Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Zaznaczyć miejsce

Zaznaczyć miejsce

12.04.2013
Czyta się kilka minut
Tomasz Lec, projektant i architekt: Zdarzało się, że musiałem wstrzymywać projekt. Niektórzy mieszkańcy reagowali emocjonalnie, zgłaszali się i mówili: „Tu nie przebiegał mur getta, byłem wtedy dzieckiem, ale pamiętam, że to było 20 metrów dalej”.
„Ślad muru” przy ul. Franciszkańskiej, Warszawa 2013 r. Fot. Tomasz Lec
P

PIOTR KOSIEWSKI: Swoją książkę „Getto warszawskie” Barbara Engelking i Jacek Leociak opatrzyli podtytułem „Przewodnik po nieistniejącym mieście”. Ten podtytuł może zaskakiwać i prowokować do pytania: czy rzeczywiście ono nie istnieje?
TOMASZ LEC:
Są dwie odpowiedzi. Obie prawdziwe. Pierwsza: istnieje. Nawet z upływem czasu przybywa materiałów na temat getta. Druga: w strukturze miasta próżno go szukać. Z wielu przyczyn. Mówi się często, że Warszawa została zniszczona w 80 procentach. To zaburza nasze myślenie. Wysoki współczynnik zniszczeń wynika przede wszystkim z totalnego zrujnowania dzielnicy zwanej niegdyś Północną. Przed wojną była ona zamieszkana głównie przez ludność żydowską. Tam też w 1940 r. znaleźli się Żydzi przesiedleni z innych dzielnic.
Z czasem obszar getta został ograniczony do terenu, na którym wybuchło Powstanie w Getcie, zakończone zagładą ostatnich jego mieszkańców, ale też systematycznym burzeniem całej zabudowy. Niemcy chcieli miasta nie tylko bez Żydów, ale też bez pamiątek po nich. Później doszły zniszczenia po Powstaniu Warszawskim. Pozostała pustynia usypana z gruzów, jedyne takie miejsce w Warszawie, co dobrze pokazują m.in. zdjęcia Leonarda Sempolińskiego.
Na tych gruzach wzniesiono dzielnice, budowane zgodne z modernistyczną, odmienną od dawnej koncepcją architektoniczno-urbanistyczną, z innym myśleniem o domach i otaczającej je przestrzeni, z odpowiednim standardem mieszkań i z dbałością o zieleń. Powstała zupełnie nowa tkanka miasta, w której nie sposób odczytać jego przeszłości. A jedyny ocalony fragment ulicy – Nalewki – dziś jest pozbawiony zabudowy (za wyjątkiem Arsenału). Nazwę ulicy zmieniono na Bohaterów Getta. Zatarto nawet ten ślad.
Ostatnie dekady to czas przywracania pamięci o tym obszarze.
W 1997 r. Jan Jagielski opublikował książkę „Niezatarte ślady getta warszawskiego”, w której miejsca, o których ktoś opowiadał, zestawiono z ocalałymi fragmentami zabudowy. Od wydania tej książki kolejne elementy tej przestrzeni przestały istnieć.
Przez cały czas trwa fizyczny rozpad tej przestrzeni.
Tak, i coraz więcej osób zaczęło mówić o konieczności utrwalenia pamięci o dawnym getcie. To Eleonora Bergman przedstawiła układ 22 punktów, które pozwalały zakreślić jego granice i pokazać, jak duży obszar obejmowało warszawskie getto. Postanowiła zaznaczyć je w fizycznej przestrzeni miasta. Pomysł poparła Ewa Nekanda-Trepka, ówczesny stołeczny konserwator zabytków, a finansowania podjął się zarząd miasta. W ciągu kilku miesięcy powstał projekt architektoniczny. Nie chciałem tworzyć czegoś obcego. Oparłem się na tym, co już jest w stołecznym trotuarze, czyli na żeliwie używanym od czasów Lindleya. Z zatopionych w chodniku, wykonanych dawną techniką liter został ułożony napis „Mur getta 1940–1943 / Getto Wall 1940–1943”. Te odcinki powielają się w kilkunastu miejscach, tam zaś, gdzie nadal istnieją ściany będące niegdyś murem getta, umieszczono jedynie odpowiednie tablice.
Czym się kierowano przy wyborze tych miejsc?
Wyznaczają one maksymalny zasięg getta: najbardziej północny jego kraniec – przy rondzie Radosława, czy południowy – ściana Teatru Studio w Pałacu Kultury i Nauki. Są na Nowym Mieście i na murze cmentarza żydowskiego na ulicy Młynarskiej.
To nie miała być ostra ingerencja w przestrzeń.
Tak, bo boję się agresywnych, narzucających się form. Jednocześnie owo upamiętnienie powinno być zauważalne, trwałe i koherentne ze strukturą miasta. Nie tylko stosowne do dramatyczności wydarzeń, ale mające związek z historią Warszawy. Nie chciałem postępować jak przechodzeń rzucający na chodnik gumę do żucia.
Nie unieważniając tego, co się wydarzyło na tym miejscu po wojnie. A jaki był odbiór tego upamiętnienia?
Zdarzało się, że musiałem wstrzymywać realizację. Niektórzy mieszkańcy reagowali bardzo emocjonalnie, zgłaszali się i mówili: „Tu nie przebiegał mur getta, byłem wtedy dzieckiem, ale pamiętam, że to było 20 metrów dalej”. Pytałem historyków. Okazywało się, że mieszkańcy mają rację, tylko po prostu zapamiętali późniejszy przebieg muru. A dziś? Minęło 5 lat. Na pewno to, co powstało, jest ważne dla zwiedzających Warszawę i interesujących się dziejami getta.
Później pojawiła się idea upamiętnia drewnianej kładki nad ulicą Chłodną, czyli tzw. Mostu Westchnień. Jak dalece można się posunąć w odtwarzaniu przestrzeni getta?
Generalnie jestem sceptyczny wobec odtwarzania dawnych przestrzeni. Nie tylko z powodów ideologicznych, ale też technicznych. Znane jeszcze po wojnie techniki budowlane dziś już nie istnieją. Tamto pokolenie pamiętało zniszczone zabytki i potrafiło przywrócić ich kształt. Dziś powstają jedynie nieudolne makiety. Jednak była silna potrzeba upamiętnienia kładki łączącej małe i duże getto. Choć funkcjonowała ona tylko pół roku, to z wielu powodów (m.in. za sprawą filmu „Pianista”) stała się na świecie symbolem warszawskiego getta.
Krzysztof Pasternak wyznaczył precyzyjne jej usytuowanie, odtworzył jej gabaryty, ja spróbowałem wyrzeźbić formę będącą miejscem do kontemplacji, strukturą niejednoznaczną. Dlatego powstał obiekt stale podlegający przemianom: jest inny w świetle słonecznym, inny w deszczu, inny w nocy. Obiekt, który nie zanudza.

TOMASZ LEC jest współautorem i współrealizatorem (z Eleonorą Bergman)projektów upamiętniających granice getta warszawskiego i tzw. kładkę nad ulicą Chłodną. Współautor wystaw Archiwum Ringelbluma we Frankfurcie, Berlinie, Nowym Jorku, Brukseli i Madrycie. Autor kilkuset okładek do książek, m.in. Miłosza, Mrożka, Lema i Ficowskiego oraz plakatów i druków ulotnych. Laureat nagrody Punktu za prace typograficzne w 1996 r.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk sztuki, dziennikarz, redaktor, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Laureat Nagrody Krytyki Artystycznej im. Jerzego Stajudy za 2013 rok.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]