni kontakt z nie zawsze przychylną naturą oraz głębokie emocje, zarówno te międzyludzkie, jak i międzygatunkowe.

Tylko z początku mogą zadziwiać sceny, kiedy ktoś kąpie się w wannie z ulubionym czworonogiem albo przyjmuje kościelne błogosławieństwo w asyście suczki Titiny. Wszak pomyślność w znajdowaniu trufli zależy tak naprawdę od niej, od jej zdolności, umiejętności i wyczucia (podrapane pazurami grzyby nie są w cenie). Dobry pies jest więc w tej branży na wagę złota, jakkolwiek film Dwecka i Kershawa każe wierzyć, że nie wszystko na tym świecie można kupić. Stąd codzienność zbieraczy zderzona zostaje z wielkim biznesem, który kontroluje rynek i w swoich metodach zaczyna upodabniać się do mafii.

Co prawda nikt tu jeszcze nie budzi się z odciętą głową ulubionego konia w pościeli, lecz rosnąca moda na trufle, zmiany klimatyczne i pogarszająca się jakość wapiennych gleb sprawiają, że konkurencja staje się wyjątkowo brutalna. Pewnego dnia ukochana Fiona, Birba czy Titina też mogą zostać powieszone lub otrute. Dlatego bohaterowie „Truflarzy”, zmęczeni wojnami o terytorium i wszechogarniającą chciwością, powoli zaczynają rozmyślać o emeryturze, ale także o własnej śmierci.

Jeden z nich powody swojej rezygnacji wystukuje przed kamerą na archaicznej maszynie do pisania. Ów rozdźwięk między mitycznym wczoraj i kiepskim dziś czuje się w „Truflarzach” na każdym kroku. Fenomen tego filmu, nakręconego con amore, pełnego starych włoskich szlagierów, oglądanego z rozrzewnieniem na festiwalach całego świata, wyrasta w dużym stopniu z tęsknoty. Nie tyle jednak za ewidentnym luksusem, którego świątyniami są tu aseptyczne restauracje, a rytuałami snobistyczne degustacje i branżowe warsztaty. Raczej za bezpretensjonalnym slow life i slow food, czyli – bagatela – zwyczajnym jajkiem sadzonym posypanym grubo startymi płatkami trufli.

W „pierwszym świecie” stała się ona symbolem ekonomicznego statusu. Ukazany w filmie paradoks polega na tym, że podczas gdy większości śmiertelników na nią nie stać, to ci, których stać, nie mają czasu, by się nią w pełni delektować. Sergio, Aurelio czy Carlo w ten sposób zaklinają swój czas.

Dokument celebruje zatem nieopakowane agroturystyką proste życie: przytulne domostwa, omszałe piwniczki, leśne ostępy. Jeśli nawet próbuje romantyzować codzienną aktywność starszych panów, to jednocześnie pokazuje, że składa się na nią przede wszystkim brudna robota – ciągłe kopanie w ziemi, ręczne oczyszczanie znalezionych skarbów, żmudne poszukiwania nowych lokalizacji, których tajemnicę bohaterowie zabiorą ze sobą do grobu. Nie przez starczą złośliwość bynajmniej, ale żeby pozostawić następcom trochę frajdy. A o to coraz trudniej w czasach, gdy aromatyczna grzybnia wyrasta głównie na plantacjach, stając się towarem przemysłowym i turystyczną atrakcją.

Chwilami odnosi się wrażenie, że Dweck i Kershaw trochę swoich bohaterów upupiają, traktując ich jak pociesznych staruszków, ale film chciałby widzieć w nich przede wszystkim wymierający szlachetny gatunek. Dokumentalna gawęda o ostatnich prawdziwych truflarzach staje się pochwałą witalności, śpiewu, wina, dobrego jedzenia czy przyjaznej koegzystencji ludzi i zwierząt. I choć więcej tutaj fotogenicznych ustawień niż dokumentalnego spontanu, ostatecznie wygrywają zgromadzone przed obiektywem pełnokrwiste ludzkie typy. Kamera raz po raz próbuje tę prawdziwość uwiarygodnić, na przykład udając psa myśliwskiego – podąża chyżo przed siebie, z nosem tuż przy ziemi, niucha powietrze, niemal ryje w leśnej ściółce. Ten film zresztą obłędnie pachnie: psią sierścią, zgniłymi liśćmi, świeżo skopaną glebą i oczywiście truflami. Ma się wrażenie, że bohaterowie czują je non stop, i że to ów organiczny zew, a nie zapach pieniędzy, każe im gnać do lasu.

Dodajmy jeszcze, że to świat niemal całkowicie męski i może również w związku z tym odchodzący do lamusa w dotychczasowej postaci. Ktoś tu namiętnie oszukuje żonę i ryzykuje zdrowiem, by wybrać się po kryjomu na truflobranie, ktoś inny poszukuje na starość partnerki, którą w niedalekiej przyszłości można by obarczyć opieką nad osieroconą psiną, słychać też typowo męskie przechwałki. Twórcy dokumentu podkręcają owe smaczki, dostrzegają jednak, że prawdziwa pasja może być czymś większym od ambicji i obsesji. Stąd ów czuły film o nawiedzonych łowcach sam trochę przypomina truflę. Drobną, przybrudzoną, nieregularną w kształcie, czyli taką, która pomimo swoich skaz nadal stanowi wyjątkowy okaz. ©

TRUFLARZE (The Truffle Hunters) – reż. Michael Dweck, Gregory Kershaw. Prod. USA/Włochy/Grecja 2020. Dystryb. M2 Films. W kinach od 19 listopada, wcześniej pokazy przedpremierowe.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2021