Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Zawsze lubiłem przygody

Zawsze lubiłem przygody

14.10.2016
Czyta się kilka minut
Eustachy Rylski: Egzystencjonalnej wojnie, którą toczę, nie przyświeca żadna idea. To tylko niezgoda. Ale często mówimy sobie, że nasz sprzeciw ma szansę powodzenia. Tak było z ostatnim protestem kobiet – zakończonym, w mojej ocenie, sukcesem.
Fot. Sławomir Kamiński / AGENCJA GAZETA
K

KATARZYNA TRZECIAK: Ma uświadamiać, a nie zmieniać – tak określił Pan kiedyś zadanie literatury. O swojej prozie mówi Pan z kolei, że są to próby. A próba to raczej ciągle ponawiane doświadczenie, nie trwałe poznanie. Czy literatura rozumiana jako próba ma moc uświadamiania?

EUSTACHY RYLSKI: Powiedziałem przede wszystkim, że najwyżej cenię taką literaturę, która ma odwagę wymierzania światu sprawiedliwości. Ma nieprzedawnialne zobowiązania moralne wobec rzeczywistości pod warunkiem, że jej wymiar ją do tego predestynuje. Więc ten wymóg stawiam bardzo niewielu pisarzom i niewielu dziełom. Sam siebie wyłączam z takiego zobowiązania, nie z powodu konformizmu, ale przekonania, że do takiej roli moje umiejętności nigdy mnie nie wyniosą. Nic poniżej „Dżumy” Alberta Camusa, powiedzmy. Więc kiedy wracam do literatury, to kieruję się w stronę takiej, która wartościuje, a nie tylko opisuje, choć w tej drugiej mam wielu swoich faworytów.

I nie takiej, która pociesza?

W literaturze nie szukam pocieszenia. Poza nielicznymi wyjątkami literatura pocieszająca nie jest dobra. I mówię to bez żadnej satysfakcji, bo w istocie życzę jej jak najlepiej. Literatura, która pociesza, jest chybiona przede wszystkim dlatego, że nie wydaje wojny absurdowi istnienia, bo nie przyjmuje go do wiadomości. Każda wielka, a może po prostu tylko porządna literatura toczy beznadziejną walkę z absurdem istnienia i z wszelkimi innymi absurdami z niego wynikającymi. Na tym to polega. Nieodmiennie wracam do Camusa, Hemingwaya, Faulknera, Conrada, Turgieniewa, de Saint-Exupéry’ego. Biorę udział w ich wojnach, nie jako autor, bo to byłoby śmieszne, ale jako oddany im czytelnik. Mają odwagę sądzenia świata, nawet jeżeli ten sąd kamuflują w chłodzie, rezerwie, dystynkcji. Kiedyś powiedziałem, że „Dżuma” jest dla mnie najdumniejszą powieścią XX wieku. I nie zmieniłem zdania. Wojna wydana przez doktora Rieux absurdowi, jakim jest koszmarna zaraza we współczesnym nam Oranie, i wszelkim innym zarazom współczesnego nam świata jest przykładem tego, o czym mówię.

Ta literatura, która wymierza sprawiedliwość, musi chyba opierać się na wyrazistym podziale – musi jasno ustawiać wartości, bo w przeciwnym razie sprawiedliwość się rozmyje, stanie się kwestią interpretacji.

Dobre jest dobre, złe jest złe, tak jest w życiu. Choć literatura nie musi być odwzorowaniem życia, a nawet nie powinna, to postmodernistyczne zachwianie wszelkiej wartości i ogólna płynność, w której nie ma dobra i zła, piękna i brzydoty, rozumu i głupoty, delikatności i chamstwa, jest trochę irytująca. Świat tak nie wygląda. Ani wspomniane życie.

To szalenie matematyczny podział. Zwłaszcza to odniesienie do życia, do dychotomicznych wartości...

Dla naszej wygody często mówimy, że wszystko jest względne. Że to zależy od okoliczności. Że nie wszystko da się skodyfikować. Ale istnienie podpowiada nam, że to jest dużo prostsze. Wiadomo, gdzie jest dobra, a gdzie zła strona; gdzie piękno, a gdzie szpetność; gdzie głupota, a gdzie mądrość; czym są dobre, a czym złe intencje. Nic, proszę pani, nie jest względne.

Piękno ma w tym wyliczeniu szczególne znaczenie.

To akurat ważna dla mnie kategoria. Nie znam polskiego żyjącego prozaika, który tak obsesyjnie wręcz próbowałby oddać urodę świata, a więc i istnienia. Ja w piękno ubieram nawet okrucieństwo, którego nie brakuje w „Stankiewiczu”, „Powrocie”, „Warunku” czy w niektórych opowiadaniach. I moje przekonanie o bezsensie istnienia, ten metafizyczny lęk, którym podszyty byłem, od kiedy pamiętam, nie mają tu nic do rzeczy, bo to się nie wyklucza. Powiem pani nawet, że natury neurotyczne i wycofane więcej wyrywają z życia niż te, które je ostentacyjnie afirmują, bo uroki życia obdarzają je hojniej. Ale to już inna historia.

A to piękno czemuś służy?

Jest bezużyteczne. Mam podejrzenie, o czym wspomniałem w powieści „Obok Julii”, że piękno jest siostrą miłosierdzia. Bierze udział w złowieszczym, cholernym projekcie, którym jest nasze życie, i ma nas znieczulić na jego tragizm. I robi to koncertowo. Znam ludzi, którzy mówią, że nie strzelili sobie jeszcze w łeb tylko z powodu otaczającego ich piękna. Ono nie czyni świata lepszym ani racjonalniejszym, ale Bogu dzięki, że istnieje.

Piękno to także blask, jasność, niekiedy oślepiająca.

Przy całym moim pesymizmie, tym czarnym dnie, które wyściela moje literackie próby, lubię blask. To czyni moją literaturę nieco ułomną, skłonną do uwodzenia, wygodną. Opisuje ona tylko te wycinki rzeczywistości, w których można dostrzec urodę rzeczy lub spraw, kiedy ich obecność jest – przyznaję, czasami w bardzo naciągany sposób – uzasadniona. Nie znajdzie mnie pani w gniewnych blokowiskach wielkich miast, w dusznych buduarach z jakąś astmą w tle, w smrodzie szpitalnej umieralni. Nie mierzę się z tym, rejteruję, daję nogę. I w życiu, i w literaturze staram się wybierać dobre miejsca.

I ustawiać w nich bohaterów.

Zgoda.

Dużo rzeczy dzieje się u Pana w lecie, w pełnym słońcu. Kiedy słońce jest w zenicie, to kontury są ostre i wyraźne. Wszystko staje się łatwe do odróżnienia, bo widoczne są proporcje rzeczy. Czasem zbyt dotkliwie. Czy takie piękno może boleć?

Gdy zauważamy dyferencje między naszą starością, upadkiem, brzydotą a pięknem, z którym się konfrontujemy, i które w wielu ludzkich wymiarach nie jest już dla nas, to ono boli. Jak mało co. Chciałbym pani powiedzieć, że nic jeszcze o tym nie wiem, ale prawda jest taka, że się dowiaduję.

Ale ta przemijalność dotyczy również tego, na co się patrzy, nie tylko tego, kto patrzy.

Bardzo mądra uwaga. Cały Iwaszkiewicz jest o tym. Kiedyś powiedziałem, że bardziej wzrusza mnie pierwsza zmarszczka na twarzy pięknej kobiety niż wszystkie katastrofy narodowe razem wzięte. Z powodu poprawności politycznej wycofałem się z tego poglądu, ale w duchu cały czas tak myślę. Przyłączam się do buntu wobec tego biegu rzeczy. Całym sercem.

Ale to bunt bez nadziei.

A jaki mamy wybór? Olimpijską zgodę na bieg rzeczy? Pogodzenie się z wolą Boga? Przekonanie siebie, że takie jest nasze istnienie i ludzka kondycja? Nie ma zgody na choroby, przemijanie, śmierć, nikczemność wojen, rewolucji, zdrady, obłędne ideologie i jeszcze straszniejsze religie. Nie ma naszej zgody, choć wiemy, że żadna z tych atrakcji nas nie ominie. Mamy być żołnierzami, wojownikami. Co z tego, że bez wiary i bez nadziei. Mamy nimi być.

To takie działanie mimo wszystko. Bunt rozumiany nie jako opór, tylko bunt jako aktywność...

Nie, bunt jako opór.

A bunt z nadzieją? Działanie z wiarą w efekt?

Mojej egzystencjonalnej wojnie nie przyświeca żadna idea. To tylko niezgoda. Ale w wielu wycinkach ludzkiego działania mówimy sobie, że nasz sprzeciw ma szansę powodzenia. Takim sprzeciwem, bo może nie wojną, był ostatni protest kobiet w sprawie ich wolności – i moim zdaniem przyniósł im sukces. Kiedy odgrażam się Bogu lub, jak kto woli, opatrzności, losowi, przeznaczeniu, to bez nadziei, że moje sugestie zostaną przez te gremia wysłuchane. Ale kiedy biorę udział w marszach KOD-u, to z wiarą, że to coś zmieni na lepsze. I powiem pani, że zmieni, mimo że część moich znajomych puka się palcem w czoło. Ten pierwszy sprzeciw jest dla zasady, drugi, bo wierzę w racjonalność takiego działania. Jeden i drugi jest wojną przeciwko absurdowi. Pierwszy jest dla zasady, drugi dla zwycięstwa. I to czyni między nimi fundamentalną różnicę. Ale żadnego z nich nie unieważnia.

Ale są też mniej spektakularne, codzienne akty skutecznego oporu.

Naturalnie, na każdym kroku. Życie nas nieustannie sprawdza. Im czasy są trudniejsze, tym egzaminy surowsze. Co do mnie, zdarzało mi się je oblewać. Ale ich nie omijam.

To obowiązek obywatelski?

Powiedziałbym, że tak, jeżeli odniesiemy to do obecnej sytuacji w Polsce, a odniesiemy. Proponuję obligatoryjny pakiet obywatelski, na który składają się trzy działania: uczestnictwo w marszach KOD-u, dopóki są legalne, podpisywanie w internecie lub na ulicy protestów przeciwko demolowaniu państwa prawa i trzecie, przyznaję, że niewygodne, więc trudne, to nieukrywanie swoich poglądów politycznych, nawet jeżeli ryzykujemy konflikty rodzinne, sąsiedzkie nieporozumienia czy utratę przyjaciół. Wszystko, co ponadto, uważam za ponadstandardową odwagę, a może nawet heroizm, do którego nie namawiam.

To dość normatywne myślenie.

Trzeba jakoś porządkować swoje życie, co nie znaczy, że ja to zawsze robię. Ale się staram.

Starają się też bohaterowie Pana prozy, w której, zgodnie z logiką próby, nieustannie zbliża się Pan do porządkowania, do ustawiania rzeczywistości. Choć oczywiście bez ostatecznego poznania i sformułowania tych ustawień. Próby Pana bohaterów wyrastają z nudy. Zdarza im się nudzić nawet na wojnie.

Jest nuda, ale jest też coś, co z tej nudy wytrąca. Olśnienie, iluminacja. Moi bohaterowie są zainfekowani tym rodzajem nudy lub może raczej znużenia, których nie doświadczyłem, podobnie jak wielu innych rzeczy. Pisujemy o czasach, których nie znamy, o wojnach, w których nie wzięliśmy udziału, o męskich sprawach, których nie tknęliśmy. Opisujemy miłość, jaka nam się nie zdarzyła, i uniesienia poza możliwością naszego temperamentu. Wspominamy iluminacje, przed którymi byśmy się cofnęli, przytaczamy zdarzenia, których nie potrafimy wyjaśnić, smutki, jakie nigdy nas nie dopadły, i radości, których już nie przeżyjemy. Prawie siebie cytuję z impresji „Po śniadaniu”, ale to ilustruje naturę pisarstwa, które, jeżeli jest dobre, jest efektowną iluzją, czymś, na co warto się nabrać. Pozostaje fundamentalne pytanie – gdzie jest prawda? Odpowiedź brzmi – w moim pisarstwie na miejscu ostatnim. Wie pani, radę, by opisywać tylko to, co się zna, najlepiej z własnego doświadczenia, w przypadku najbliższej mi książki „Obok Julii” potraktowałem serio i starczyło mi tego na połowę powieści, w drugiej musiałem na pomoc wezwać wyobraźnię.

A czy ta granica literatury i życia odnosi się również do Pańskich aktywności obywatelskich? Mówił Pan, że nikt dzisiaj nie potrzebuje pisarza jako autorytetu moralnego.

No, to szkoda.

Ale te oczekiwania przeniosły się na inny poziom – pisarza, który sygnuje sobą, użycza siebie dla różnych wypowiedzi, projektów.

Gdybym nie był w miarę popularnym autorem, to nikt by mnie o zdanie nie pytał, więc jakoś się to wiąże. Ale sytuacja jest nieco kłopotliwa. Niesprawiedliwy, generalizujący pogląd, że polityka to szambo, a politycy kreatury lub w najlepszym razie idioci, upowszechnił w polskim środowisku artystycznym durną modę na spuszczenie żelaznej kurtyny między polityką a, że tak powiem, twórczością. Obowiązujący sznyt to odciąć się od polityki radykalnie, z pełnym rewanżem, co zrozumiałe, drugiej strony. Jeżeli pisarzowi zdarzy się zająć publicznie stanowisko w sprawie państwa, traktowane jest to jako rodzaj ekstrawagancji. Gdy generał de Gaulle zabrał się za tworzenie V Republiki, wysłał do pisarza André Malraux oficera służb specjalnych z takim przekazem: „Generał de Gaulle pyta pana w imieniu Francji, czy zechce mu pan pomóc?”. Piękne, wzruszające zdanie, w Polsce nie do pomyślenia. Malraux naturalnie nie odmówił i z kraju upadłego razem stworzyli czwartą potęgę świata. Ale to wszystko miało tam wymiar. A zaczęło się od jednego pięknego zdania. Tak, tak, nie przesadzam.

Dlatego Pan mówi o polityce wprost i otwarcie nazywa rzeczy? To jest doceniane?

Jeśli ktoś mi tych wypowiedzi gratuluje, to rzadko twórcy. Oni mówią raczej, że mieszam w nie swoim kotle. Taka polska specyfika. Nie tyle to dramatyczne, co dziwaczne.

Mówi Pan o zinstytucjonalizowanych formach relacji, których brak uniemożliwia powiązanie estetyki z polityką. Ale pomostem w tej opozycji chce być sztuka zaangażowana, dążąca do zmiany, do bolesnego dotknięcia i zwrócenia uwagi na polityczne uwarunkowania. Tylko chyba bez wejścia w struktury.

Bo uznaje te struktury za coś kompletnie obcego, wypełnionego po krawędzie polityczną bieżączką, trwale sprostytuowanego. Natomiast jeżeli w pani pytaniu jest jakaś aluzja do mojej aktywności lub ambicji, to odpowiem, że obciąża mnie kilka dysfunkcji, z podeszłym wiekiem na czele, które z tego typu aktywności mnie wykluczają. Ale gdybym był od nich wolny, to kto wie. Zawsze lubiłem przygody. ©

EUSTACHY RYLSKI (ur. 1944) jest prozaikiem, eseistą i dramaturgiem. Debiutował w 1984 r. dyptykiem powieściowym „Stankiewicz. Powrót”. W następnych latach publikował dramaty: „Chłodna jesień” (1990), „Zapach wistarii” (1991), „Netta” (1997), „Co nie jest snem” (1999) oraz „Sprawa honoru” (2003). Po tym okresie wrócił do prozy i opublikował cztery powieści: „Człowiek w cieniu” (2004), „Warunek” (2005), „Na Grobli” (2010) oraz „Obok Julii” (2013). Nominowany do najważniejszych nagród literackich, w tym do Nike, Angelusa i Śląskiego Wawrzynu Literackiego. W 2005 r. otrzymał Nagrodę Literacką im. Józefa Mackiewicza, w 2013 r. Nagrodę Miast Partnerskich Torunia i Getyngi im. Samuela Bogumiła Lindego, zaś w 2016 r. wyróżniono go Nagrodą Literacką m.st. Warszawy. Autor scenariuszy dla Teatru Telewizji. Jest także autorem trzech tomów opowiadań: „Tylko chłód” (1987), „Wyspa” (2007) i „Szara lotka” (2014) oraz zbioru esejów literackich „Po śniadaniu” (2009).

KATARZYNA TRZECIAK (ur. 1987) jest krytyczkąi badaczką literatury. Współredaktorka audycji krytycznoliterackiej „Book’s not dead” w radiofonia.net. Redaktorka cyklu o najnowszych debiutach prozatorskich w portalu O.pl. Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dyrektorka programowa Festiwalu im. Jana Błońskiego.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]