Z motyką na słońce

Odwiedziłem ostatnio Belgię. Podczas kilku dni pobytu u przyjaciół dwukrotnie usłyszałem o klasztorach, które zostały sprzedane lub zmienią właściciela w najbliższym czasie. Zakonnicy pozbywają się zabytkowych siedzib, kupują mniejsze i praktyczniejsze mieszkania, a resztę zarobionych pieniędzy przeznaczają na emerytury oraz opiekę medyczną dla starzejących się członków zgromadzenia. Przypatrując się napotykanym osobom, zauważyłem, że na odzieży, w biżuterii oraz na tatuażach pokrywających odsłonięte w upalne dni ciała zdarzają się emblematy satanistyczne.
Czyta się kilka minut

Podobnie ma się rzecz z nalepkami na samochodach czy ornamentami w knajpach i tawernach. Nie wiem oczywiście, na ile te motywy odzwierciedlają zapatrywania ludzi, a na ile są elementem lansowanej mody, którą bezrefleksyjnie stosują, ale nie ulega wątpliwości, że symbole Chrystusa zdobią pamiątki przeszłości, a Lucyfer ma zdecydowaną przewagę wśród współczesnych gadżetów.

W tym kontekście przeczytałem przypowieść o rozmnożeniu chleba. Pytanie, które Pan Jezus kieruje do swoich uczniów, pozostaje aktualne: "Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili". Odczytuję je w taki sposób: "Co zaproponujecie ludziom, którzy są tak bardzo praktyczni i tak twardo stoją na ziemi, że wcale się nie interesują Chlebem zstępującym z nieba?". W Belgii, jeszcze bardziej niż w Polsce, moglibyśmy racjonalnie przeliczać i stwierdzać: "Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, by każdy z nich mógł choć trochę otrzymać". "Mamy pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu". W obecnej sytuacji społecznej, po przemianach cywilizacyjnych, wobec aktualnych trendów obyczajowych, nawoływanie do głoszenia Chrystusa, sugerowanie, żeby chrześcijanie przejęli inicjatywę i nakarmili duchowo społeczeństwo, jest domaganiem się cudu.

A jednak. Opowieść o rozmnożeniu chleba jest znakiem nadziei, która wskazuje najbardziej racjonalny sposób działania chrześcijan. Piszę tak nie dlatego, by się łudzić, że Chrystus może na nowo królować w sercach Europejczyków. Prawdy tej historii nie przyjąłem tylko na wiarę. Tym, co każe mi wierzyć w autentyczność tego fragmentu Ewangelii, jest niejednokrotne doświadczanie sytuacji, gdy widziałem ludzi podejmujących się rzeczy niemożliwych. Zawsze po takich akcjach w ręku szaleńców, rzucających się z motyką na słońce, zostawało więcej niż mieli, gdy rozpoczynali dzieło. Ewangelista wspomina, że po nasyceniu wszystkich słuchaczy Jezusa zostało dwanaście koszów ułomków. Gdyby Jan tę historię wymyślił przy biurku, ku pokrzepieniu serc i dusz, nie wiedziałby, że tak się rzeczy mają.

Nie wiem, jak nakarmić pięć tysięcy mężczyzn na pustyni. Nie wiem, co zrobić, by Belgowie ożywiali klasztory zamiast je sprzedawać. Nie wiem, jak zaktywizować polskie duszpasterstwo. Wiem, że przerasta to ludzkie możliwości. Wiem też, że Jezus zapytał Filipa o nakarmienie tłumów, "wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co ma czynić". Nie ma zatem innego sposobu osiągnięcia niemożliwego, niż zaryzykować jego realizację.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 31/2006