Oto produkt z wysokiej półki, typu Balenciaga, udaje rzecz z H&M, w dodatku wyszperaną w ciucholandzie czy w sklepie charytatywnym” – tak wyzłośliwiają się niektórzy, oglądając pierwszy film wyreżyserowany przez młodego aktora Harrisa Dickinsona. Niesłusznie.
To oczywiście nawiązanie do słynnej sceny z filmu „W trójkącie” Rubena Östlunda, w której aktor zagrał chłopaka biorącego udział w castingu na modela. Odpowiedni wyraz twarzy – pogardliwie wyższościowy albo zapraszająco sympatyczny – miał wskazywać na istotną różnicę wpisaną w strategie marketingowe marek luksusowych i popularnych.
Dickinson, zwłaszcza po głośnej roli w „Babygirl” z Nicole Kidman, i tuż przed objawieniem się jako lider Beatlesów w produkcji Sama Mendesa, to dziś z pewnością „marka luksusowa”. Nakręcił jednak film ostentacyjnie skromny, zapatrzony w tradycje brytyjskiego realizmu społecznego, a zarazem próbujący – z różnym skutkiem – wyjść poza jego schematy.
Z pewnością „Łobuz” jest przykładem kina, które nie chce jedynie „pochylać się” nad losem osób wyrzuconych na margines. Zresztą do końca nie wiemy, jak wyglądała droga Mike’a na londyńskie ulice. Niby klasyka gatunku: dorastanie w adopcyjnej rodzinie z masą złych wspomnień, wczesne rozstanie ze szkołą, narkotyki, drobne przestępstwa, wyroki… A dziś cały jego dom to kartony, śpiwór i plecaczek.
Zaklęty krąg uzależnienia
Kamera wyłapuje go z ulicznego tłumu i widać w nim wielu takich, którzy z różnych powodów odpadli z systemu. Tytułowy łobuz wydaje się przypadkiem szczególnym, bo jego obecność na ekranie wcale nie ma być oskarżeniem tego systemu. No i wiele jest momentów, kiedy nie dalibyśmy przysłowiowego funta kłaków za kogoś takiego jak Mike. Przez cały czas podążamy za kimś, z kim doprawdy trudno empatyzować.
W jednej ze scen chłopak zostaje obrabowany z wyżebranych zaskórniaków, lecz chwilę potem sam spuszcza łomot i okrada dobrze ubranego przechodnia, pracownika londyńskiego City. I to zaraz po tym, jak ten udzielił mu wsparcia i wdał się z nim w miłą pogawędkę.
Po wyjściu Mike’a na wolność pracownicy zajmujący się resocjalizacją czy tak zwaną sprawiedliwością naprawczą aranżują spotkanie młodego przestępcy z napadniętym mężczyzną. To kluczowe dla tego filmu sceny, w których Dickinson nie sięga po psychologiczne czy socjologiczne wytrychy. System może działać poprawnie, można też liczyć na uprzejmość nieznajomych czy dobrą wolę znajomych, trudno jednak uratować kogoś, kto utknął w zaklętym kręgu uzależnienia, przemocy i autodestrukcji.
Reżyser, będący mniej więcej w wieku swego bohatera, czyli przed trzydziestką, i pochodzący z robotniczego środowiska wschodniego Londynu, choć z pewnością bez doświadczeń aż tak drastycznych, postanawia zajrzeć w głąb psychiki Mike’a. Gdzie oczywiście nie znajduje odpowiedzi, dlaczego życie łobuza stało się równią pochyłą; odtwarza raczej jego wewnętrzny chaos.
Psychodeliczne wizje otchłani, tuneli czy jaskiń są przypomnieniem, jak ulotny bywa ów stan trzeźwości i względnej normalności, w jakiej znalazł się Mike z pomocą odpowiednich służb i życzliwych mu ludzi. To wszystko, co dostaje na kolejnym w życiu starcie – hostel, pracę, nowe znajomości – mogą okazać się niewystarczające, by wyjść na prostą.
„Łobuz” to kino spod znaku Kena Loacha
„Łobuz”, chociaż wyrasta z kina społecznie zaangażowanego spod znaku Kena Loacha czy, sięgając jeszcze głębiej, z brytyjskiego gniewu lat sześćdziesiątych, jest tak naprawdę opowieścią o psychicznej kruchości. I, mimo wszystko, o nieadekwatności systemu, który owszem, ma swoje użyteczne procedury, ale czasem prześlepia pojedynczego człowieka, mimo wysyłania przezeń ewidentnych sygnałów.
Ujawnia się to najlepiej w scenach z medytacyjnymi nagraniami udostępnionymi Mike’owi, by wyciszył swój skołatany umysł. „Masz nieskończenie wiele możliwości” – słyszy bez końca człowiek, który nie potrafi kontrolować swoich emocji, bywa raczej niezdolny do refleksji i na każdym kroku coś zawala. Bez względu na to, ile w tym skutków uzależnienia, ile z wcześniejszych zaburzeń (diagnozy pozostawmy znawcom tematu), trudno nie dostrzec, jak bardzo Mike czuje się bezbronny w swoich spotkaniach ze światem.
Nie przypadkiem tyle w „Łobuzie” zupełnie aseksualnej nagości. Mike zdaje się być niczym duże dziecko – niecierpliwe, impulsywne, w wielu sytuacjach kompletnie bezradne, choć jednocześnie tak bardzo wyczulone na protekcjonalny ton. Z jednej strony potrzebuje jakichś granic, opieki, nadzoru, z drugiej zaś w żadnych ramach się nie mieści i nigdzie na dłuższą metę nie pasuje.
Potrafi przy tym bezwstydnie żerować na innych, jakby kiedyś dostał zbyt mało, ażeby dziś umiał przyjmować i samemu dawać. Frank Dillane, nagrodzony za tę rolę w Cannes, wcześniej znany jako nastoletni Lord Voldemort z „Harry’ego Pottera i Księcia Półkrwi” (2009), świetnie oddaje tę wieczną dziecięcość bohatera.
Kiedy „Łobuz” przemawia najszczerzej
Bowiem „Łobuz” próbuje wypełnić ową „lukę w empatii”, o której mówi w filmie jedna z postaci, ta najpaskudniej potraktowana przez Mike’a. Chodzi o społeczną hipokryzję i Dickinson zdecydowanie jej się przeciwstawia, kręcąc swój pierwszy tytuł właśnie w taki sposób – bez taryfy ulgowej dla głównego bohatera (sam też wciela się tu w postać mocno odpychającą).
Po tym, jak Mike zaprzepaszcza swą kolejną szansę czy pali za sobą następny most, film wystawia naszą empatię na coraz cięższą próbę. I nawet gdy bohater płacze nad sobą, jakże łatwo usłyszeć w tym „tylko” pijacki skowyt. To wyzwanie zdaje się główną stawką tego surowego filmu, całkiem niepotrzebnie uszlachetnianego, zwłaszcza w finale, wspomnianym już surrealizmem.
„Łobuz” przemawia najszczerzej, kiedy uruchamia żywy i surowy nerw opowieści – zgodny z biorytmem bohatera, dynamiką miasta, z pulsem wypełniającej ekran muzyki elektronicznej czy gitarowej. Kręcony na współczesnych „ulicach nędzy”, usytuowanych w samym centrum europejskiej metropolii i zarazem na jej niewidocznych obrzeżach, zapewne jest debiutem zrealizowanym z pozycji podwójnie uprzywilejowanej.
Przez kogoś, kto nie zaznał bezdomności, a na dodatek w środowisku filmowym od lat czuje się niczym w domu. Jednak Dickinson nie wchodzi w buty opieki społecznej i nie traktuje swego bohatera jak człowieka upadłego czy ofiarę, lecz po prostu jak kumpla. Takiego, któremu nie zawsze, mimo dobrych chęci, udaje się pomóc.
ŁOBUZ (Urchin) – reż. Harris Dickinson. Prod. Wielka Brytania/USA 2025. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 10 kwietnia.
Harris Dickinson jest brytyjskim aktorem, któremu międzynarodową rozpoznawalność przyniósł film „W trójkącie” (2022) Rubena Östlunda. Dziś grywa po obu stronach oceanu („Georgie ma się dobrze”, „Bracia ze stali”, „Babygirl”), a wkrótce ma się wcielić w Johna Lennona. Za „Łobuza”, swój debiut scenopisarski i reżyserski, otrzymał w Cannes nagrodę FIPRESCI.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















